Jak nie opanowałem większości języków obcych

0
polyglot

09W wieku 18 z kawałkiem lat przestałem się uczyć języków obcych. Kiedy zacząłem? W czasie okupacji moja starsza siostra, uczęszczająca niekiedy na tajne komplety gimnazjalne, pobrała kilka lekcji angielskiego u pani, u której wynajmowaliśmy mieszkanie. Na jednej, czy paru z tych lekcji, byłem chyba obecny, ale nie pomne (miałem wtedy 8 czy 9 lat) czy coś wsiąkło, po wojnie w gimnazjum zaczynałem chyba od początku.

Nie był to dobry okres poznawania języków obcych. Rosyjski zajmował dominujące miejsce, nauczano go poczynając od 5 klasy szkoły zwanej wówczas powszechną (sam zaczynałem jeszcze od 6-ej). Ale jakiś rok wcześniej zdarzyło mi się przypadkiem nauczyć cyrylicy. Mieszkali  u nas wówczas krewni, którzy wojnę spędzili w ZSSR, i właśnie stamtąd wrócili. W mieszkaniu poniewierał się egzemplarz Prawdy (albo Izwiestii), i na otwartej płachcie tego niezwykle prawdomównego dziennika zauważyłem karykaturę przedstawiającą trzy stosy ludzkich czaszek. Na każdym z nich widniał napis rozpoczynający się od liter O, M i bodaj T. Przy odrobinie domyślności udało mi się odcyfrować te nazwy jako Oświęcim, Majdanek i Treblinkę. W ten sposób nauczyłem się rosyjskiego alfabetu, z którego połowę już wcześniej znałem i początek nauki języka w roku przyszłym miałem za darmo.

Po dwóch latach kontynuowałem rosyjski w gimnazjum, a jako drugi język doszedł angielski. W innych szkołach dostępna była także (alternatywnie) łacina, pozostałość dawnych dobrych czasów gimnazjum klasycznego, język, który byłby mi się później przydał na studiach historii. Los jednak przydzielił mi angielski, niewątpliwie bardziej przydatny we wszystkich pozostałych życiowych okolicznościach. Do tematu łaciny jeszcze powrócę.

W pierwszych klasach gimnazjalnych oba języki obce wykładała bardzo oryginalna nauczycielka, o szczególnym sposobie bycia i, jak się zdaje, z nieograniczoną ilością powiedzonek, które skwapliwie notowaliśmy (w pamięci) i nawet stosowali w uczniowskich kontaktach. Dwa przykłady: rozmawiamy jak gęś z prosięciem; bredzisz smętnie jak Piekarski na mękach. Miała ona do mnie stosunek dość przychylny i opiekuńczy, niekiedy pieszczotliwie szczypała mnie w policzek i nazywała – Cwietkowskij na lekcjach rosyjskiego, a Flowerman na angielskim. Sprzyjało to postępom w opanowaniu obu języków. Rosyjskiego uczyliśmy się z podręcznika F. Sowietkina (z politycznych implikacji tego nazwiska chyba nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy) – Ucebnik russkogo jezyka (1946), którego egzemplarz posiadam do dziś. Niektórych wierszy Puszkina i Lermontowa uczyliśmy się na pamięć. Wdrażaniu języka postępowego proletariatu pomagały liczne i szalenie tanio dostępne wydawnictwa, które skupowałem masowo i chyba nawet niektóre z nich czytałem poza obowiązkami lektur. Stąd dość dobrze opanowałem rosyjski i zaliczałem się do najlepszych uczniów w klasie, oczywiście tuż za grupą kilku koleżanek i kolegów, którzy lata wojny spędzili z ZSSR.

Z angielskim było może nawet jeszcze lepiej, bo tu w klasie niemal nie miałem konkurencji, ale jak złudne to było przekonałem się wkrótce na studiach dyplomatycznych, na które (o czym piszę w innym miejscu) zostałem zwerbowany po maturze, właśnie ze względu na dobre wyniki w nauce języków obcych.

Tam z rosyjskim nadal nie było problemu, bo zdawał się procentować mój brak niechęci do tego języka, charakterystycznej dla większości polskiego społeczeństwa. Do nauki języka wrogów nie należało się przykładać. Rezultaty tego nastawienia dawały o sobie znać jeszcze bardzo długo. Język słowiański, mimo odrębnego alfabetu, jest łatwiej  opanować niż germańskie czy romańskie. Ale jego znajomość w Polsce była bardzo ograniczona. Większość absolwentów szkół średnich szybko zapominała czego się tam nauczyli, a dziś – przy niemal pełnym zarzuceniu nauki rosyjskiego w szkołach – o wiedzy tej trudno nawet mówić.

Nie jest wykluczone, że ja również zapomniałbym rosyjski, przerywając naukę po II roku studiów. Starałem się jednak te umiejętności jakoś podtrzymać, np. pisząc pracę magisterską na historii w oparciu o – podsuniętą przez promotora jako podstawowe źródło – rosyjską prasę z pierwszych lat XX wieku. Jeszcze przed ukończeniem studiów, w czasie Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży w Warszawie (1955), na którym zdarzało mi się prywatnie tłumaczyć rozmowy uczestników z rosyjskiego na angielski i odwrotnie, zgłosiłem się na tłumacza, nie zostałem jednak zakwalifikowany, bo pewnie było wówczas pod dostatkiem ludzi znających język lepiej ode mnie, choćby z dłuższych pobytów czy studiów w ojczyźnie światowego proletariatu. Ja sam długo nie miałem okazji tam zjechać i nastąpiło to dopiero na kilka miesięcy przez końcem Związku, latem 1991 roku. Później byłem tam jeszcze dwukrotnie, każdorazowo na festiwalach filmowych i mogłem stwierdzić, że młodsze pokolenia już nie znają niektórych sowieckich piosenek, które poznawałem i opanowywałem w sposób niekiedy maniacki za dobrych czasów stalinowskich (o czym w innym  miejscu).

W tak zwanym międzyczasie nie miałem zbyt wielu okazji  praktycznego używania języka. Kilkakrotnie zdarzyło mi się bawić w tłumacza, przy okazji wizyt sowieckich filmowców w Svenska Filminstitutet. Przyznam, ze zmiennym szczęściem, bo sztuka profesjonalnego tłumaczenia wymaga praktyki i rutyny, której pozbawiony, często wpadałem w podstawowe błędy tłumacząc w niewłaściwym kierunku, co wywoływało niezrozumienie i zabawną konsternację. Te same błędy powtórzyły się, gdy miałem kiedyś okazję tłumaczyć rozmowę Jacka Kuronia z ówczesnym szwedzkim ambasadorem w Warszawie, na prywatnych obchodach rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, gdzieś w połowie lat 1980.

Może z większym powodzeniem przechodziły lektury, wymagające biernego opanowania języka. Po wyjeździe z Polski rzuciłem się oczywiście na druki dotąd zakazane, których dostęp w Polsce był ograniczony. Ale równocześnie zaliczałem też podobne w cyrylicy, np. całego Sołżenicyna w podlinnikie. Stąd, gdy tuż przed bliskim upadkiem komunizmu zaszagałem po Moskwie, nie sprawiło mi dużej trudności wtopienie się w tłum tubylców. Do tego stopnia, że gdy odwiedziłem Moskwę zimą 8 lat później i zastanawiałem się w metro jaką pojechać linią, jakaś babuszka uznając, że pewnie nie mam (15-u kopiejek) na przejazd oferowała mi jałmużnę w wysokości 10 rubli!

Ale wróćmy do angielskiego. Od prymusa w gimnazjum przeszedłem na pierwszym roku studiów na pozycję jednego z gorszych studentów. Pierwszego semestru lektor Burgielski wręcz mi nie zaliczył i zdawałem poprawkę. Nie miał on w sobie nic z dobrotliwości mojej gimnazjalnej nauczycielki i osłów tępił bezlitośnie. Gdy jakiś student wymawiał słowo As (=jako) fonetycznie bez zmian (miast Es), komentował: As (Ass) to znaczy osioł!

Po dwóch latach wyrzucono mnie ze studiów dyplomatycznych (o czym szerzej w innym miejscu) i na tym skończyła się moja edukacja języków obcych. Ale one istniały i funkcjonowały wokół mnie i wkrótce (tj po ukończeniu innych studiów) odczułem namacalnie ile strat w tym zakresie poniosło moje pokolenie. Obserwowałem moich, powiedz-my o 10 lat starszych kolegów-krytyków filmowych, a ta różnica wieku to wtedy było dużo. Wielu z nich swobodnie posługiwało się angielskim, francuskim i niemieckim, niektórzy także rosyjskim. Trudności te i różnice zaznaczały się najczęściej na licznych pokazach filmowych dla wtajemniczonych, często w wersji oryginalnej nawet bez ustnego tłumaczenia lektora. Tu ci starsi, poligloci, górowali nad młodszymi, wychowanymi w szkołach PRL-u, co się sprowadzało do wyjaśniania detali już po pokazie.

Różnice w edukacji odczułem także w postaci braku wykształcenia klasycznego, a na studiach historycznych łacina i – w niektórych specjalizacjach – greka, były nieodzowne. Przyjęto mnie pod warunkiem, że z czasem uzupełnię łacinę i po dobrym zdaniu egzaminu magisterskiego i wszelkich innych zaskoczono mnie odmową wydania dyplomu do czasu zdania także łaciny! Wkrótce jednak przekwalifikowałem się na film, a gdy po 2 latach ponownie zgłosiłem się po dyplom otrzymałem go bez dwóch zdań ani napomknięć o łacinie. Sprawa przyschła i takim to jestem nieprawdziwym magistrem. Łacinę (obok kuchennej) poznawałem stopniowo poprzez znane maksymy, a niektóre mogły się przydać, jak poznane wcześniej – festina lente, czy później – habent sua fata libelli.

Jeszcze w czasie studiów, z racji pełnionych przeze mnie funkcji społecznych w uniwersyteckim klubie AZS, przypadła mi w udziale opieka nad czeską drużyną hokeistów przybyłych do Warszawy na akademickie bodaj mistrzostwa świata. Uznałem wówczas, że warto pokusić się o opanowanie kolejnego języka słowiańskiego. W tym celu pogrążyłem się w lekturze jakiegoś przypadkowego amerykańskiego kryminału w przekładzie czeskim. Rezultat był fatalny: niewiele z akcji rozumiałem, a w dodatku ów de-tektyw bez przerwy zwracał się do kobiet per slecno, cóż to: czy wszystkie były takie śliczne? Po latach (bo zawsze byłem leniwy w zaglądaniu do słowników) dowiedziałem się, że to po prostu panna. A z hokeistami porozumiewałem się po angielsku.

Kilkakrotne wizyty w rejonie przygranicznym w Karkonoszach, a także w tatrzańskiej strefie konwencji, znów dowiodły jak trudny jest język czeski (i słowacki). Ale potrzeba jest matką wynalazków. Miałem wówczas sposobność oglądania sporej ilości klasyki filmowej na pokazach Centralnego Archiwum Filmowego w warszawskim Iluzjonie. Często były to kopie amerykańskich, angielskich, francuskich i niemieckich filmów dźwiękowych, mniej czy bardziej legalnie skopiowanych z zasobów czeskiego archiwum i zaopatrzonych w czeskie napisy. Rozumiejąc lepiej czy gorzej dialogi, pracowicie wczytywałem się w czeskie “titulki” i słownictwo wsiąkało.

Konwersacje przygraniczne rozwijały się, a w roku 1962 pojechałem na pierwszy zagraniczny festiwal filmowy do Karlovych Varów. I tam miałem kilka pouczających przygód. Najciekawsza rozegrała się na konferencji prasowej bułgarskiego reżysera Rangela Vylczanova i polskiej aktorki Anny Prucnal grającej główną rolę w jego filmie “Słońce i cień”. Aktorka opowiadała po polsku jak reżyser poszukiwał odtwórczyni tej roli i kilkakrotne powtórzenie przez nią słowa szukał (reżyser mnie szukał) wywoływało wśród zgromadzonych czeskich dziennikarzy huragany śmiechu. Uczeni w piśmie wiedzą co to słowo po czesku znaczy.

Sam próbowałem na tej czy innej konferencji formułować jakieś pytanie w domorosłej czeszczyźnie. Na ogół kończyło się tym, że któryś z tłumaczy przekładał moje pracowite enuncjacje z polskiego na nasze. Wtedy dowiedziałem się np. że kontynuacja nie brzmi po czesku kontinuace lecz pokracovani.

Braki w łacinie odezwały się przy kolejnym festiwalu, w tym samym roku 1962, pierwszy raz na Zachodzie, we Włoszech. Przed wyjazdem udzieliłem sobie z drukowanego samouczka kilku lekcji włoskiego, dowiedziałem się, że la lingua italiana e facile i postępowałem w czasie 2-tygodniowego pobytu według tego wskazania. Rzeczywiście, okazał się łatwy i już po kilku dniach pobytu działałem według zasady: znasz trzy słowa, buduj z nich zdanie, znasz nowe trzy, buduj zdanie złożone lub kolejne. I tak już poszło. W czasie następnych kilkunastu krótkich pobytów wakacyjnych we Włoszech, potrafiłem porozumieć się w prostych sprawach, rozumiem w dużym stopniu dialogi na filmach, potrafię przeczytać z korzyścią gazetę, choć oczywiście z czytaniem literatury jest o wiele gorzej. Mniej więcej taka sama jest sytuacja z językiem francuskim, z którym przez długi czas byłem nieobyty, do tego stopnia, że próbując śpiewać w oryginale popularne wówczas piosenki Yves Montanda, wymawiałem z koszmarnymi błędami różne słowa, ku uciesze wtajemniczonych kolegów i koleżanek z klasy. Ale później, nagle zaczynałem francuski rozumieć, bądź na pokazie filmu bez napisów, bądź korzystając z francuskojęzycznych materiałów o różnych filmach. Przebywając w tych dwóch krajach zawsze żałowałem, że nie mogę zostać dłużej, bo sądziłem, że powiedzmy półroczny pobyt w każdym z nich pozwoliłby mi płynnie opanować te języki romańskie. Ale nadal czekam na tę okazję i zadawalam się połowiczną ich znajomością.

O ile jednak Włosi zawsze odnosili się do moich niezgrabnych prób mówienia ich językiem z dużą wyrozumiałością, nawet do nich zachęcając, o tyle Francuzi reagowali objawami wyższości i źle skrywaną ironią. Po kilku takich konfrontacjach czułem się zmuszony w jakimś sklepie zauważyć, nadal po francusku: “wyobraźcie sobie, że istnieją na świecie ludzie, nie urodzeni we Francji, którzy mimo to próbują używać tego języka”. Było to w czasie turystycznej wędrówki wokół Mont Blanc i po przekroczeniu granicy z Włochami źle mi się słuchało francuzczyzny u kelnerów w hotelu w miejscowości Courmayeur, których próbowałem strofować, że tu już należy mówić po włosku. Po jakimś czasie dowiedziałem się, w jakim byłem błędzie. Ludność Sabaudii, kiedyś należącej do Francji, nadal posługuje się francuskim jako językiem ojczystym.

Gorzej było z językiem hiszpańskim, którego początki próbowałem poznać na krótkim, półrocznym, nadobowiązkowym lektoracie, jeszcze na studiach dyplomatycznych. No i ograniczyło się do początków i w czasie licznych urlopów w Hiszpanii nigdy nie udało mi się wyjść poza elementarz. Ponadto lepiej mi znany, podobny do hiszpańskiego włoski, zawsze wysuwał się na pierwszy plan przy każdej niemal próbie mówienia językiem Cervantesa.

Aż wreszcie sprawa się przełamała przed kilkoma laty. Zwiedzając Meksyk, którego mieszkańcy nie zawsze znają jakikolwiek inny język (poza indiańskimi narzeczami), nagle stwierdziłem, że w licznej polskiej grupie rutynowanych podróżników, na ogół znających angielski, okazałem się jedynym jednookim wśród niewidomych. Odtąd ułatwiałem kontakty handlowe grupy w sklepach, na targowiskach i u wędrownych sprzedawców.

Jeśli nie liczyć owego krótkiego lektoratu hiszpańskiego, a także równie krótkiego kursu esperanto, który dzięki geniuszowi Ludwika Zamenhofa opanowuje się bardzo szybko i równie szybko zapomina (z braku okazji do jego praktykowania), tylko dwa języki obce opanowywałem na drodze systematycznej nauki – rosyjski (8 lat) i angielski (6). O ile ten pierwszy, z racji słowiańskiej bliskości mogłem przyswoić sobie w sposób niemal bezbłędny i chwilami nawet uchodzić za Rosjanina (choć częściej demaskowało mnie “udarenije”), to w przypadku drugiego okazało się to zgoła niemożliwe. Już w Szwecji niektórzy cudzoziemcy, z którymi rozmawiałem po angielsku, odgadywali bezbłędnie, że nie jestem Szwedem (który ma w angielskim inny akcent) i raz wzięli mnie za Węgra. Jednakowoż angielski otacza nas ze wszystkich stron, w kinie i telewizji, i nastręcza się o wiele więcej okazji zarówno do konwersacji jak i używania go w piśmie, niż w przypadku rosyjskiego. Stąd potrafię sformułować po angielsku list, napisać jakiś tekst, gdy po rosyjsku te umiejętności ograniczone są barierą cyrylicy (i jej odmiennego rozmieszczenia na klawiaturze). Mogę napisać list po rosyjsku gęsim piórem, ale na komputerze nie próbowałem, zadawalając się fonetyczną transkrypcja rosyjskich słów w łacińskim alfabecie.

Zajmowana w gimnazjum pozycja poligloty mogła jednak później być zagrożona z najmniej oczekiwanych stron. Jeden z moich bliskich kolegów, prymus mający opinię kujona, w językach obcych miał gorsze ode mnie notowania. Co częściowo nadrobił, udając się na studia do ZSSR. Po powrocie znał oczywiście rosyjski lepiej ode mnie. Nadal miałem przewagę w angielskim, na co on wkrótce potem wyemigrował do Australii. Kiedy w kilka lat później, po jego powrocie do Europy, spotkaliśmy się w Londynie, znał oczywiście angielski lepiej ode mnie. Ja wkrótce potem znalazłem się w Szwecji i językiem tego kraju nadal nad nim górowałem. Na co on mi się zrewanżował, wyjeżdżając z kolei z Anglii do Holandii, gdzie opanował jeszcze jeden język.

Wyjeżdżając z Polski w ostatnich dniach Igrzysk Olimpijskich w Tokio 1964, przybyłem do Anglii z jaką taką znajomością języka. Trzymiesięczny tam pobyt dobrze mnie przygotował do pierwszych kroków w Szwecji, gdzie, jak początkowo sądziłem, wszyscy wykształceni ludzie znają dobrze angielski, niemiecki i francuski. Prawda okazała się bardziej skomplikowana – na krzywej malejącej poprzez te trzy języki. Ale przede wszystkim to ja musiałem teraz nauczyć się szwedzkiego. Wzmocniony angielskim buńczucznie głosiłem wszem i wobec, że po trzech miesiącach język ten nie będzie miał dla mnie tajemnic. Rzeczywistość odbiegła nieco od tego ambitnego ideału.

