corinaselberg-midsummer-830403

Gdy nadchodzi święto Midsommar rodzi się ruch, wyglądający na pospolite ruszenie. Szwedzi znikają z miast, zanurzają się w swoje lasy, stawiają na polanach umajone słupy w kształcie litery „T”, po czym trzymając się za ręce tańczą razem z dziećmi wokół nich, śpiewając o małych skaczących żabkach. Infantylizm? Po stokroć: nie! W zagłębieniach leśnych kotlin, nad jeziorami i wśród skał odnajdują bezcenny skarb – kontakt z naturą i własną tożsamość.

Jeszcze na początku ubiegłego stulecia na dalekiej Północy, ale nie tylko tam, żywa była tradycja i niepisany obyczaj, że świeżo poślubiona para budowała swój dom, swoje nowe wspólne życie, w na tyle odległym miejscu, żeby nie było widać dymu z komina sąsiada. Szwedzi są również wolni od służebności. Być może dlatego, że w ich historii nie było pańszczyzny. Szwedzki chłop był wolny. Szedł wprawdzie do armii z królewskiego prawa dziesięciny, ale służył w „swoim” regimencie. Podobnie, gdy w niedzielę szedł do „swojego” Boga, nie padał na kolana, nie chlipał Jezusowi w rękaw, patrzył na krzyż, odmawiał Fader Vår i szedł na piwo.

Baronowa de Staël, podróżująca stale po Europie w ramach protestu przeciw polityce cesarza Napoleona, pisała w swoim pamiętniku o podróży po Polsce: „W Polsce, zgodnie ze zwyczajem, kiedy człowiek z ludu spotyka Pana, podejmuje go pod kolana. Nie sposób zrobić kroku na wsi, żeby kobiety, dzieci, starcy, tak was nie witali”.

Szwedzki stolarz w roboczym kombinezonie, odziany w garnitur wygląda tak szlachetnie, że mógłby uchodzić z powodzeniem za członka Królewskiej Akademii Literatury. Pociągła twarz, wąsko sklepione czoło, długopalce wąskie dłonie, szlachetne rysy twarzy. Tak powinien wyglądać nie stolarz, a profesor uniwersytetu! Szwedzi są ciągle jeszcze, szczególnie na prowincji, narodem stosunkowo czystym genetycznie. Sprawiają swoją genetyką złudne pozory inteligencji, gdyż ciągle żywy jest pogląd, że rasowy intelektualista ma być smukły, wiotki i ascetyczny. Słowiański model genetyczny temu zdecydowanie przeczy: przysadzisty laureat Nagrody Nobla z literatury, osnuty lirycznymi mgiełkami czeski poeta Jarosław Seifert, wyglądał jak stu stolarzy! O piękności kobiet nie ma co mówić, najwyższa półka. Gdy idą sprężyście nadmorskimi alejami tak jasne, że przejrzyste, a piersi sterczą im jak oznaki sprawności fizycznej, podobne są świetlistym kometom.
Moja najwcześniejsza „szwedzka” pamięć sięga roku 1971. Spędziłem wtedy dwa miesiące w Göteborgu i w pamięć zapadła mi atmosfera poranków. Moi gospodarze wychodzili wcześnie rano do pracy i zostawałem sam. Pozornie sam, bowiem towarzyszyło mi radio. Kompletnie nieznany głos coś do mnie mówił, śpiewał, śmiał się. Nie rozumiałem nic, ani jednej sylaby. Wsłuchiwałem się w pauzy i niespodziewane westchnienia, otaczał mnie potok chwilami zgrzytliwych dźwięków. Mistykę tych poranków pamiętam do dziś, bowiem byłem przekonany, że przegrałem. Tego się nie nauczę nigdy, po prostu niemożliwe, to wykracza poza możliwości mojej kory mózgowej!

Zrobiłem kiedyś eksperyment, używają do tego znajomych Szwedów i Polaków, nic im o tym nie mówiąc. W czasie rozmowy skracałem nieznacznie dystans do osób i obserwowałem reakcje. Okazało się, że to zupełnie nie przeszkadzało Polakom, ale Szwedom sprawiało niewygodę. Starali się cofnąć, stanąć bokiem, słowem odsunąć na większą odległość.

A to wrażenia z podróży do Norwegii, zasłyszane od znajomego rodaka. Wracając z Norwegii zatrzymał się, już po szwedzkiej stronie, żeby coś zjeść, a rok był 1975. Przy stoliku obok siedziało przy piwie paru starszych Szwedów i pewnie nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby nie usłyszał, że jeden z nich opowiada o swoich wojennych przeżyciach. Nadstawił uszu. W roku 1943 został zmobilizowany do służby wartowniczej i stał na granicy szwedzko-norweskiej. Norwegia, przypomnę, była pod niemiecką okupacją. Więc stał na warcie, a kilkadziesiąt kroków od niego widział niemieckich żołnierzy. Widzieli się doskonale nawzajem i on ryzykował wiele, bo oni mogli w każdej chwili zacząć do niego strzelać! Przy stoliku zaległa pełna zrozumienia cisza. Pomyślał sobie wtedy: „Boże, jakże wam zazdroszczę! Czy może być coś cudowniejszego, niż mieć takie wspomnienia z najokrutniejszej wojny, jaka przetoczyła się przez Europę?”.

Wojna, paskudna Druga Wojna Światowa zaczęła się, gdy Szwecja znajdowała się w pełnym biegu realizacji wielkiej przebudowy państwa. Wprowadzano prawa chroniące ludzi pracy, powszechną służbę zdrowia i wiele innych fundamentalnych zmian. Szwedzi nie mieli w tej wojnie nic do roboty – ani terytorialnych roszczeń, ani politycznych potrzeb, ani interesów do załatwienia. Budowali pełna parą zręby na wskroś nowoczesnego państwa, gdy w Europie wybuchła nagle staroświecka wielka wojna. To nie była ich wojna i, szczęśliwym zbiegiem losu, bez własnych w tym względzie zasług, zostali w śmiertelnych zmaganiach narodów Europy z nazistowskimi Niemcami oszczędzeni.

Wiele powodów mogło wpłynąć na decyzję Hitlera, iż zostawia Szwecję w spokoju. Uważał on rasę nordycką za ideał „rasy panów”, a izolowany na półwyspie skandynawskim naród wykształcił typ urody, który mu się tak kojarzył? Może potrzebny był mu jeszcze jeden, poza Szwajcarią, kraj bez wojny, ku prowadzeniu politycznych gier? Albo może uznał, że Szwedzi będą lepiej dla niego pracowali jako ludzie wolni, niż pod okupacją, a bardzo potrzebował ich stali i łożysk? A może zostawił ich w spokoju, bo zostawił? Szwecja nie stanowiła dla Hitlera żadnego niebezpieczeństwa.
Gdy wojna dobiegła końca i Europa lizała rany, rozpędzona gospodarczo Szwecja rozkwitała. Rząd świadczył pomoc krajom dotkniętym rujnacją, ale w świadomości intelektualistów, szczególnie starszego pokolenia, tkwiło poczucie winy, rodzaj kompleksu II Wojny Światowej. Mieli przykrą świadomość, iż Szwecja, a szczególnie jej obywatele, byli zbyt pasywni, że nawet w koniecznej grze ustępstw by zachować niepodległość mogli pokazać więcej charakteru. Chociażby w sytuacji, kiedy to rząd pod niemieckim naciskiem zezwolił na transport sprzętu wojennego przez terytorium Szwecji do Finlandii. Przykra, wymuszona troską o bezpieczeństwo państwa, decyzja rządu. Ale że przez cały ten czas nie znalazł się choć jeden Szwed, który by podłożył na torach, którymi mknęły niemieckie czołgi, amunicja, wojsko i co tam jeszcze na fiński front, choćby źdźbło słomy, to już wstyd.

Co w człowieku najgłębsze, co w nim najważniejsze i centralne? Nie poglądy i przekonania, nie przeżycia religijne i charakter, nie temperament i przyzwyczajenia. Więc co? Otóż najważniejszy w człowieku jest TON. Ton, jakim odzywa się potrącana kolejami losu dusza. Czasem zabrzmi czysto, jak dźwięk szlachetnego kryształu, czasem zgrzytnie, jak paznokieć po szybie, czasem jęknie pękniętą struną i dźwięknie głucho, czasem zabrzmi niczym. Ton. Ton, jaki wydaje dusza, mówi o człowieku najwięcej, mówi wszystko.

Mądrzy filozofowie i ludzie starszej daty uważają, że do legend powinno się podchodzić z szacunkiem większym, niż do podręczników historii. Legenda zazwyczaj odzwierciedla życie ludzi z jakiejś wioski, historię zaś pisze najczęściej wioskowy szaleniec. Szwecja to trochę kraj baśni, a jej historia biegnie jak legenda, saga o przyjaznych ludziom lasach.

Jest w tym jakaś ponadczasowa mądrość, mistyka świata Harry’ego Pottera, pomagająca zachować zdrowie na umyśle. Mistyczny świat legend, gdzie, o ironio, ciągle się walczy, łagodny jest i bezpieczny. Powinno nam to wystarczyć. Jesteśmy w końcu tylko animatorami codziennej przeciętności.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer