Raz duszno, raz świeżo
Najistotniejszym jest, żeby w tej grze wytrwać. Poproszony, mógłbym bez trudu wyliczyć szereg moich wad i niedostatków, stanów ducha zawinionych i niewinnych jak lilia, trudnych i łatwych. Tu mam do przodu, tam do tyłu, a czasem do przodu i tyłu jednocześnie. Zakochany bywałem to bardzo, to średnio, ale częściej bardzo. Do jednego życia byłem za młody, do drugiego – za stary. Do tego zbyt trzeźwy, do tamtego zbyt pijany, za głupi, za mądry. To sobaczą mnie za grafomanię, to chwalą, że dobre…
Mam wielki podziw i uznanie dla życia za to, że wszystko, co mnie stanowi, jakimś cudownym sposobem potrafi utrzymać w kupie. A ja jeszcze bezczelnie staję przed nim i nieustannie głoszę jakieś wymówki, albo – co już zakrawa na pilną potrzebę medycznej interwencji – udzielam mu dobrych rad.
Słowem – czysty i trochę szalony kalejdoskop. Raz duszno, raz świeżo, raz dziarsko i z przytupem, raz trupio, raz winien, raz nie winien, raz debet, raz ma. „Obiektywnie” rzecz biorąc wiem, że się wrednie czepiam, mimo że rozumiem jego (życia) racje. Rozumiem przesłanki, motywy, sytuacje, okoliczności, odruchy, rozumiem wszystko włącznie z tym, czego jeszcze nie wymieniłem i z rozmysłem pominąłem, bo… Wiem to – wychodzi mi bilans ujemny, a na dodatek rozsądek wykrzywia gębę w uśmiechu i drwi sobie ze mnie. Chcę tylko powiedzieć, że chodzi mi wyłącznie o to, że nie mogę znieść, nie mam już siły do dalszego znoszenia tego, co na mnie, starym facecie, dokonują moje uczucia i pragnienia. Mam serdecznie dość tego emocjonalnego bajzlu, któremu podlegam, a życie podsuwa wciąż nowe emocje.
Parokrotnie już wydawało mi się, wręcz byłem nieomal pewien, że po prostu ta cała heca z życiem nie jest go warta. Mam na myśli, że jeśli nadzieje są zbyt wielkie, to nawet drobne sprawy niosą ze sobą kłopoty, gdyż stają się duże.
I już wyjaśniam, co mam na myśli. Jedni kolekcjonują przez ciąg życia wiedzę teoretyczną, inni praktyczną, jeszcze inni coś innego, co im pasuje. Ja grzebię sobie w głowie i tak gromadzę pustą, mało potrzebną i wysoce niepraktyczną dla życia wiedzę o sobie, dokładając tym sposobem do nic kolejne porcje niców. Jednakże uważam, że istnieje we mnie i w innych, mnie podobnych, coś, co nas ratuje. Jest to wiara w życie po życiu, inaczej mówiąc przekonanie, że to, co jest, skończy się jednak happy endem.
I tak sobie podróżuję, wyposażony przez litościwe dla mnie jednak życie we fragmenty myśli, składające się na wyobraźnię. Jestem dzieckiem i ofiarą mojej wyobraźni.
Zrobiłem pranie i się suszy. Dziwne to, ale wrzucając wyprane już ciuchy do suszącego je bębna po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, że moja garderoba jest kolorystycznie beznadziejna. Nieomal tylko czarne, trochę białego, a wszystko jak ja sam – solidnie już sprane.
ASZ