By pozostać przy ogłoszonym wcześniej unikaniu nauki języków, nie zgłosiłem się na kurs SFI (svenska för invandrare) zamiast czego rozpocząłem pracę w SFI (Svenska Filminstitutet), gdzie porozumiewałem się po rosyjsku z bezpośrednim zwierzchnikiem i po angielsku z całą resztą. Najbardziej skrajny był personalny, który od pierwszej chwili z uporem godnym lepszej sprawy, mówił do mnie po szwedzku, z czego niewiele rozumiałem. Najszybciej nauczyłem się czytać (alfabet ten sam, jeśli nie liczyć kilku odmiennych liter) i rozumieć przeczytane, później pisać po szwedzku, następnie mówić i dopiero na samym końcu w miarę płynnie rozumieć co mówią Szwedzi. Cały ten proces zajął mi jakieś dwa lata, co nie znaczy że edukacja była zakończona. Pisanie po szwedzku długo jeszcze sprawiało mi pewne kłopoty, głównie syntaktyczne (rzadziej ortograficzne) i teksty przeznaczone do druku musiałem poddawać kontroli uprzejmych kolegów w pracy. Dopiero po jakichś 20-30 latach pobytu mogłem stwierdzić, że jestem w pewnym przybliżeniu dwujęzyczny.

Po kilku latach pobytu w Szwecji zapisałem się na wieczorowy kurs gimnazjalny, na który uczęszczali zarówno Szwedzi uzupełniający wykształcenie jak i cudzoziemcy, na ogół znający szwedzki lepiej ode mnie. Z rozbawieniem spoglądam czasem na swój ówczesny pisemny egzamin maturalny, za który dostałem podwójną ocenę – dwóję za język, celującą za treść.

Nie mogę tu również pominąć roli oglądania filmów (i telewizji) w procesie uczenia się szwedzkiego. I to nie filmów szwedzkich, których dialogi rozumiałem zrazu w niewielkim stopniu. Raczej anglojęzycznych, ze szwedzkimi napisami. Słyszalny i zrozumiały dialog pozwalał – podobnie jak nie-gdyś w przypadku czeskich ’titulkóv’ – szybko opanować słownictwo szwedzkie zawarte w napisach.

Nauka szwedzkiego bywa więc ułatwiona jeśli się uprzednio zna angielski i niemiecki. Mając to tylko w połowie, zastosowałem procedurę odwrotną. Nagle uznałem, że znam niemiecki za pośrednictwem szwedzkiego. Jeśli do pewnej ilości rudymentarnych zwrotów dodać ogromne słownictwo szwedzkie w swej masie do niemieckiego (a także angielskiego) zbliżone, można pokusić się o używanie języka Goethego w prostych celach użytkowych, czytaniu gazet, broń Boże książek. Nieliczne niemieckie lektury na studiach filmoznawczych w Szwecji sprawiały mi zawsze sporo kłopotu. Ale w wiele lat później zdarzyło mi się raz ubrać w szaty germanisty i napisać esej o R.W. Fassbinderze w dużej mierze oparty o teksty niemieckie.

Ale jak nieopanowana łacina mogłaby stanowić dla mnie dojście do języków romańskich, a polski z rosyjskim otwarcie na języki słowiańskie, tak szwedzki z angielskim dały poza niemieckim wejście w pozostałe języki skandynawskie (tj duński i norweski), oba łatwe do opanowanie w piśmie, tylko drugi z nich w mowie.  I tylko w tym sensie, że porozumienie się z Norwegiem jest po szwedzku łatwe, gdy z Duńczykiem prawie niemożliwe. Także z Finem mocno ostatnio utrudnione, gdy wielu Finów – z tego niegdyś oficjalnie dwujęzycznego kraju – ze względów patriotycznych nie przyznaje się do znajomości szwedzkiego, bądź istotnie go nie zna.

Poza wymienionym tu tuzinem języków obcych rozciąga się jeszcze ocean innych: języków, dialektów, narzeczy. Ich opanowanie jest dla przeciętnego obywatela świata zgoła niemożliwe. Z odwiedzanych przeze mnie jedno- lub kilkakrotnie krajów mogłem zaczerpnąć jakieś skrawki – 5-10 słów: greckiego, hebrajskiego, kiswahili czy (głównie z filmów) japońskiego.

Reszta jest milczeniem. The rest is silence. Der Rest ist Schweigen.

Aleksander Kwiatkowski

Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015
Foto: Public Domain

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer