Natt och Dag. Noc i dzień… w Malmö

0
Malmö–flygbild_06_september_2014

Któregoś dnia uległam namowom i postanowiłam odwiedzić znajomą zamieszkałą w Malmö. Osoba ta przedstawiała się jako wielka przyjaciółka Polski i Polaków. Na poręczach jednego z foteli, w mieszkaniu tejże pani, dwie makatki z wyszywanymi białymi orłami miały niezbicie świadczyć o tej przyjaźni.

Także opowiadania o znajomościach z przedstawicielami polskiego środowiska sprawiły, iż poczułam się swojsko. Mój entuzjazm do dalszego rozwijania przyjaźni szwedzko-polskiej osłabł nieco, gdy relacje mojej rozmówczyni z pobytu w Polsce ograniczyły się do stwierdzenia, że hotel w Szczecinie okazał się całkiem nowoczesny.

Przyjechałam do Malmö po południu, gdyż miałyśmy pójść wieczorem do teatru. Miałam pecha bo mojej znajomej, która podobno ma przywileje umożliwiające wstęp na różne imprezy, nie udało się tym razem zdobyć biletów. Nie zraziło to mnie, miałam przed sobą noc na „końskim” łóżku czyli „hästens sängen”, które zapewniało niebiańskie spanie z możliwością ekwilibrystycznych wyczynów. Po wysłuchaniu dokładnej instrukcji już wiedziałam, że za naciśnięciem odpowiedniego guzika części łóżka mają unosić się do góry lub na dół. Zastanawiałam się nad jednym tylko, czy starczy czasu na spanie. Ponieważ wieczorem poczułam się bardzo zmęczona, więc zaniechałam rozrywki, którą zapewniała elektryczna maszyneria umieszczona w korpusie łóżka i zasnęłam twardym snem zdrowego człowieka. Z pewnością spałabym tak do rana, gdyby nie przedziwny hałas przenikający z zewnątrz i wypełniający wnętrze mieszkania. W półśnie wyobrażałam sobie, że unosi mnie tajemniczy wehikuł w przestrzeń utkaną gwiazdami i pulsującą rytmem melodii wszechświata. Jakoś podobnej do tonów tysięcy smyczków szalejących po napiętych strunach skrzypiec, lub do chrapliwego rechotu żab, czy monotonnego cykania świerszczy. Wszystko to stanowiło jedną wielką orkiestrę. O dalszym spaniu nie było mowy. Wymknęłam się cicho na balkon.

Jasna, letnia noc, cisza nad głową i zaledwie kilka światełek mrugających gwiazd. Już zupełnie rozbudzona odkryłam że ten z-organizowany, melodyjny hałas pochodził nie z góry lecz z dołu, z otulonego powłoką cieni miasta. Rano, moja znajoma wyjaśniła, że tak koncertują po nocach mieszkańcy licznych parków i drzew rosnących wzdłuż ulic. Dzienny widok, jakim obdarował mnie szczodrze balkon, był zachwycający. W ostrych promieniach słońca wszystko mieniło się przeróżnymi barwami, uwypuklało kształtami. Miałam dużo czasu, bo gospodyni domu wyszła na spacer ze swoim człeko-psem do psiego parku. Tam pieski mogą załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby, mogą pobiegać i spotkać zaprzyjaźnione psy. Człeko-pies powinien się odpowiednio znaleźć w swojej życiowej sytuacji. Jeśli nie potrafi i nie wykazuje cech unormowanego psa, to grozi mu „likwidacja”. Pies mojej znajomej stanął na wysokości zadania więc uzyskał wszystkie przywileje pierwszorzędnego członka rodziny.

Mnie natomiast przyszło czekać godzinę na śniadanie i szklankę gorącej herbaty. Mogłam więc spokojnie sycić się widokiem miasta i powędrować wzrokiem po jego ulicach. Dobrze się składało, że widok z balkonu ogarniał największy i najpiękniejszy park, Pildammsparken – Park Wierzbowych Sadzawek (można go tak nazwać po polsku). Tam chyba jest stolica wszystkich koncertmistrzów. Przy parku znajduje się Malmö Stadion, który z dumą jest opisywany jako jeden z największych i najładniejszych obiektów sportowych. Przenosząc spojrzenie nad parkiem, nad stadionem, dalej na północ, spostrzegłam znaną sylwetkę Kron Prinsa. To tam Drottninggatan i Regementsgatan tworzą linię podziału między starą a nowoczesną częścią miasta. Do południowej strony tej linii przylega śródmieście – Inner Staden, a dalej Malmö rośnie i rozwiera się we wszystkich kierunkach jak ogromny wachlarz obramowany taśmą autostrady-obwodnicy, rozprowadzającej drogi do Ystad, Trelleborga i wiodącej do mostu Öresund.

Widok z ”mojego” balkonu obejmował małą część tego dużego miasta, reszta rozpościerała się gdzieś za moimi plecami. Uwagę moją pochłaniało teraz Stare Miasto i nowe dojście do portów. Postanowiłam tam dotrzeć. Pożegnałam moją znajomą i wyruszyłam na poznawczy spacer. Ulicą biegnącą przez kanały i przez środek Starego Miasta, dotarłam na Centralny dworzec kolejowy i do biura turystycznego a następnie do terminalu łodzi samolotowych Flyg Båtar, dowożących podróżnych do portu samolotowego w Kopenhadze. W tej samej okolicy stoi opuszczony nowy budynek pomyślany jako przystań promowa statków i katamaranu, które do niedawna pływały do Polski. Szkoda, że tak krótko. Dobrze znałam i wiedziałam gdzie leżą te portowe miejsca pożegnań i powitań – smutków i radości.

Duży obszar tamtejszych portowych nabrzeży to tereny usypane i zabrane wodzie. Znajduje się tam lądowisko dla helikopterów, Wyższa Szkoła i ogromny kompleks wystawowy Malmö Mässan. Tu kiedyś do-chodziły wody łuku zatoki Lomma, tuż, tuż prawie pod mury twierdzy Malmöhus. Całe Stare Miasto, otoczone jest regularną linią kanału, który zmienia swój charakter tylko na terenie Malmöhus. W zamkowym parku wije się meandrami i pęcznieje sadzawkami a w pobliżu samej twierdzy tworzy dwa pierścienie obronnych fos, by w końcu uciec w kierunku wód zatoki.

Postanowiłam odszukać Hedmanska Gården – Hedmański Dwór, gdzie mieści się Centrum Literatów Południe. Nazwa „Hedmański” sprawiła, że malowałam w wyobraźni biały dwór hetmana, taki jak gdzieś na rubieżach wschodnich Polskiej Korony. Gdy wreszcie dotarłam na Mały Rynek zmuszona byłam pytać, który z budynków jest tym poszukiwanym przeze mnie. Nie mogłam domyślić się, że niski, długi, czerwony budynek nazwano dworem hetmańskim. No cóż, podróże nie tylko kształcą, ale i rozwiewają złudzenia.

Chcę jeszcze kiedyś powrócić na to miejsce; może ulegnę na-strojowi historii, może wezmę udział w letnich imprezach odbywanych na podwórzu dworu. Może porwie mnie wir nowych przeżyć i odkryć. Trochę słyszałam i czytałam o przebytej świetności tych miejsc. Na Dużym Rynku wzbudził mój podziw prawdziwy „dwór” – mennica słynnego Jörgena Kocka, który przez wiele lat pełnił władzę jako burmistrz miasta za króla duńskiego Christiana II i jeszcze nawet po objęciu władzy przez Frederika I. Ale prekursorem świetności i wspaniałego rozwoju miasta w okresie późnego średniowiecza, jak już wspominałam był Erik av Pommern – Eryk Pomorski. Gdy patrzę na piękny portret Eryka, na wspaniały, złotem wyszywany, królewski płaszcz, na łagodną twarz o regularnych rysach, uderza mnie głęboki smutek w spojrzeniu tego władcy i jakaś niepewność. Co myślał? Może doszły go słuchy o bitwie po Grunwaldem i żal że nie mógł w niej uczestniczyć; może tęsknił za rodziną na zamku w Darłowie? Czy też prześladowała go myśl o zagrożeniu ze strony agresywnych poczynań floty Hanza? Można przypuszczać, że nie czuł się dobrze w roli jaką mu wyznaczyła jego ciotka, że zdawał sobie sprawę z powiększającej się ilości wrogów wokół siebie. Nie dowiemy się ile tajemnic kryje postać nieszczęśliwego króla.

Przypomniał mi się jeszcze jeden portret. Widziałam go na zamku w Malmöhus i jeszcze w kilku innych miejscach. Jest to portret Barbro Natt och Dag, żony sędziego sądu (dworskiego) apelacyjnego. Nigdy przedtem nie spotkałam kogokolwiek o podobnym nazwisku. Kiedyś ujrzałam jak przemiła szwedzka lekarka podpisuje receptę nazwiskiem: Luvisa Natt och Dag. Opanowało mnie wtedy uczucie zdziwienia i podziwu dla pomysłowości w doborze nazwisk. Byłam pewna, że młoda lekarka wymyśliła takie (po polsku Noc i Dzień), by czymś się wyróżnić, lub podkreślić całą zawartość życia w nocach i dniach, zmienność i ciągłość. Nie wiedziałam wtedy, że od dawna już w zamku Malmöhus uśmiecha się i spogląda tajemniczo dama nocy i dnia. Nie udało mi się wyjaśnić, jakie więzy łączą moją lekarkę z damą z portretu (średniowiecze i teraźniejszość?).

Może jak noc z dniem i dzień z nocą. Może jak moją noc z dniem w Malmö.

Teresa Järnström Kurowska

Fragment z książki ”Moje spotkanie ze Skanią”. Polonica 2008

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer