oleszczuk_strefa

Był rok 1981, kiedy Klementyna pojawiła się w Szwecji. Miała 52 lata. Czy nie bała się w tak dojrzałym wieku emigrować?

— Nie – mówi – bo ja na wszystko patrzę pozytywnie. Najpierw w miejscu, gdzie się zadomawiam, ogarniam dookoła siebie śmieci, żeby mieć czysto – śmieje się serdecznie. — A dalej?.. Biorę moje życie pod rękę i idę z nim razem! Bo przecież trzeba jakoś to życie ugłaskać, by nie było wrogie…

Taka prosta i jednocześnie pogłębiona filozofia! Z zawodu Klementyna Oleszczuk jest pedagogiem. Ukończyła na Uniwersytecie w Warszawie dwa fakultety: filologię rosyjską i filologię ukraińską. Potem, na tejże uczelni, wykładała literaturę ukraińską, prowadziła zajęcia praktyczne. Następnie pracowała w szkole wieczorowej jako rusycystka. A tuż przed emigracją była lektorką języka rosyjskiego w Studium Języków Obcych na Uniwersytecie Warszawskim.

Nigdy nie traktowała studentów z góry. Zawsze uważała, że nauczyciel jest po to, by podpowiedzieć, wskazać niektóre rzeczy, co nie oznacza, że automatycznie jest mądrzejszy i ma prawo do wywyższania się. Młodzież ją lubiła, koledzy nie zawsze rozumieli. Pewnego razu, gdy miała zatarg ze zwierzchnictwem, orzekła: — Nie szkodzi, panie dyrektorze, gdybym musiała z uczelni odejść. Ja umiem jeszcze taczki wozić!

Po przyjeździe do Szwecji, znalazła zatrudnienie jako opiekunka dzieci w dość zamożnej rodzinie. Wspomina ten początkowy okres niechętnie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nawet jako skromna emigrantka, może żyć w tym kraju w godny sposób.

***

Wysiadłyśmy na stacji Tensta. Strome ruchome schody wywiozły nas wzwyż, ku przestrzeni nieba i ziemi. Przy dźwiękach wschodniej muzyki, ujrzałam zadbane zielone drzewa, Hindusów w kolorowych turbanach, owinięte w białe chusty Turczynki.

— Tu tyle ciekawego można zaobserwować, że nigdzie nie trzeba wyjeżdżać – cieszyła się Klima. To właśnie w tej dzielnicy mieszka. W niewysokim bloku ciemnoróżowego koloru. Mieszkanie ma przestrzenne, dobrze oświetlone. Następne, co rzuca się tu w oczy, to polskie książki: widać je wszędzie – w przedpokoju, w kuchni, w salonie, w sypialni.

Kolejny mocny akcent polski to nagrania kasetowe i od razu po przestąpieniu progu włączana Telewizja Polonia, dla której odbioru Klima sporo się wykosztowała, instalując sobie antenę satelitarnä. Satysfakcja gwarantowana! Odtąd wyszukuje programy kulturalne, nagrywa je na kasety, a potem dzwoni do znajomych Polaków: — Dziś to i to nagrałam z telewizji, może chcesz pooglądać? Koniecznie musi podzielić się z innymi tym, co uznała za dobre!

Co siódma rano Klementyna wstaje i pędzi do Domu Starców. Wespół z inną koleżanką objęła opiekę nad dziewięćdziesięcioletnim Szwedem. Wraca do domu o 21-ej. Kiedy jakoś zapytałam, czy jest po takim długim dniu zmęczona, uśmiechnęła się: — Nie, wyspałam się. Hans był dziś absolutnie spokojny.

Szwedzka emerytura Klementynie na życie wystarcza. Tu wszystko jest skrupulatnie obliczone. Najskromniejszy mieszkaniec ma z czego opłacić mieszkanie, prąd, telefon i się wyżywić. Woda jest darmowa – i zimna, i gorąca. Dla mnie to znów prawdziwy luksus, gdyż w Belgii za wodę się płaci. Tu więc bez skrępowania wchodziłam pod codzienny prysznic.

