Ona tu jest
Mistyczne wieloznaczności: Noc Buddy gdy zrozumiał, objawienie Mahometa, Jezus na górze. Być Buddą, Mahometem, Jezusem, nic trudnego, ułatwienia tylko. Żadna sztuka gdy się jest wybranym. Trudności rozpoczynają się gdy próbuje się w tym, w wieloznaczności, znaleźć zwykły człowiek. Ludziom codziennym nie przydarzają się świętości.
Boję się czegoś. Od dawna boję się czegoś, co nie w głowie jest, a gdzieś w brzuchu, może pod mostkiem. Nie wiem co to jest a nienazwane zawsze budzi strach. Tym bardziej, że to z gatunku spraw jak u tych trzech powyżej. Może to tylko obawy, może „ja” próbuje temat obłaskawiać i tłumaczy świadomości, że to tylko ziemskie strachy?
Byłem wychowywany, żebym był „normalny” i jestem. Ale trwoga przed ostateczną to co innego. Uczucie strachu przed oddaleniem, takim oddaleniem, że jeży włosy na głowie.
Może w tym wszystkim jest jakaś hucpa? Albo też coś takiego, że najlepiej nie myśleć, coś z Fausta i jego diabłów? Wieloznaczność drodzy parafianie! Każdy ma swój ulubiony obłęd.
Była moją największą miłością. Nie uświadomiłem sobie tego „za życia”, ale nie mam wyrzutów sumienia. Taki stan we mnie i nie wiem jak inaczej być mogło. Za życia sobie tego nie uzmysłowiłem. Brak czułości, czy raczej moje tchórzostwo i co znaczy „za życia”? Mózg, maszyna biologiczna, ma swoje ograniczenia i świadomości nic do tego, albo wszystko.
Co mam robić, gdy nagle przychodzi jasna myśl „Ona tu jest”? Co ja mam wtedy robić? Nic? Tak, nic. Żyj dopóki nie umrzesz i tyle. Cóż można o takiej niecodzienności więcej powiedzieć? Mam wówczas wrażenie Jej bliskości, ale pisać o takich rzeczach, jeżeli w ogóle, należy jak najdelikatniej, bowiem wiele na ten temat płaskich i degradujących historii, chorych ciekawości, urojeń, szaleństw.
Przychodzi do mnie z zapachem. Z aromatu kwiatków z rabaty wąchanej wspólnie w Druskiennikach. Przychodzi do mnie z zapachem. Zdarzyło mi się spotkać – wierzę, że każdemu mężczyźnie trochę innemu, nieco bardziej rozgarniętemu od męskiej masy – kobietę niezwykłą.
Może należy przyjmować wszystko i wszystkich tak, jak jest? Może wszystko ma swoje znaczenie, więc nie wolno niczemu zaprzeczać? Może należy przyjmować z pokorą możliwość mylenia się? Może życie jest obłędem, zaś powodzenie polega na tym, iż nie wolno na nic się oglądać, nad niczym zastanawiać, niczego recenzować?
Wytrzymałość. Coś, co było i zapomniane. Coraz więcej wyczerpania. Wyczerpanie nie boli. Ciekawe, zapisane dla pamięci zdania. Spinoza twierdził, że wszystko jest koniecznością, Schopenhauer zaś odwrotnie, że wszystko jest możliwością. Kategorie rozumu i notuję tylko. To nie na mój rozumek.
Od prapoczątku zamknięcie człowieka w biologicznym cyklu, gdzie dobrodziejstwo postępu jest złudzeniem. Gdybym mógł o to spytać człowieka żyjącego 300 lat po mnie, co by powiedział? Nic by nie powiedział. Nie zrozumiałby jednego słowa!
Oto usprawiedliwienie, dlaczego dzisiejszym starcom – co wiem z autopsji, nie całkiem jeszcze ogłupiałym, tak trudno dogadać się z niestarcami. To nie znaczy, że myślę iż racje starców są lepsze od niestarców, boże broń! Tak twierdząc przyznałbym rację historii, co ani mi się śni bo dobrze pamiętam, co marksizm wyprawiał z całymi narodami. Historio, ty jadowita abstrakcjo!
Co pozostaje? Pozostaje nieść w pokorze garb cyklu biologicznego, bo jak inaczej? A łaska? O to to, jak umiesz liczyć, to nie licz na to! Tak jak toczy się w tej chwili mój kołowrót myśli, wychodzi mi, że może życie jako zwierzę nie byłoby wcale szalone.
Andrzej Szmilichowski
