165106-sheep-2372148

Czego właściwie mogłeś się tu spodziewać? Przyjeżdżał do Ciebie, jak słyszałeś, prężny ”dygnitarz reżimu”, Twój dawny kolega ze studiów. Cóż was, po kilkunastu latach twojej ”emigracji zewnętrznej”, mogło jeszcze łączyć? Kiedyś łączyło Cię z nim wspólne dojrzewanie, wspólne podrywy, podobna inercja wobec płci przeciwnej. On już wtedy był politykiem in spe, aktywnym działaczem młodzieżowego Polskiego Października.

Jak mogłeś się domyślać, już wkrótce potem przycięto mu skrzydeł, zmuszony był wejść w nurt oficjalnej kariery i moralnego karierowiczostwa, które już wkrótce pokrywał zręcznym frazesem nonkonformizmu i ideowej nieprzekupności. Wasze stosunki w tych ostatnich kawalerskich latach ograniczały się do wspólnych ubawów, do imponowania młodzieńczą butnością i wstępnym snobizmem, rozrzutnością ludzi zaczynających obrastać w piórka solidności. Swoją własną małą stabilizację tworzyłeś przy pomocy zdolności, pasji i zainteresowań zgoła apolitycznych. Swą naiwność w tej obcej ci dziedzinie demonstrowałeś dość wcześnie, w najgorszych latach, które u progu twej dojrzałości zbliżały się już szczęśliwie do swego kresu.

Z odwilżowego przełomu wyszedłeś lekko poparzony, z nieco przetrąconymi skrzydłami – jeśli je kiedykolwiek posiadałeś, to zawsze skarlałe, niełacno je było rozwinąć do samodzielnego lotu – a na pewno na dłuższy czas wyleczony z jakichkolwiek sympatii do pochopnego radykalizmu wszelkiej maści. To polityczne desinteressment na pewno pomogło ci w pierwszych ”lepszych” a później coraz gorszych i odbierających wszelką nadzieję latach po Październiku – utrzymać się na powierzchni, wciągać z ognia najmniej parzące kasztany, owinąć się otoczką obojętności i pragmatycznego quasi-cynizmu.

Ta sama obojętność pozwoliła ci wybór emigracji pozbawić cech kroku desperackiego. Opuszczając kraj nie wybierałeś ani nie zmieniałeś miejsca po którejś stronie barykady. Byłeś nawet skłonny ”bronić swego kraju” i panującego w nim reżimu przed napaściami ”zacietrzewionych” i ”niezłomnych”. Ale wkrótce – zaszło to niemal niepostrzeżenie – znalazłeś się wśród nich. Nie angażując się politycznie i organizacyjnie, zaakceptowałeś stanowisko politycznej emigracji.

Tu, w ”wolnym świecie”, możliwości zaczerpnięcia z krynicy prawdy, po latach indyferentnej posuchy, wytworzyły przeciwwagę dla okresu zuniformizowanego kłamstwa propagandowych tub; przy całej niewierze i nieufności nie sposób wątpić w ich skumulowaną skuteczność. Argumenty, a przede wszystkim fakty ”z drugiej strony medalu” umożliwiające opadnięcie skorupy kłamstw, otworzyły ponownie zabliźnioną zdawałoby się ranę: oszukanego, gdy psychika była najbardziej chłonna i jeszcze niemal bezkrytyczna, zatruwanego systematycznie i pozbawionego alternatywy.

Twoje polityczne dyskusje z nim były kiedyś rzadkie, fragmentaryczne, nigdy chyba nie docierały do istoty sprawy. Może podświadomie traktowałeś go jako swego rodzaju opozycjonistę? Teraz nastąpić miało wasze spotkanie. Jego – po kilkunastu latach pracowitego pięcia się po szczeblach kariery, z tobą – powoli i mozolnie wrastającego w rzeczywistość swego nowego kraju.

Może zachodziła tu sytuacja odbijająca owe słynne równanie: zarobki polskiego emigranta – prawnika zmywającego w Nowym Yorku talerze, biją na głowę pensję kolegi z Polski – ministra, ale w przeliczeniu czarnorynkowym. Może to nie to. W każdym razie przybysz zza oceanu był uosobieniem sukcesu, któremu ty mogłeś przeciwstawić zaledwie względne – w skali Twego nowego kraju – powodzenie, i nawet twój niezły standard życiowy nie stanowił wystarczającej przeciwwagi dla twej zahamowanej, na jeżonej trudnościami kariery, rzadko zaspokajającej ambicje, często skazującej na dostatnie wyobcowanie.

Przybysz wylądował w Halifaxie jednego z pierwszych dni kanadyjskiej wiosny. Wasze spotkanie nazajutrz w Toronto już w pierwszym momencie obnażyło dystans kilkunastu lat nieskutecznie skracanych do odległości kilkunastu centymetrów. Wspólnego języka – jeśli kiedykolwiek go mieliście – nie musiałeś szukać w wymianie szczegółów z życia osobistego, dobrze – bądź co bądź – znanego z obfitej korespondencji, w zasadzie nigdy między wami nie ustającej. Oboje wstąpiliście przed paroma laty w związki małżeńskie. Znałeś niegdyś jego obecną żonę, nawet łączyła cię z nią więcej niż przelotna skłonność, toteż nie bez satysfakcji odkryłeś sprzymierzeńca ideowego w jego towarzyszce życia, gdy już po chwili znaleźliście się w wirze politycznych sporów. Okazało się bowiem, że żona zabroniła mu wdawania się w dyskusję, by nie szarpał nerwów, dość już zszarganych w sporach familijnych, gdy ona – domowa gąska w cieniu swojego wybitnego małżonka – nieoczekiwanie stanęła po stronie studenckich i syjonistycznych podżegaczy w gorących dniach marca 68 roku.

O zdanie Twojej żony pytać się nie musiałeś: jej poznanie już na emigracji w Kanadzie zawdzięczałeś właśnie owym marcowym wypadkom i masowemu exodusowi całej, w pełni zasymilowanej grupy etnicznej – do Izraela bądź na wygnanie ze starej ojczyzny w nową diasporę.

Wokół tych właśnie problemów w sposób zupełnie naturalny koncentrowała się wasza dyskusja. Faktem jest, że nie byłeś w niej równorzędnym partnerem, nie należy jednak w pierwszym rzędzie obciążać rutyny twego przeciwnika – weterana tysięcy zebrań i konferencji, tytana pokątnej dialektyki, mistrza w lawirowaniu. Ani też tych emigracyjnych kompleksów skłaniających cię do zajmowania postaw niekiedy skrajnie konsekwentnych i nie sprzyjających chłodnej analizie. Istota leżała raczej w murze nie do przebycia jaki wznosił między wami jego nakaz mówienia rzeczy (i wierzenia w nie) tylko dopuszczalnych i właściwych – jakkolwiek z racji tyloletniej zażyłości nie powinno być między wami niedomówień i zasłon dymnych. I twoja naturalna skłonność do przekazywania swego autentycznego stanowiska nie uwarunkowanego względami koniunkturalnymi…

Streszczenie poszczególnych etapów i argumentów tej dyskusji, rozpłomieniającej się przez szereg następnych dni jest chyba czynnością zbyteczną, powtarzaniem spraw ogólnie znanych, wykreślaniem linii dawno już ustalonych – Czechosłowacji, Bliski Wschód, syjoniści ”którzy przyszli do nas w radzieckich szynelach, aby nami rządzić”, wszystkie znane i wyświechtane argumenty oficjalnej propagandy, tu przybrane w strój ”szczerego przekonania”, ”świętego oburzenia”, ”zrozumienia polskiej racji stanu”…

Gniewała cię i doprowadzała do rozpaczy nie tyle może sama różnica zdań, ile jej czysta iluzoryczność. Nie mogłeś przecież wierzyć, że on – u żłobu, na dość wysokim szczeblu kariery, oczytany zarówno w oficjalnych enuncjacjach papieży reżimu, jak i opozycyjnych czy emigracyjnych prohibitach,  wszystkich tych Biuletynach Specjalnych i edycjach konfiskowanych na warszawskiej Poczcie Głównej – jest w stanie szczerze bądź bezwolnie nasiąknąć tezami propagandy, jak owi naiwni prostaczkowie, składający się na większość każdej społeczności. On musiał dokonać świadomego wyboru, którego nawet nie starał się maskować stwierdzeniami w rodzaju: nie zrobię ja, przyjdą inni – gorsi. A mógł także wyłgać się żartem (samochody to wy macie lepsze, ale na pewno nie ustrój), czy wreszcie zwykłym, wiele mówiącym, ale niczego nie zdradzającym rozłożeniem ramion.

Zdecydowanie antyniemiecki, straszący narastaniem brunatnego niebezpieczeństwa w Szułnawie czy Lesie Czeskim, nie wahał się grozić panzerfaustem wszystkim odszczepieńcom i rozbijaczom jedności obozu socjalistycznego.

W twoim domu w Toronto gościł równocześnie młody chłopak z Izraela, urodzony w Polsce, już za kilka dni rozpoczynający służbę wojskową. W ich rozmowie zabrzmiały ze strony przyjaciela akcenty hamowanej agresywności, typowo polskiego wywijania szabelką, która tu niewiele różniła się od korporackiej lagi. Niby to na zimno rozważano hipotetyczne szanse obu armii już to w wojnie pustynnej, już to normalnej, gdzie znów Migi i T-34 miały się zetrzeć z Shermanami i Phantomami. Łatwo płacić nie ze swojej kieszeni na pomoc dla ”naszych przyjaciół Arabów”, trudniej wczuć się w położenie kraju oblężonego…

W swej naiwności próbowałeś sprowadzić dyskusję do poziomu sporu ideologicznego – o przewadze jednego ustroju nad drugim, o wyborze mniejszego zła itp. Zastopował cię z miejsca kategorycznie: nie ma już żadnej ideologii. Są dwa zwalczające się bloki i polską racją stanu jest bezwarunkowe oparcie się o ten, który gwarantuje bezpieczeństwo z Zachodu. Ale czy gwarantuje również rozwój wewnętrzny, czy chroni przed myślowym, moralnym i psychicznym zubożeniem całego narodu?

Twój przyjaciel, zapewne znowu w wirze zebrań i stale zmieniających się dyrektyw, po wiernym przyklaśnięciu kolejnym zmianom w składzie ekipy rządzącej, usiłuje dostosować swą własną praktykę do nowych wytycznych. Jemu podobni wyjeżdżają często na Zachód, spotykają tobie podobnych i zapewniają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Aleksander Kwiatkowski