Któregoś wieczoru Klementyna zaparzyła mi siano, żebym mogła odczuć błogostan kąpieli, którą ona co jakiś czas stosuje. Takie wanny podobno wzmacniają organizm i też leczą reumatyzmy. Z medycyną naturalną Klementyna zresztą jest za pan brat. I innym takie środki poleca. Przed bólami w stawach i krzyżu Klima chroni się obkładając się owocami kasztanu. Nazbierała ich sobie do na-wleczki i sypia z tym. Ten “zdrowotny ciężar” zabiera ze sobą w każdą podróż. Jest to dla niej ważniejsze niż walizki ubrań.

— Ty tylko dwie bluzki na tę wycieczkę zabrałaś? – zdumiała się jakoś pewna jej znajoma.

— Tak – odparła z zadziwiającą szczerością. – Tylko dwie. I zupełnie mi wystarczyły.

— Ja nie widzę potrzeby, żeby kłamać – usłyszałam jej naturalne zwierzenie. – Najwyżej gdzieś czegoś po prostu nie powiem.

Rano zjadałam razem z Klimą miksowane przetwory z surowych warzyw. Na obiad często bywał śledzik i do tego kropelka polskiej wódki na szwedzkich ziołach. Gałązka jałowca, źdźbło pio-łunu, łyżeczka miodu czy trochę orzechów włoskich… To, co akurat Klima pod ręką miała, to wrzuciła. Alkohol przywozi sobie zawsze z Polski. Czasami butelkę jedną czy drugą sprezentowali odwiedzający ją goście. W Szwecji napoje alkoholowe są za drogie, by je tutaj kupować.

Śledzia wypróbowałam też słodkiego, przyrządzonego według szwedzkiej tradycji. — Oni tu nawet chleb mają słodki!… Mieszkając kiedyś przeważnie na wsiach, do sklepów i rarytasów mieli daleko. Uprzyjemniali wtedy sobie codzienność, dosypując cukier praktycznie do wszystkich potraw…

***

Uniwersytetu Klementyna i tutaj się nie wyrzekła. W każdej imprezie, która się na tej uczelni odbywa, żywo pragnie uczestniczyć. Chętnie odwiedza również imprezy organizowane przez Instytut Polski. Biega na różne wystawy, przeglądy filmów, uwielbia szwedzką operę. I dwa kluby kocha, w których się zjawia parę razy w tygodniu. To Polski Klub Seniora oraz Stowarzyszenie Polek. — To moje dwa dodatkowe domy w Sztokholmie – uśmiecha się wzruszona.

Klima w kulturze jest rozkochana. — Zabieraj faceta ze sobą i przychodź koniecznie! – namawia koleżanki. Jest przekonana, że nie może być większej satysfakcji nad obcowanie ze sztuką.

Siedzimy właśnie na “Slavisk dag” (“Dzień Slawistyki”) w przepięknej Aula Magna (Auli Wielkiej) Uniwersytetu Sztokholmskiego. Klima jest pochłonięta odczytem. Dla mnie język szwedzki jest, niestety, tylko piękną melodią. Zauważam jednak, że poszczególne słowa brzmią nawet swojsko, w ich podstawie – łacina. Światła są przyćmione, głos lektorki odbija się w sali dobitnie, ale nie natrętnie.

Zachwycam się wystrojem auli: prostota, wygoda, dobry gust, ciepło… Sufit z jasnego drewna, trochę artystycznej obróbki, potem znów deski zwykłe – pasmo wąskich, pasmo szerszych. W najwyższym wzniesieniu dostrzegam wstawione okna. Teraz są one zasłonięte, lecz latem dają pewnie cudowne światło otwartego nieba! Ławki z jasnego drewna, obite tkaniną w kolorze głębokiego turkusu – to kolejna przyjemność dla oka. Wkrótce przenosimy się do innej sali, gdzie grupa studentów śpiewa piosenki po polsku, rosyjsku, ukraińsku, słowacku. — Wszystko bez akcentu!… – podpowiada mi Klima. — To naturalne dla Szwedów. Języki obce opanowują wyjątkowo dobrze.

Myśli moje poleciały hen, między potężne drzewa za ścianą przestrzennych okien. Patrzyłam na tę zieleń czystą i soczystą, na zadbane trawniki, na już krzyczące czerwienią pierwsze październikowe liście. I zapomniałam przez chwilę, że widzę to wszystko tylko przez szybę. Cała lewa strona sali oszklona, od podłogi do sufitu! Zapraszamy naturę na uniwersytet!

Klementyna zapoznała mnie z jednym z profesorów tej uczelni – Per’em Arne Bodin’em. Przetłumaczył on na język szwedzki tomik ukraińskiej poezji “Ukraińskie konie nad Paryżem”, autorstwa Ireny Dracz i Liny Kostenko. Pozycję tę dostrzegłam na wystawie książek obok. “Ukrainska hästar över Paris”. Wzięłam tomik do ręki i zaczęłam wertować. Na stronie tytułowej znalazłam zapis o tym, że w korekcie tłumaczenia pomogła Klementyna Oleszczuk.

— I nic mi o tym nie mówisz! – zdziwiłam się głośno.

— A ja już, prawdę mówiąc, i zapomniałam o tym – roześmiała się ciepło.

***

U Klimy zapoznałam się z Zosią Kamionowską – osobą o delikatnych rysach twarzy i przyjaznym usposobieniu. Czekała na nas w mieszkaniu Klementyny już pierwszego dnia. Sprawnie pomogła nakryć do stołu i potem, przy obiedzie z ukraińskimi pierogami, bawiła setnie razem z Klimą – obie mają niesamowite poczucie humoru.

Zosia została moją niepisaną pilotką po Sztokholmie. Pokazała najlepsze dzielnice miasta, wykwintne sklepy i słynną Salę Nobla. Jeździła ze mną na umówione wywiady. Opiekuńcza, za każdym razem starała się odprowadzić mnie pod drzwi domu. A jak nie, to wsadzała do metra bez przesiadek i następnie dzwoniła do Klementyny, by się upewnić, czy szczęśliwie wróciłam. Ciepła przyjemna postać.

Klima zawsze rubasznie powtarzała: — Nie martw się, Lodzia jest dużą dziewczyną. Ona Kazachstan przejechała, a tu sobie nie poradzi?

Zaopatrzyła mnie w plan metra, porobiła mi notatki – gdzie mam wysiąść, co zobaczyć. Te jej wskazówki okazywały się bardzo praktyczne. Radziła mi na przykład: Wyjdziesz z metra i znajdziesz się do niego plecami; wtedy zatrzymasz się, obrócisz się na pięcie i pójdziesz przed siebie! Tak też robiłam, często dokładnie aż do przesady, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

***

Sztokholm to inaczej “kłoda na wzgórzu”. “Stock”, czyli “kłoda” po szwedzku. “Holm” – to starosłowiański cholm, wzgórze. Miasto zostało zbudowane na czternastu wyspach, w miejscu, gdzie wody jeziora Mälaren łączą się z Morzem Bałtyckim. Trzecią część powierzchni miasta dotychczas zajmuje woda i przecinając je, dzieli na siedem części.

Kolejne trzydzieści procent stanowią parki i lasy. W parkach tych pełno kanadyjskich gęsi, a nad głowami wrzeszczą rozpanoszone mewy. Rozmierzwione fale biją o kadłuby zacumowanych wzdłuż nadbrzeży statków i barek. Natura tu jest górą. Ludzie natomiast wyciszeni, powolni, obserwujący wszystko z taką ciekawością, jakby dotąd nic podobnego nie widzieli.

O Sztokholmie się mówi nieraz, że to wielkomiejska wioska. Niektórzy widzą w tym aspekt negatywny, inni znów – pozytywny. Jedni twierdzą, że sztokholmczykom jest daleko do starej Europy, jej kultury, jej savoir-vivre. Inni znów zapewniają, że spośród wielu miast świata nie widzieli nic piękniejszego niż nocny Sztokholm.

Na mnie miasto robi wrażenie przyjemne. Jest zadbane, wykwintne, relaksujące. Ciepłe barwy kamienic, dużo różu i złotych odcieni. Przestrzeń i to odczucie wolności – szczególnie wtedy, gdy tu i ówdzie ma się widok na otwarte morze. Mam też satysfakcję z tego, iż idąc chodnikiem czy przez park, nie muszę ustawicznie patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć w… psi kał. Tu każdy po swym zwierzęciu sprząta.

***

Witały mnie dni wyjątkowej jasności, z powietrzem przezroczystym i świeżym. Jeszcze ciepłe promienie słońca, odgłosy ptaków, szumy wód, zapachy pomarańczowych goździków… Czyż ten kraj nie może być rajskim?

Któregoś przedpołudnia wszystko nagle zamilkło, ujednoliciło się, rzekłabym – skuliło się i… spadł deszcz drobny, rzęsisty. To szczęście, że nie zapomniałam parasolki! Chodziłam więc pod tym deszczem jesiennym, po gigantycznym parku, złoto-zielonym Djurgården, co w dosłownym tłumaczeniu z języka szwedzkiego oznacza “ogród zwierząt”. Spotykałam wyciszone psy na smyczy, stoickie łabędzie na wodzie i – nieświadome co to strach przed człowiekiem – wiewiórki. Skakały po drzewach rozrośniętych, zdrowych, przez człowieka dopatrzonych. Fotografowałam zauroczona.

Jeszcze w XVIII wieku wyspa Djurgården była terenem królewskich łowów. Dziś słynie przede wszystkim z muzeum pod gołym niebem. Skansen ów założono przed ponad stu laty. Odzwierciedla on życie Szwedów, poczynając od średniowiecza. Przy zabłoconych ścieżkach stały poczerniałe chaty z bierwion, o malusiuńkich okienkach i przeniskich drzwiach. Jedni twierdzą, że dawniej naród był małego wzrostu, inni znów, że oszczędzano na budulcu.

Obok – wiatraczne młyny, tak samo sczerniałe. Przypominało mi to wszystko tak bardzo kulturę Litwinów. Dalej trafiłam na domy i wymyślne świątynie z drewnianego łupka, od podstaw aż po dachy. Przyjrzałam się budowli szarego koloru, gdzie tylko ramy okienne mają odcienie brązu. Gapiło się na mnie z kolei stado pawi. Mrugały swymi drobnymi oczkami, przybliżając się z jakąś ptasią dostojnością i też ciekawością, spodziewając się pewnie łakoci. Na parokrotny trzask aparatu fotograficznego reagowały zaskakującym spokojem. Widać, że w tym “ogrodzie zwierząt” czuły się jak najbardziej u siebie, i że nikt im dotąd żadnej krzywdy nie wyrządził.

Inne tu domy, tak samo drewniane, były malowane na bordowo-brązowe, a okna, drzwi i dachy miały białe. W otoczonych sztachetnikiem ogródkach piętrzyły się kwiaty, krzewy i drzewa. Znowu poczułam się tak, jakbym się znalazła w tradycyjnej wiosce litewskiej, za czasów mojej babci, albo i wcześniej.

Drzwi jednej z chat uchyliły się; pojawiła się w nich czerwonolica, mocno zbudowana kobieta, ubrana w stylu dziewiętnastowiecznym. Niedbałym ruchem szerokiej ręki odrzuciła do tyłu jeden ze swych długich siwych warkoczy i śmiejąc się siarczyście, zaprosiła po angielsku: — Wejdź, może coś sobie wybierzesz? Był to kramik z pamiątkami, jeden z wielu rozrzuconych po skansenie.

– Ha-ha-ha! – z głośnym krzykiem minęły mnie dwie wieśniaczki w bryczce, ciągniętej przez parkę niskich koników. – Ha-ha-ha! – hałas odbił się echem, a potem znów się powtórzył w naturze.

Objazd był krótki, zataczał tylko krąg wokół klombów z żółtymi daliami. To aktorkom wystarczało, by dać turystom wgląd do dawnej szwedzkiej powszedniości.

Na krótko zajrzałam jeszcze do zwierząt zamkniętych tu w zoo, jedynym zresztą w Sztokholmie. Były łosie, jelenie, niedźwiedzie, wilki… W zagrodkach i klatkach przestrzennych, czystych, suto zaopatrzonych w pokarm. Bestie żarły, leżały, spacerowały. Zachowywały się tak jakby były tu na wolności, zupełnie same, nie podglądane przez ciekawskich turystów.

Leokadia Komaiszko

cdn

Pisane w grudniu 2001/styczniu 2002
Z książki: Światło Północy. Polonica 2015

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer