Paszkwil na dobre wychowanie…
A więc w łóżku. Na miękkim materacu marki ”Dux”, z książeczką wydaną przez owo ”Przedwiośnie” w dłoniach, nie tyle zresztą książeczką, co zapisem rozmów, które nijaka Anna Burgerowa (Czeszka?) przeprowadziła tu, na tym północnym cyplu Europy, z pewną grupką domniemanych uczestników pewnych wydarzeń, które – jak wszyscy wiedzą – właściwie się nie odbyły. Zresztą były to nie tyle rozmowy na ów niezupełnie wydarzony temat, co kombatanckie wspominki pewnych osób przyznających się do, a nawet przypisujących sobie zwycięstwa na polach bitw, które się przecież znajdowały (i dalej tam znajdują), jedynie w rozgorączkowanej wyobraźni autorów tych wspomnień.
O co chodzi? Zacznę od początku, a najlepiej od określenia geografii miejsca. To miejsce jednak, ten kraj, można powiedzieć wymagał zawsze więcej geopolityki niż geografii. Nie wiadomo zresztą dlaczego tak właśnie jest, bo w ostateczności każdy kraj ma takich sąsiadów, jakich ma, i tak jak ów kraj musi sobie z tą rzeczywistością jakoś radzić. No, nic, nie będę rozmywał, tylko opisywał.
A więc twierdzę, a właściwie: twierdzi większość artykułowanej mniejszości (mam nadzieję, że nie komplikuję zbytnio, choć powiadają niektórzy, że co proste to dla prostaków!), że ten kraj, jak inne morzem, otoczony jest wrogami (sytuacja odwrotna jest dla mieszkańców tej ziemi nie do przyjęcia). Można nawet stwierdzić, że bez wrogów owa kraina, która istnieje tylko geopolitycznie, znikłaby z powierzchni ziemi. Co tam ziemi! ZIEMI!
No tak, przepraszam za tę małą dygresyjkę. Z drugiej jednak strony niektórzy z państwa chcieliby na pewno spojrzeć na ten kraj jakoś inaczej niż zwykle, może nie tak brutalnie i bezwzględnie jak ja, ale jakoś tak, no, inaczej. Co by tu… Mówi się, na przykład teraz, dużo o tym, gdzie ten kraj się właściwie znajduje. To znaczy czy na wschodzie, czy na zachodzie. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że tam jest środkowy-wschód, a inni z twarzami jak posągi Illi Muromca, że wschodni-zachód. Mnie się wydaje, że nie ma to akurat żadnego znaczenia, ale też to, że tak mi się właśnie zdaje, że właśnie ja zupełnie nie przywiązuję do tego żadnej wagi, powoduje, że ani ja ich, ani oni mnie zupełnie nie rozumieją. Można powiedzieć, że żyjemy, że żyjemy w permanentnej ”niemożności”, jak powiada modny ostatnio pisarz, zresztą martwy od jakiegoś czasu.
No tak, ale ja nie o tym właściwie, a o czymś innym. Tak, tak, nie da się ukryć, że to dziwny kraj. A może nie znowu tak dziwny, zważywszy, że prawa natury są nimi bez względu na to w którym miejscu się znajdujemy. Mówię o tym, ponieważ zdaje się, że każda akcja prowokuje reakcję, każde A ma za sobą B, wschód zachód, dół górę…
Tak więc wydawnictwo i wydawca postanowili jakoś wyzwolić ludzi spod ciężaru nieświadomości i zaaplikowali kobylastą kurację, której celem jest udowodnienie czytelnikom, że naród zachował się godnie w niegodnej sytuacji; że brudną robotę robili ubabrani prowokatorzy, zaś czystą ludzie nieposzlakowani, tacy właśnie jak pani redaktor Anna Burgerowa i wydawca Mieczysław Marny.
Sprawa o której wypowiadają się autorzy i obserwatorzy wypadków sprzed lat, to właściwie historia ciągnąca się, jak powiedziałem, od tysiącleci, i tylko nadmiar papieru i chęć zarobku powodują, że ktoś się jeszcze tym zajmuje. O co chodzi? Chodzi o to, że ludzie na walizkach muszą coś robić. Od tego czy coś robią, czy nie, zależy ich zdrowie psychiczne, i inne. A kiedy już coś robić, to, niestety, czasami tak zaczynają, że robią to lepiej od innych. Dlaczego tak się dzieje? Trudno powiedzieć. Może chodzi o to, że ludzie, którzy nierzadko jednej godziny muszą zmienić miejsce zamieszkania, gdzie od A do B, ze wschodu na zachód, z góry na dół, może być tysiące kilometrów, no więc tacy ludzie muszą niektóre rzeczy robić po prostu szybko. Na przykład może wziąć sprawę, o której wszyscy mówią, a jeśli robią – to tylko na własny rachunek.
Mam na myśli sprawę raju na ziemi. Otóż rajem na ziemi nazywam taką sytuację socjalną, w której wszystkim bez wyjątku jest miło i przyjemnie. To znaczy, miło i przyjemnie jest nawet niewolnikom, którzy jednak nie nazywają się tak, a noszą jakieś inne imię. Na przykład mówi się o nich: klasa robotnicza. Jak zwał tak zwał, aby tylko można było coś zrozumieć. Jakoś i tak się dzieje, że im człowiek bliżej ideału, to znaczy im bliżej jakiegoś celu teoretycznie tylko możliwego, tym w rzeczywistości dalej, coraz dalej od rzeczywistości. I na nic w tym momencie klasyczne licea, na nic Platony i Petarki „Miłość do ideału” niepostrzeżenie zamienia się w niechęć do rzeczywistości. Chciałem napisać: pogardę, ale w ostatniej chwili zrezygnowałem. Otóż i to: im bliżej tym dalej ziemi.
No, ale czy nie jest tak ze wszystkim i wszystkimi? Tak właśnie jest, ale w tym kraju środka wszystkim wydaje się, że tak właśnie jest ze wszystkim i wszystkimi, ale POZA prawdziwymi krajowcami. Wszyscy mogą maczać palce w g…, tylko nie my. My, jeśli w ogóle w czymś maczamy ręce, to w święconej wodzie. Tak jest, daję słowo honoru. No tak, każdy kraj ma swoich grzeszników i świętych. Nie da się nawet ukryć, że każdy święty ma coś z grzesznika (nie wiem czy jest i odwrotnie, ale oto słyszę, że pani Anna Burgerowa jest w trakcie montowania nowego opus magnum w postaci rozmów z grzesznikami na temat świętych celów ich stałych grzechów; zobaczymy co z tego wyjdzie, może nowe Wyznania?) i nie ma się co dziwić, ponieważ od dawna wiemy o tym, że gdybyśmy nie zaznali Zła, trudno byłoby nam mówić i żyć w Dobrze.
No dobrze, ale co z tym dziełem, o którym zacząłem tak, wydawałoby się, zgrabnie i gładko? Tak, sprawa nie jest prosta. Chodzi bowiem o to, że jedną z interlokutorek (są i interlokutorzy!) jest moja bliska krewna, już na szczęście dość daleka, tym nie mniej jeszcze w jakiś niezbyt zrozumiały sposób bliska. Nie będę ukrywał, że jedyne, co mamy ze sobą wspólnego to te walizki, na których oboje siedzieliśmy; tyle, że ja skorzystałem z okazji i spakowałem je zaraz po tych ”wydarzeniach”, o których ona się z namaszczeniem wypowiada, ona zaś czekała jeszcze 20 lat by to uczynić. Ponieważ czekała jeszcze tyle lat na to by zrobić to, co jej współplemieńcy zrobili wcześniej, jej sytuacja jest o tyle bardziej skomplikowana. Dlatego też, będąc z usposobienia kobietą czynu, postanowiła odkryć przed czytelnikami historię swojego życia wierząc, że co jak co, ale to życie podane w sposób łatwy i przyjemny pozwoli innym, to znaczy tym którzy szukają winnych w Innych, na ostateczne rozwiązanie jeszcze jednej zagadki nurtującej ich sumienia.
Otóż ta moja krewna postanowiła oddać pod nóż cenzury swoje dziewictwo, nieskalane niczym, poza myślą o grzechu. Jak wiemy, jeden z ostatnich prezydentów Ameryki został nim dlatego, że przyznał się do grzechu w myślach. Czy to właśnie powodowało wyznaniami mojej krewnej, mogę się tylko domyślać.
Wracając jednak do sprawy. Niezbyt pamiętam (a nie chce mi się grzebać w papierach) czy podałem już tytuł eposu, czy raczej sprawozdania z pola bitwy, choć dalej nie jest jasne kto z kim się bił, czy ci, co bili byli bici, czy bici dawali się bić, a może nawet nie wiadomo do dzisiaj, kto bił kogo i dlaczego? Tytuł jest skromny i z trudem prowokujący do myślenia w ogóle, a od domysłów, że chodzi o jakiś szczególnie szokujący motyw tego wydarzenia, w szczególe. Okładka raczej nie szczególna, prawdę powiedziawszy przypomina okładki wieńczące końcowe sprawozdania partyjnych zjazdów i nawet nie wiadomo czy efekt ten był zamierzony.
Tak więc okładka jest czerwona, ale nie da się ukryć, że nie jest to jedyna barwa tej książki; w każdym razie dominująca. No tak, na tle owych wydarzeń, sprawa dość szokująca, ale znów nie za bardzo, nie tak, by w jakiś zasadniczy sposób zmieniała tło tej historii, jak mógłby powiedzieć jakiś niezbyt mądry literat: jej krajobraz.
Wracając do tytułu, to można powiedzieć, że rzeczywiście jedyne co człowiekowi przychodzi do głowy, to jakiś niezbyt ciekawy zjazd czy może nawet zwykła konferencja partyjna. Oto on: ”Pola po żniwach”. Niby dwuznaczny, ale znów o jaką dwuznaczność chodzi autorom? Trudno się domyśleć. W każdym razie jedną z kop na tym polu, czy też jednym z pól, czy też, żeby nie było wątpliwości, jedną z kop na jednym z pól, których mogło być w owych czasach zupełnie nie mało, jest ta moja krewna, o której wspominam ze szczerą niechęcią, tym nie mniej muszę to zrobić, ponieważ, co tu gadać, chcę czy nie chcę, chcąc nie chcąc, jest moją krewną, nawet dość bliską.
I tu, muszę powiedzieć, sprawa się komplikuje. Nie wiedzieć czemu, krewna występuje w tych żniwach pod pseudonimem. Może boi się tych co kiedyś bili, a może sama kiedyś biła i teraz się boi, że ją będą bili? A może chodzi jej o męża, który jeszcze nie tak dawno był dość blisko tych co kiedyś bili? Nie wiadomo. W każdym razie ja, leżąc w łóżku, łatwo odkryłem pod pseudonimem ”kopa kopie nierówna” (w skrócie kkn – kakan albo ka ka en – jak sobie chcecie) moją krewną, która, prawdę powiedziawszy, po śmierci Sosa dwa razy zemdlała trzymając wartę przed jego uśmiechniętym zdjęciem, a dwa lata potem siedziała na kolanach Bieruta. Możecie o tych faktach myśleć co wam się rzewnie podoba.
Mówię o tym dlatego, że dobrze umieć pisać o faktach, jako o faktach; nie zaś, jak to czyni moja krewna (dość bliska, niestety) mówić o fikcji, jakby to były fakty. Tak się składa, powtarzam to chyba po raz dwudziesty, że byłem przy większości opisywanych sytuacji i poczekałbym jeszcze z tym przypinaniem sobie medali. Moja krewna, mówiąc w skrócie mój kakan, powołuje się często na postacie naszych wspólnych krewnych (tego by brakowało, żeby nie byli wspólni!, o tym tylko mimochodem), których to, zupełnie niepotrzebnie w moim przekonaniu ubrązawia, jakby nie wiedząc, że kolor brązu właściwy jest nie tylko brązowy.
Początkowy fragment manuskryptu książki Jana Laptera ”Paszkwil na dobre wychowanie…”.
Jan Lapter
Tekst publikowany był w “Polonica” (nr 10-11/1993)
