Spotkania (I)
Gdzie niegdyś kolos rodyjski rozstawił mocarne uda, nadal przepływają statki do portów pobliskiego wybrzeża Turcji usianego niegdyś pasem greckich kolonii, i do dalszych, na ląd stały Pelopenezu i Attyki, na pobliski Cypr, i dalej, jeszcze dalej, gdzie wzrok i pamięć nie sięga. Rodos dzisiejszy jest szczątkiem Hellady w miniaturze, ten sam Akropolis na wznoszącym się nad uroczą zatoką Lindos wzgórzu, te same amfiteatry na skraju miasta.
Jak i pozostałe zakątki dzisiejszej Grecji, jest Rodos skupiskiem turystów z licznych krajów. Ich napływ nie ustaje, jakkolwiek niektóre, co szlachetniejsze kraje ogłosiły bojkot rządzącej w Grecji (jakiś czas temu) junty pułkowników. Czy parafaszystowska Grecja była miejscem idealnym dla spotkania dwóch Polaków? Władze tego z ojczyzny uznawały tutejszy reżim, Orbis organizował tu wycieczki, prasowe zaś wycinki zwrócone przeciw zbrodniczej klice ateńskiej miały raczej charakter wystąpień na pokaz.
W inny nieco, bardziej pstry a i swobodniejszy sposób, manifestował się stosunek opinii publicznej do Grecji w tak zwanych krajach burżuazyjno-demokratycznych. Wystąpienia w imieniu rozmaitych osób i stronnictw, także rządzących, i tu mają charakter papierowych demarche’ów, równie nieskutecznych, co energicznych i pełnych niekłamanego często, choć może naiwnego zapału.
Dwaj owi spokojni i niezaangażowani turyści, Polak z Polski i Polak z kraju w którym ”Polska nie leży nad Wisłą”, spotkali się tu w warunkach idylicznych, nie pobudzających tu do ostrych starć. Ale owo nieuchronne ”co tam panie w polityce” i tu musiało stać się jednym z pytań centralnych, wiodących i pierwszoplanowych. Ten z Polski, niewątpliwie wywodzący się z kręgów uprzywilejowanych, by nie rzec – niechlubnie górnych iluś tam tysięcy ”blagonadioznych” bądź z badylarsko-prywatnej inicjatywy, narzeka na zbyt mały przydział dewiz. Następują porównania: cena orbisowskiej wycieczki w zestawieniu z takąż Polaka zza oceanu – po kursie czarnorynkowym, pekaowskim, turystycznym, oficjalnym, wreszcie w relacji do urobków obu spotykających się panów.
Okazuje się że Orbis zakontraktował luksusowy hotel, z pełnym utrzymaniem, własną plażą, basenem i kortem tenisowym, ale polskim klientom brakuje grosza na napiwki. Polak zza oceanu wykosztował się na lotniczy skok przez Atlantyk, więc na greckiej wyspie zadawala się skromniejszym pensjonatem ze śniadaniem. Na napiwki jednak starcza. Obaj panowie chełpią się dużymi przewagami i dochodzą do wspólnej deklaracji zaskakującej paradoksem: kapitalistyczne biura podróży organizują masowe, tanie, często oparte na niewysokim standarcie wycieczki dla świata pracy – socjalistyczny zaś Orbis luksusowe podróże dla zamożnej mniejszości.
Orbisowi nie udało się zorganizować morskiej wycieczki do tureckiej wioski Marmaris nad morzem Egejskim. Załatwienie tureckich wiz to czynność kłopotliwa i nie tania, więc orbisowski Polak żegna swego dewizowego rodaka na nabrzeżu portu Rodos. Emigrant spędzi dzień na morzu i w Marmarisie, nie kupi jednak bajecznie tanich smyrneńkich dywanów ze względów czysto indywidualno-estetycznych. W tym samym czasie Polak orbisowski wysupła ostatnie przeznaczone pierwotnie na napiwki grosze, spuści ostatnie półlitrówki czystej wyborowej by zakupić nieco pamiątek, bielizny i damskiego obuwia, ze względów czysto snobistycznych.
Na Rodosie, gdzie tropikalna temperatura utrzymuje się niemal przez okrągły rok, jednym z najtańszych artykułów są futra, wyrabiane z obcych skórek przez miejscowych kuśnierzy. Nawet krótka pelerynka z nurków byłaby jednak zbyt twardym orzechem do zgryzienia dla celników.
Jedną z najciekawszych konfrontacji było dla emigranta spotkanie z panem X., 27-letnim rzemieślnikiem z Bydgoszczy, który zawieruszył się na Rodosie jeszcze z poprzedniego turnusu Orbisu. Planował on odłączenie się od grupy w czasie planowanego acz nie zrealizowanego wypadu do Marmaris. Nie miał szczęścia jak trzech innych panów, którzy pozostali w Atenach w czasie wycieczki z Rodos. Opuścił więc hotel pod osłoną nocy z walizeczką (skąd ten fałszywy wstyd i ta nawet cienia skandalu nie znosząca dyskrecja?) i teraz będzie musiał własnym sumptem przedostawać się na stały ląd.
Co właściwie zmusza tych ludzi do tak karkołomnych zmian obywatelstwa? Zadaje sobie pytanie Polak zza Oceanu, już chyba nie pamiętający krajowej rzeczywistości. W ostatniej rozmowie przed rozstaniem, obaj panowie podejmują kolejną próbę szczerego, politycznego dialogu, bez uprzedzeń, zacietrzewienia i kompleksów. Ten z kraju podkreśla nowe osiągnięcia w kolejnym wymarszu ze ślepego zaułka, emigrant nie kryje nabrzmiałych choć być może przejściowych trudności ekonomicznych swej nowej ojczyzny. Ich wspólną troską staje się nagle współpraca poprzez sztuczne bariery i kurtyny wznoszone przez rządy, postulują zbliżenie jeśli nie zlanie różnych systemów ekonomiczno-społecznych, wzdychają do chwili gdy ”wyjazd na Zachód będzie równie łatwy co przyjazd z Zachodu”. Emigrant stara się co prawda nadal doradzać krajowcowi ”trzymanie oczu szeroko otwartych” i ”nie dopuszczanie do stopniowego i coraz bardziej nieuchronnego wyjałowienia i zdeprawowania społeczeństwa przez reżim”, ale dostrzega i on z kolei pewne racje w poglądach partnera odradzającego ”aktywne angażowanie się w sprawy emigracji”, zalecającego życie wyrachowane, ostrożnie wyważające wszelkie pro i kontra.
Rozstają się w zgodzie ocienionym wspólnym niepokojem – do następnego spotkania.
Aleksander Kwiatkowski
