Jak nie byłem wyczynowcem i nie wystartowałem na olimpiadzie

0
2068163_amp

W sporcie miałem od samego początku jak najgorsze notowania. Wczesne dzieciństwo naznaczyła wojna, czemu należy może przypisać fakt, że próby opanowania jazdy na łyżwach, wówczas śrubowanych do specjalnych butów, nie miały dalszego ciągu i na lodowisku czuję się nadal niepewnie. Niewiele lepiej czułem się w wodzie i nadal nie jest to mój żywioł, choć pływam, i mogłem niegdyś na basenie pokonywać dystanse rzędu 1000-1600 m. Ale nie opanowałem techniki z zanurzaniem głowy i wynurzaniem jej tylko dla zaczerpnięcia oddechu, co wyznacza rytm uderzeń koń-czyn o wodę i odpowiednie tempo. Zresztą nauczyłem się pływać dopiero w wieku lat 14-u, w Wiśle, na jeszcze wtedy dostępnej warszawskiej plaży, z prądem i stylem „na pieska”, który później zastąpiłem domorosłym crawlem. Przez innych zwanym stylem „po kozacku”.

Równie późno opanowałem sztukę jazdy na rowerze, jako 16-latek. Ale dość wcześnie wykazałem zainteresowania teoretyczne, jako kibic sportowy. Chyba rok po wojnie ojciec zabrał mnie na mecz piłkarski na stadionie ŁKS-u w Łodzi, na Karolewie, blisko stacji Łódź Kaliska. Tuż przed rozpoczęciem meczu na stadionie finiszowali uczestnicy biegu terenowego, na dystansie bodaj 5 km. Pierwszy wbiegł krępy, łysy zawodnik, w niezbyt imponującym tempie. Kurpesa spuchł – powiedział mój ojciec. Przypatrywałem się uważnie biegaczowi, ale żadnej opuchlizny nie mogłem się dopatrzeć. Okazało się, że oznacza to zmęczenie. Wkrótce po nim wbiegł na stadion wysoki, smukły zawodnik Napoleon Dzwonkowski i imponującym finiszem wyprzedził Kurpesę tuż przed linią mety.

Na mecze ŁKS-u chodziłem później jeszcze wielokrotnie, sam lub z kolegami i najbardziej pamiętne było spotkanie towarzyskie ze sławną szwedzką drużyną IF Kamraterna Norrköping, która przybyła z braćmi Nordahl na czele, i nieoczekiwanie przegrała z ŁKS-em w stosunku 2:1. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, co oznacza skrót IF, ani nazwa Kamraterna, którą zresztą wymawiałem z polskim akcentem na przedostatniej sylabie.

W drugiej połowie lat 1950. zainteresowanie piłką wygasło na rzecz Królowej Sportu – lekkiej atletyki. Od pamiętnego zwycięstwa Chromika nad Iharosem na 5000 m. na stadionie Polonii na Łazienkowskiej w Warszawie w 1955 r. nie opuszczałem już większych zawodów tam, czy później na Stadionie X-lecia nad Wisłą, zbudowanym nie bez mojej pomocy, bo kiedyś spędzili nas ze studiów do jednego dnia sypania wałów, później służących za przytulisko dla handlarzy, teraz znów stanowiących podstawę trybun nowoczesnego stadionu. Tam widziałem większość dorocznych zawodów o Memoriał im. Janusza Kusocińskiego (główny bieg na 3000 m.), a także mecze międzypaństwowe, np. z USA z pamiętnym biegiem na 800 m., gdy Makomaski pokonał Courtneya. Może w tym samym meczu “Biały Anioł” Piątkowski pobił rekord świata w rzucie dyskiem (59,91) i ten zamach dyskobola w kole też widziałem z przeciwległej trybuny!

Kibicowanie kibicowaniem, a gdzie tu własne uprawianie sportu? W gimnazjum znów nie mogłem się popisać i nieliczne występy w t.zw. Biegach Narodowych kończyły się na ogół fiaskiem, bądź odległym miejscem. Raz na 1000 m. (2 i pół okrążenia na stadionie) ambitnie poprowadziłem pierwsze 400 m (biegłem w żółtej koszulce i nieliczni kibice zaczęli mnie dopingować okrzykami: jajecznica, gazu!). Jajecznica nie pomogła, to nie były zawody kolarskie, na drugim okrążeniu powietrze ze mnie wyszło jak z dziurawej dętki i dałem się wyprzedzić chyba wszystkim konkurentom. Już na studiach, w r. 1952, wziąłem udział w Marszach Jesiennych na 10 km i tu ujawniła się moja ukryta dotąd cecha: wytrzymałość. Ten pierwszy marsz pokonałem w czasie około 60 minut. Rok później wystartowałem raz jeszcze, na trasie od dzisiejszego pomnika Lotnika na rogu Wawelskiej i Raszyńskiej, Aleją Żwirki i Wigury, aż do lotniska na Okęciu i z powrotem. Dołączyłem do grupy starszych studentów i wytrzymałem ich tempo aż do końca, pokonując dystans w czasie 52 czy 53 minut. To już zakrawało na wyczyn (choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że mój marsz niewiele miał wspólnego z przepisami, tj pewnie nieświadomie „podbiegałem”). Ale takim czasem legitymowała się wówczas elita zawodników tej śmiesznej dyscypliny chodu sportowego, a rekord Polski schodził niewiele poniżej 50 minut. Wkrótce uznałem, że po odpowiednim treningu szanse na udział w igrzyskach olimpijskich w Melbourne (1956) mogą okazać się niemałe. Rok później zgłosiłem się do sekcji lekkoatletycznej warszawskiego AZS-u, gdzie pod kierunkiem trenerów Mauthe (płotkarza) i Ludomira Nitkowskiego (głównie zajmującego się szkoleniem tyczkarzy) próbowałem poprawić kondycję, nauczyć się techniki chodu sportowego i osiągnąć liczące się wyniki. Płotkarze, a szczególnie tyczkarze, ujawniali dobre przygotowanie gimnastyczne, wykonując różne salta w przód i w tył, gdy dwaj chodziarze (poza mną niejaki Chrzanowski, którego zapamiętałem z zaciętości w którymś z marszów jesiennych) byli raczej niezgrabni, uczestniczyli w ogólnych biegach w terenie, tj w Parku Skaryszewskim, a poza tym ćwiczyli tempówki, tj 3 x 1000 m na bieżni, z minutą przerwy, po 5 minut z groszami na każdy kilometr. Tu raz udało mi się zejść po-niżej 4 minut, ale prawdziwi chodziarze utrzymywali takie tempo przez cały dystans, 10-ciu czy nawet 20 kilometrów. Przykładałem się średnio do treningów (3 x w tygodniu), niektóre z lenistwa opuszczając, ale jednak wystartowałem w Akademickich Mistrzostwach Warszawy na 5 km, zajmując 2-gie miejsce (na tyluż startujących, mistrzem został Chrzanowski) w słabym czasie 33 minut. Rok później, w 1955,  trening przyniósł jednak pewne rezultaty, mogłem bowiem obniżyć czas do 28 minut, ale miejsce było to samo. Co przypominało znany dowcip: Jak ci poszło? Świetnie! Zostałem wicemistrzem! A jak wypadł Chrzanowski? Fatalnie, był przedostatni. A ilu startowało…?

Miałem jednak pewne szanse startu w Akademickich Mistrzostwach Polski. Do tego musiałem na treningu osiągnąć wymagane minimum na dystansie 10 km, bodaj 55 minut. Rozpocząłem ambitnie, ale po przejściu 5 km, czasy poszczególnych okrążeń zaczęły się niebezpiecznie wydłużać i po niecałych 7-miu kilometrach doszliśmy z trenerem Mauthe do wniosku, że nie będę jednak w stanie przyśpieszyć, nadrobić zaległości i osiągnąć minimum. Mogłem mieć czas 56-57 minut, co w zestawieniu z wynikiem o kilka minut lepszym na Marszach Jesiennych, nie wyglądało zachęcająco. W mistrzostwach nie wystartowałem, w igrzyskach  w Melbourne – jak się łatwo domyśleć – również nie.

Ostatni akcent w mojej karierze chodziarza był dość nieoczekiwany. Latem 1956 r. brałem udział w kursie dla działaczy AZS w Spale, miejscowości, gdzie trenowała  kadra polskich lekkoatletów, ów słynny Wunderteam. Gdy czołowy polski chodziarz, Szyszka, zresztą również prze-bywający na moim kursie działaczy, zdradził się z zamiarem podjęcia próby pobicia rekordów Polski na rzadko “chodzonych” dystansach niemal sprinterskich – 2 i 3 km – a zarazem miał kłopot w znalezieniu partnera, bez którego konkurencji rekordy nie zostałyby uznane, ujawniłem mój trening w chodzie i po krótkim sprawdzianie u trenera kadry Szelestowskiego, dopuszczono mnie do startu. Jego oprawa była imponująca: starterem był rekordzista Polski na 200 m, znany sprinter Zdobysław Stawczyk (21,2), na mecie sędzio-wała Maria Kwaśniewska, oszczepniczka z brązowym medalem olimpiady w Berlinie (1936), a roli samozwańczego sędziego podjął się oszczepnik Janusz Sidło, kucający na bieżni, aby sprawdzić – szczególnie moje – większe czy mniejsze przywiązanie do ziemi, kontakt z którą jest jednym z wymogów prawidłowego chodu sportowego.

Szyszka pobił oba rekordy Polski (8:04; 12:36), przy okazji zdublował mnie raz na dłuższym dystansie, a ja mimo to poprawiłem o sporo sekund rekordy życiowe (10:05, 16:13). Mój czas na 2 km mieścił się w pierwszej 10-ce rezultatów w Polsce, tym niemniej został pominięty w oficjalnej statystyce pisma “Lekka atletyka”. Moja kariera chodziarza dobiegła końca.

Może jednak winienem był się poświęcać mniej wymagającym dziedzinom sportu, jak np. szachy? Niby grywałem, ale nie należałem do czołówki, choć niekiedy stać mnie było na niespodzianki i w jednym z gimnazjalnych turniejów pokonałem nagłym matem jakiegoś kolegę, starszego o jedną klasę, ale w szachach przewyższającego mnie chyba o kilka. Podobne niespodzianki sprawiałem niekiedy lepszym zawodnikom w tenisie stołowym. Nasze gimnazjum liczyło wielu zawodników płci obojga w łódzkiej czołówce juniorów a nawet seniorów. Mocno trenując (m.in. w lokalu klubu Spójnia) mogłem w końcu wysoko pokonać większość juniorek, grając mniej więcej na równi z ówczesną mistrzynią Łodzi, uczennicą tej samej klasy.

Na pierwszych latach studiów zdobyłem wicemistrzostwo mego roku, a w turnieju uczelnianym zająłem 6-te miejsce. Startowałem nawet raz czy drugi w akademickich mistrzostwach Warszawy, bez żadnych sukcesów.

A sporty zimowe? Legenda rodzinna głosi, że już przed wojną jeździłem na nartach w Zakopanem i zimą 1938/39 miałem jakoby zjeżdżać z Antałówki, która grubo później wydała mi się dość dużym pagórem. Chyba jeździłem po płaskim z górą w tle. Pamiętam jak przez mgłę, że nie lubiłem odpychać się kijkami i namawiałem mamę i jakąś ciocię, aby ciągnęły mnie za ręce. I nie lubiłem jazdy góralskimi saniami, gdzie przykrywano niezbyt ładnie pachnącą baranicą.

Ponownie założyłem narty po wojnie w Szklarskiej Porębie, gdzie zjeżdżałem szusem z jakiegoś dość stromego wzgórza obok pensjonatu, w którym mieszkaliśmy. W Zakopanem próbowałem zgłębić tajniki skrętu z pługu i oporu, na oślej łączce pod Krokwią i na Lipkach, ale z Gubałówki zjechałem dopiero mając lat 17-cie, a z Kasprowego już grubo po 20-ce. Ten pierwszy zjazd poprzedziło 2-godzinne, mozolne podchodzenie z nartami na plecach z Kuźnic na szczyt, bo na początku lat 1960. (a później sytuacja  mogła chyba ulec zmianie tylko na gorsze) czekało się ten sam czas w kolejce do kolejki. Wraz z kolegą z uniwerku, Leszkiem Jęczmykiem, trenującym wówczas biegi średnie, a później znanym jako tłumacz z angielskiego, wypacaliśmy – według jego określenia – kilogramy w górę Doliny Goryczkowej. Przeczytałem później, że kadra polskich lekkoatletów (Wunderteam!) stosowała podobne zabiegi kondycyjne, osiągając szczyt w 1,5 godziny i ta niewielka w końcu różnica wbiła mnie wówczas w dumę, nieco przytłumioną wyczytaną ostatnio wiadomością, że szef TOPPR-u poświęca na to 1,5 godziny… gdy jest w złej formie.

Nigdy jednak nie doprowadziłem kristianii do poziomu pełnej swobody i mimo wielu sezonów w Alpach zawsze doznaję tremy na bardziej stromych stokach, które jednak pokonuję, w stylu rozpaczliwym.

Próbowałem też uprawiać turystykę narciarską, w Beskidzie Śląskim, ale chyba na płaskim terenie czułem się najpewniej. Kilka miesięcy przed maturą wziąłem udział w biegu narciarskim na 4 km w miejscowości Łagiewniki pod Łodzią. Już na miejscu dowiedziałem się, że mój rocznik winien pokonać dystans 12 km, na co zupełnie nie byłem przygotowany. Odmłodziłem się więc o rok, a właściwie – urodzony w końcu listopada – o 5 tygodni, i ruszyłem na 4-kilometrową trasę. Wypuszczano nas pojedynczo w odstępach może minutowych i wyprzedził mnie chyba tylko jeden zawodnik. Bez większych nadziei pojechałem do domu i dopiero następnego dnia przeczytałem w Dzienniku Łódzkim, że zająłem 3-cie miejsce w czasie 28 minut. Była to jakby zapowiedź udanych startów w Marszach Jesiennych w kolejnych latach.

Już mieszkając w Szwecji i jeżdżąc na biegówkach myślałem niekiedy o starcie w Biegu Wazów, ale nigdy nie byłem w stanie narzucić sobie wystarczająco intensywnego treningu, czemu również nie sprzyjała rzadkość śniegu w Sztokholmie.

Coś trzeba było jednak robić po stopnieniu nawet tej niewielkiej ilości śniegu. Gdzieś w połowie lat 1970. rozpoczęła się moda na jogging, której zacząłem się poddawać najpierw w towarzystwie kolegów z pracy na Gärdet. Były to zrazu niewielkie dystanse, 4-5 km. Z okien naszej willi w Ängby obserwowaliśmy raz w roku biegaczy startujących w Vällingbyloppet. Kiedyś zgłosiłem się do tego biegu (na 10 km) i później już poszło!

Skończyło się na sześciu biegach (maratońskich) w Sztokholmie i bodaj tyluż na wyspie Lidingö (30 km). Po ukończeniu 50 lat  dystans w Lidingöloppet się zmniejszał do 15 km, i właśnie w tych krótszych biegach, mogłem doświadczyć emocji wyprzedzania mnie przez czołowe biegaczki na długie dystanse – Norweżki Grete Weitz i Ingrid Kristiansen. Kobiety startowały pół godziny po seniorach i jakieś 3-4 km przed metą, po wyprzedzeniu sporej ich ilości, kolej przychodziła na mnie. Każdorazowo usiłowałem dotrzymać im kroku, ale kondycji starczało zaledwie na kilkadziesiąt metrów.

Najlepiej się jednak czułem na dystansie pół maratonu czyli 21 km.

Wszystkie te biegi przyczyniły się do podtrzymywania niezłej kondycji, choć teraz ograniczam się do startu w biegach polonijnych na stadionie w Sundbyberg, gdzie w biegu seniorów (bez wiekowych ograniczeń) na 800 m zajmuję tradycyjnie już ostatnie miejsce, bowiem pozostali uczestnicy są co najmniej o 20 lat młodsi. I osiągam czas o jakieś 30 sekund gorszy niż ten, który “Jajecznica” notował przed półwiekiem na dystansie 200 m dłuższym.

Aleksander Kwiatkowski

Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015
Foto: Public Domain

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer