Jak nie nawiązałem współpracy z paryską Kulturą
Zawsze czytałem paryską Kulturę. No, może nie od roku 1947, kiedy miałem 12 lat i właśnie ukazał się pierwszy numer w Rzymie, a wkrótce potem drugi pod Paryżem. Pomijając fakt, że Polska była wówczas hermetycznie odcięta od wszelkich szkodliwych miazmatów. Ale już na początku lat 1960. miałem pewien dostęp, przez kuzynkę, zatrudnioną w pocztowej cenzurze: konfiskowane tam przesyłki niekiedy trafiały do bibliotek pracowników, a stąd czasem i do mnie. Głównie mogłem pożyczać wydawnictwa Instytutu Literackiego (Hłasko, Dżilas, Orwell), ale pojedyncze numery periodyku też mnie nie omijały.
Sytuacja zmieniła się, gdy wylądowałem na trzy miesiące w Londynie na przełomie lat 1964/65. Tam stanęły przede mną otworem zasoby Biblioteki Polskiej w POSK-u, a niebawem otrzymałem na własność kilkanaście numerów Kultury, od poznanego w Londynie, a znanego skądinąd Bolesława Sulika, posiadającego szereg dubletów. Przewiozłem je skrupulatnie do Sztokholmu wraz z resztą mienia przesiedleńczego. Ale kontaktu z londyńską Biblioteką nie zerwałem, bowiem wkrótce zacząłem tam przesyłać rozmaite polonica, głównie szwedzkie, w postaci książek, broszur a nawet wycinków prasowych. Po jakimś czasie dr Maria Danilewiczowa, ówczesna kierowniczka biblioteki, regularnie i detalicznie kwitująca wszystkie moje przesyłki, zareagowała pytaniem: czym się może zrewanżować i jaki jest mój stan posiadania w zakresie pewnych periodyków. Odpowiedziałem i po kilku tygodniach otrzymałem avi ze sztokholmskiej poczty, chyba na Dworcu Centralnym, gdzie oczekiwało mnie kilkanaście sporych paczek, zawierających niemal komplet Kultury do numeru 1-2/1969, a także nieco innych periodyków jak ciekawe Tematy, wydawane w USA przez Pawła Mayewskiego. Wszystko to zawiozłem do domu walizami, jeśli nie ciężarówką i odtąd zaczęła się moja przygoda kompletowania jednego z nielicznych w Szwecji zbiorów Kultury.
Nigdy nie byłem członkiem Towarzystwa Przyjaciół Paryskiej Kultury, ale miałem pewien kontakt z red. Norbertem Żabą, przedstawicielem pisma w Sztokholmie, za którego pośrednictwem nabywałem niektóre wydawnictwa Instytutu Literackiego.
Po przejściu na emeryturę i rozpoczęciu pracy w Instytucie Polskim pod ówczesnym kierownictwem Piotra Cegielskiego, stanąłem przed zadaniem porządkowania stajni Augiasza jaką była spoczywająca wówczas w piwnicy część zasobów tamtejszej biblioteki. W tym spuścizna Norberta Żaby, zawierająca, obok różnych dokumentów, także niepełny komplet Kultury (za to sporo dubletów) i pewną ilość wydawnictw IL. Natychmiast uzupełniłem ten pierwszy o brakujące numery z własnych zasobów i wtedy zestaw IP stał się jednym z dwóch kompletnych w Sztokholmie obok drugiego, w posiadaniu Biblioteki Polskiej w OPON-ie na Östermalmie. Gdy IP na Villagatan, po odejściu Piotra Cegielskiego, zaczął się sypać w ogóle, a biblioteka w szczególności, w ostatnich miesiącach mego zatrudnienia zacząłem wysyłać coraz liczniejsze zastępy ’szczurów’, ratujących się z tonącego okrętu. Wtedy stwierdziłem, że ów legendarny komplet w OPON-ie zawiera spore braki, które uzupełniłem z zasobów IP – dawnych moich (włącznie z równie legendarnym pierwszym rzymskim numerem, w większym formacie A4, wydanym właśnie w Warszawie jako reprint), pozostawiając resztę zagładzie, która wkrótce nastąpiła.
W ten sposób zestaw periodyku w BP w OPON-ie stał się w Sztokholmie jedynym (niemal) kompletnym, choć pojedyncze roczniki istnieją również w KB, Universitetsbiblioteket, Nobelbiblioteket. A mój niepełny, domowy, nadal służy wiernie, bo czytanie paryskiej Kultury nie kończy się nigdy.
Zapytacie pewnie: a gdzie tu owa niedoszła współpraca? Ograniczyła się ona bowiem do dwóch listów do redakcji, z których pierwszy zamieszczono, zaś drugi – poddający krytyce oczywiste rusycyzmy w sołowieckich tekstach Mariusza Wilka – już nie.
Nigdy nie byłem publicystą politycznym, ani krytykiem literackim, a moje filmowe poletko nie bardzo mieściło się w profilu pisma. Nie byłem również dawnym członkiem opozycji w Polsce, ani liczącym się działaczem emigracyjnym. Ale w pewnym okresie, gdy rozpoczynałem pisanie po szwedzku, i nie ufając w pełni mym językowym umiejętnościom stopniowo przestawiałem się i koncentrowałem na dokumentacji, polegającej na przepisywaniu suchych faktów w formie czołówek czy filmografii, wpadłem na pomysł opracowania biograficznego słownika autorów paryskiego periodyku. Trochę na wzór not biograficznych, zamieszczanych przy niektórych artykułach. Zamierzałem te noty scalić i dopisać do nich inne.
W czasie krótkiego pobytu w Paryżu w połowie lat 1970. zadzwoniłem do Maisons-Laffitte, zostałem zaproszony i odbyłem krótką wizytę. Moja propozycja została przyjęta przez red. Giedroycia raczej sceptycznie, zaś inny tekst, który złożyłem w redakcji, odesłano mi wkrótce potem z oceną niezbyt pochlebną. Jakiś czas później został wydrukowany przez innego, sztokholmskiego Redaktora w jednym z jego efemerycznych periodyków.
