Sen o piekarni San Remo
Przychodzę do pracy. Jestem zmęczony. Mało spałem więc kładę się natychmiast. Jest 16:00. Nastawiam budzik na 22. Zasypiam. Śnię.
Jestem w jakiejś monstrualnej piekarni. Niekończące się hale przysypane kilkucentymetrową warstwą mąki, którą jacyś ludzie ładują na samochody ciężarowe. Ludzie mają białe przyprószone mąką twarze, powietrze jest zamglone od unoszącego się wszędzie pyłu.
Poruszam się na wrotkach po niekończących się korytarzach. Czegoś szukam. Nagle wyrasta przede mną jakaś góra, jakby z ciasta. Tak, to jest ciasto – duży kawał, świeżego jeszcze lepkiego ciasta. W środku coś się rusza. Ja czuję, wiem, że to coś, to jest dziecko. Muszę pomóc mu wyjść – urodzić się. Rozgarniam ciasto wilgotne, klejące się do rąk. Jestem coraz bliżej, już wyczuwam kształt główki. Rozgarniam dalej. Spieszę się w obawie, że dziecko może się udusić. Już została tylko cienka błonka pod którą wyraźnie widać kształt. Rozrywam ją wreszcie – wyciągam dziecko.
Budzę się. Jest 7:30. Boże, przespałem tyle godzin. Na dworze jeszcze zupełnie ciemno. Miałem wstać 0 22:00, coś zjeść i pójść spać dalej, aż do 4 rano. 0 szóstej miałem zacząć pracę. Co robić – iść czy nie iść? Będę najwcześniej na dziewiątą… Trzy godziny spóźnienia – niezłe!
Decyduję się iść – zawsze to lepiej – po drodze coś wymyślę. W panice myję się, golę, ubieram. Cholera – jak ja mogłem tak spać. Nie słyszałem budzika. Myślę o śnie. No, jasne – dziecko = kłopot. Ale dlaczego nie obudziłem się o 22? Nagle przytomnieję. Do diabła, a jeżeli to nie 8 rano tylko 20 wieczorem? Nasłuchuję – wokół cisza. Patrzę przez okno. Ciemno. Nie sposób odróżnić dzień to czy noc? Wydaje mi się, że spałem bardzo długo.
Czuję się wypoczęty. A jednak – jak mogłem nie słyszeć budzika? Sen mam raczej lekki, więc? Jednak ubieram się do wyjścia, wciąż kombinując jak sprawdzić porę dnia. Włączam radio – muzyczka jak to w radio, rytmiczna – taka sama rano jak i wieczorem.
Nagle olśnienie – telewizor. Oczywiście – jeśli jest program -jest wieczór, jeżeli nie – rano. Bawię się przez chwilę tą myślą: więc to TV ma zadecydować jaka jest pora dnia. Do tego doszło. Zdecydowanie obstawiam rano. Włączam aparat. Sekunda niepewności – niemożliwe – jest program! Co za uczucie. Więc chcąc nie chcąc muszę uznać to za wieczór, a ja nastawiałem się na rano.
To by było – myślę zdejmując buty. O dziewiątej wieczorem zgłaszam się do pracy, zdyszany zaczynam bełkotać, że po prostu nie usłyszałem budzika….
Förstår du?
Vaaad…??!
Krzysztof Bloch
