Jak zgubił mnie pośpiech i przerwałem S. J. Jutkiewiczowi
Pośpiech potrzebny jest tylko przy łapaniu pcheł – mawiał pewien mój znajomy. Istotnie, we wszelkich innych życiowych czynnościach, może zaszkodzić. Nie zawsze cechował mnie stres, ale parę przypadków warto może odnotować.
Późną wiosną 1977 roku bawiłem w bułgarskich Złotych Piaskach na sympozjum zorganizowanym przez FIAF (Międzynarodową Federację Archiwów Filmowych), w całości poświęconym wpływowi sowieckiego filmu niemego na światowe kino. Tuż przed publicznym wygłoszeniem pewnej ilości uwag o tym wpływie widocznym w kinematografii szwedzkiej, ktoś z organizatorów uprzedził mnie, że program jest nieco opóźniony i winienem się w wygłaszaniu śpieszyć, by nie dopuścić do dalszego zwichrowania struktury całego dnia obrad. Niestety podszedłem do tego poważnie i wygłaszałem swój tekst dość szybko, co, jak się później dowiedziałem, utrudniło pracę symultanicznych tłumaczy i dotarcie mego przesłania do niektórych, nie znających angielskiego słuchaczy.
Podobna sytuacja przytrafiła się kilka miesięcy później i miała bezpośredni związek z postacią Sergiusza Józefowicza Jutkiewicza (1904-85), co każe mi się cofnąć w narracji o blisko 40 lat.
W latach 1957-59 studiowałem podyplomowo filmoznawstwo w Państwowym Instytucie Sztuki na Długiej i jedną z wykonanych tam prac seminaryjnych poświęciłem wczesnej twórczości Sergiusza Jutkiewicza, którego trzy filmy z przełomu lat 1920. i 1930. (“Koronki”, “Czarny żagiel” i “Złote góry”) pokazano nam wówczas. Parę miesięcy później spotkałem na schodkach Instytutu Polsko-Radzieckiego na Foksal znajomego z UW Romualda W., który opowiedział, że planuje serię książek, czy broszur, o sowieckich reżyserach i może mógłbym coś zaproponować. Jutkiewicz był jak znalazł, a będąc tematem wąskim i niezbyt obszernym zaproponowałem połączenie go z Fridrichem Ermlerem (wspólnie realizowali jeden film), o którym podobną pracę pisał w PIS-ie kolega, Wacek S. We dwójkę zajmowaliśmy się tymi dwoma reżyserami przez najbliższy rok i latem 1959 praca została przyjęta do druku, honorarium zapłacone, i … nie wydana z braku funduszy. Jej fragmenty ukazały się w biuletynie wydawanym wówczas przez Federację DKF. Równocześnie, a może nawet wcześniej, redaktor naczelny Ekranu, gdzie wówczas pracowałem, Grzegorz Dubowski również zapałał miłością do Jutkiewicza, robił z nim wywiady i pisał artykuły. Ja też napisałem jeden, pochodną mej pracy, o Jutkiewiczu jako dokumentaliście.
Później Sergej Josifowicz znikł z mego życia na wiele lat, by ujawnić się jesienią 1977 roku w Sztokholmie z okazji retrospektywy swojej twórczości. Nie omieszkałem wówczas opublikować kolejnych fragmentów mej dawnej pracy w powielanych programach Cinemateket/Filmklubben, nieco je zmieniając zgodnie z nabytą w międzyczasie wiedzą o prawdziwym przebiegu rosyjskich rewolucji. To jednak nie wystarczało, bowiem wizyta reżysera zachęciła redakcję Dagens Nyheter do przeprowadzenia z nim wywiadu, co powierzono szwedzkiej rusycystce i filmoznawczyni Kate Betz, mojej koleżance z seminarium doktoranckiego, która czując się niepewnie w zakresie merytorycznej wiedzy o reżyserze, zaproponowała mi współpracę. Spotkaliśmy Jutkiewicza, a tuż przed rozpoczęciem wywiadu ktoś z organizatorów uprzedził, że program jest napięty i dysponujemy tylko czasem ok. 60 minut. Kate zadała pierwsze pytanie o początki kariery reżysera, na co ów rozpoczął wyczerpującą tyradę, trwającą wiele minut, niebezpiecznie się wydłużającą i zgoła nie zmierzającą ku końcowi. Po jakimś czasie zacząłem się niepokoić o możliwość zadania innych pytań, i reżyser – stary wyga, dostrzegł mój niepokój i zapytał: wy każetsia choteli mienia oborwat? Nikak niet – odpowiedziałem dyplomatycznie – ja choteł postawit dopołnitelnyj wopros. I potem poszło już jak z płatka, pytań było wiele i wywiad okazał się udany, nie kryjący nawet pewnych, mniej chlubnych stron działalności reżysera, publicysty i pedagoga.
Duch Jutkiewicza był stale przy mnie obecny, także po śmierci reżysera. Na początku lat 1990. miała w SFI miejsce uroczystość wręczenia nagród (złote czy pozłacane zegarki z wygrawerowanym napisem) pracownikom legitymującym się długą i wierną służbą przez ćwierć wieku lub dłużej. Mając już na liczniku bodaj 28 lat stałem na czele tej kilkuosobowej grupy. W trakcie okolicznościowego poczęstunku należy do dobrego tonu zabrać głos i podziękować, a że jakoś nikt się nie kwapił, stuknąłem w kieliszek i opowiedziałem anegdotę z sowieckiego filmu (“Złote góry” Jutkiewicza z r. 1931), w którym kmiotek ze wsi po przepracowaniu jakiegoś czasu w fabryce dostawał od właściciela złotą cebulę z brelokiem i napisem: za usierdie ot choziaina. Po demonstracji, w której ginął on od kozackich kul, zegarek ów poniewierał się w pyle ulicznym. Pracowicie tłumacząc z rosyjskiego na szwedzki opowiedziałem to zebranym, dodając, że wszyscy znają moje nastawienie wobec sowieckich filmów propagandowych ergo pewnie wierzą, że także mój stosunek do otrzymanego właśnie zegarka jest diametralnie różny. Nie mam jednak pewności, czy zostałem właściwie zrozumiany.
Przypadek sprawił, że ostatnio, szukając różnych nie-przeczytanych książek we własnej bibliotece, natrafiłem na wybór prac Jutkiewicza wydany w Polsce blisko 30 lat temu. Zajmował się on bowiem nie tylko reżyserią teatralną i filmową, był także cenionym autorem licznych artykułów i książek o filmie, doktorem historii sztuki, redaktorem encyklopedii i wydań pism zebranych jeszcze wybitniejszych luminarzy jak Sergiusz Eisenstein. Należał on do wąskiej warstwy uprzywilejowanych, tj zarazem obdarzanych zaufaniem, twórców i działaczy. Poczynając od roku 1934 regularnie wyjeżdżał za granicę, głównie do Francji z racji biegłości w lingua franca. Uczestniczył wielokrotnie w festiwalu w Cannes, bądź w konkursie własnymi filmami, bądź jako juror i był wszechstronnie zorientowany w zagranicznej produkcji filmowej, wobec której jednak ujawniał najczęściej bardzo krytyczny stosunek (burżuazyjna, kapitalistyczna), niekiedy tylko czyniąc wyjątek dla niektórych twórców “postępowych”. Z łatwością też prześlizgiwał się poprzez kolejne etapy i ekipy właścicieli ZSRS. Zrealizował 6 filmów o Leninie, z których jeden nie został dopuszczony na ekrany a 2 inne uratował zwracając się listownie do Stalina z prośbą o poparcie. Za rządów Chruszczowa był odpowiedzialny za ich i wielu innych przemontowanie, czyli usunięcie wszystkich scen ze Stalinem. Jednym słowem utalentowany filmowiec i wszechstronny erudyta, a zarazem typowy konformista wypełniający gorliwie wszelkie zlecenia reżimu.
Aleksander Kwiatkowski
