lipiec

Podjąłem zobowiązanie: być skromniejszym i nie lekceważyć wieczności, która właśnie się rozpoczęła. Poniedziałek, godzina 6.44 (a imię jego czterdzieści i cztery).

Mam swoje lata i wiem, że należy uważnie wsłuchiwać się w mądrości ludowe, jako że są one kwintesencją poziomu i ducha narodu. Nie słuchać języka potocznego, pobocznego, niestałego, koniunkturalnego. Ten często łże lub daje wiarę sezonowym gusłom, na przykład „umierając traci się świadomość”. Zdanie popularne i wydaje się ogólnie akceptowane.

Żyć myślą, czy żyć całym sobą? Jak to w ogóle można próbować rozdzielać? Jeżeli dusza nie byłaby świadomością, to czym? Nie wiem jak ty, miły Czytelniku, ale ja mam duszę, która jest moją świadomością i nie ulega „traceniu”. Gdy umrę, dusza pozbędzie się futerału (znaczy ciała) i ruszy przed siebie, a dokąd – to się zobaczy (albo raczej pozna).

Ostatnio pojawiają mi się ni to myśli, ni to marzenia, żale może, fantomowe myśli wstecz o opuszczonej kiedyś Polsce oraz o mnie w niej. Próbuję znaleźć punkty odniesienia i zorientować się wśród strzępków pamięci, dotyczących – koniec końców – mojego życia, więc dla mnie ważnych i staram się to jakoś sobie zrelacjonować.

To znaczy znaleźć związki przyczynowo-jakościowe i kierunki myśli, którymi się kierowałem wyjeżdżając (bo nie uciekając!). Zgłębić rodzaj tajemnicy, która wielka być musiała (w sensie proporcji), bo zdejmująca niejako opowiedzialność za czyn oraz jego konsekwencje.

Trzeba tu dodać, że takie rozmyślania nie mają dziś same w sobie żadnej wagi czy też skutków i szczerze mówiąc – obchodzą mnie umiarkowanie. Co ja mam dziś wspólnego z facetem, który w 1973 roku, 22 lipca, w bosmańskiej czapce na łbie i stosownej kurtce wchodził na trap promu „Wawel”, rozpoczynając podróż do Finlandii?

Jak zmieniają się standardy w ogóle, a myślenia w szczególności? Nie wiem, czy by mi się teraz chciało grzebać na poważnie w duszysku i określać postawy oraz – co byłoby nieuniknione – zmieniać stosunek do otoczenia i do samego siebie? Zakładać na siebie inne stroje i się ze sobą układać? Szukać wśród resztek porozumienia z tym, co się jeszcze do tego nadaje? Czy raczej zaakceptować to, co było, przyjąć ogólnie i carpe diem?

Łatwo się przyjmuje i stosuje jakby automatycznie powszechne „prawdy życiowe”. Dobrze i częściowo zgoda, ale jeżeli się ich nie chce przyjmować, to co robić z „prawdą”? Co, jeśli nie jest możliwe dzielenie prawdy na mniejsze, transmitowanie jej i porządkowanie?

Może prawda ma to do siebie, że po prostu do czego innego służy, a dzielić się jej nie godzi? Prawda służy do trwania. To prawda, „prawda”, służy do trwania, tylko że „trwanie” czas w sobie zawiera. Znowu ten „czas”. Litości!

Andrzej Szmilichowski