Rok zapętleń
Gdziekolwiek by nie spojrzeć, gdzie by się nie odwrócić – wszędzie brak pewności siebie, a jeśli nie potrafisz stawić temu czoła, prosta droga do zwariowania lub nietrwałości, co z grubsza biorąc na jedno wychodzi.
Na przeszkodzie stoi wieczność i dyktat absolutu. Pod tą dyktaturą mądrzy przedstawiciele pokoleń uprawiają swoje filozofie. To rodzaj jakiejś alchemii, wszyscy szukają słynnego kamienia filozoficznego, a chodzi naturalnie o absolut i jego wieczność. To jest zajęcie, można się tak bawić, ale wiele nie przynosi.
Gdy się wątpi, oddaje się pole do popisu wątpliwościom? Zapewne, zapewne, ale co robić, gdy człowiek sam z wątpliwości się składa? Tym bardziej, że słyszy się i czyta różne wywody, na przykład, że ludzki umysł posiada taką konstrukcję, iż ma właściwości nieprzekraczalne. Może lepiej dać spokój? Można postać, ale lepiej sobie usiąść i nie marudzić?
Nawet jeśli to prawda, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby najpierw zrobić wszystko co możliwe, potem przerwać, odpocząć i zacząć od początku? Praca uszlachetnia niezależnie od tego, co z tymi słowami zrobili swego czasu przyjemniaczki zza Odry. Zatem optymalnym rozwiązaniem jest zrobić wszystko, co możliwe, a potem się zobaczy? No tak, ale zobaczyć można dopiero wtedy, gdy się zrobi wszystko co możliwe, rondo secondo! Życie, na które narzekamy, jest wynikiem własnych decyzji, podpartych procesami myślowymi (to zdanie nie jest moje).
Dodam, bo istotne, iż nie zawsze jesteśmy w stosunku do siebie szczerzy. Ileż mocnych postanowień zostało podjętych, z góry wiedząc, że nie mają szans, a co gorsza – sensu? Ciężko być ze sobą uczciwym z absolutną szczerością i obiektywizmem, człowiek zawsze jakoś kręci. Co ja, uczciwie mówiąc, wiem o sobie? Ciągle w coś gram ze sobą, coś skracam i wykręcam, a przyznać się ciężko.
Stale poszukujemy i oczekujemy jakichś gwarancji, a tu trzeba skoku z zamkniętymi oczami i niech się dzieje wola boska! Nie zabijesz się i to wiesz, bo masz na wyposażeniu wiarę i nadzieję, a nawet rodzaj jakiejś niezrozumiałej pewności, że anioł, że fart, że szczęśliwy traf. Pan Bóg podobno stworzył świat z niczego, ale świat mu się nie udał, więc to „nic” niespecjalnie mu wyszło. Kierkegaard mówił, że jednak „nic” to „coś”.
Co ja, nędzny robak, wiem, żeby się mądrzyć? Nie mam bladego pojęcia, co mógłbym robić innego, więc oszukuję na tyle, na ile mi mój tupet zezwala i tak mi się zapętla. Ale co tam, w końcu odpowiadam za to, co piszę, a nie za to, jak to rozumie ten, kto czyta.
Koniec roku. Konstytucjonalnie mam szanse na następny, choć motor napędowy pobolewa. Pan Bóg daje szanse, można się wznieść, można stoczyć. Środek, z niewiadomych powodów nazywany złotym, jest szary i nieinteresujący, ale to nasze wszystko.
Nowy Rok, a z nim przysłowiowe branie się za siebie, do czego potrzeba odwagi, woli i nie wiem czego jeszcze. Należy wziąć się za siebie, żeby odsunąć kielich goryczy, o co błagają pokolenia z wiadomym rezultatem. W każdym razie pogoda nie zachęca do nieśmiertelności, plucha i stale siedem plus.
Pan Bóg obchodził się ze mną w mijającym roku i w ogóle dobrze, nie mogę powiedzieć nic złego, ciało dopisywało i głowa też jako tako. Wyciągnął mnie był z domu niewoli i głupoty powszechnie nadanej, z peerelowskiej mizerii, byt zapewnił i zadbał, żebym życia nie zmarnował. Obchodził się ze mną dobrze, ale któregoś dnia powie, że wystarczy i wtedy się zobaczy.
ASZ
