Jak cierpiałem na esprit d’escalier, czyli o spotkaniach, z których niewiele wynik(a)ło

0
MarinaVlady-1955-Harcourt

Na moim pierwszym zagranicznym festiwalu filmowym (Karlovy Vary, 1962) miałem okazję poznać Franka Caprę. Nie w tłumie otaczających go żurnalistów, lecz indywidualnie, przedstawiony przez jakiegoś festiwalowego oficjela. Byłem wówczas u progu oszałamiającej dziennikarskiej kariery, a Capra, czołowy hollywoodzki reżyser lat 1930-40. właśnie, w wieku 64 lat, zakończył własną i już nie zrealizował żadnego filmu, choć żył jeszcze później ponad trzy dekady. Bardzo miło ze mną rozmawiał i nawet robiłem jakieś notatki, ale nigdy nie opublikowałem tego wywiadu. Na wieczornym przyjęciu miałem natomiast okazję, wraz z niemieckim krytykiem Enno Patalasem (zwierzył mi się na stronie, że naprawdę nazywa się Patałach) i kimś jeszcze, wtajemniczać hinduską gwiazdę filmową, kim był Frank Capra.

Na tym samym festiwalu obecny był także Ermanno Olmi, ze swym najnowszym filmem – debiutem fabularnym “Posada”. Na innym wieczornym raucie próbowałem go zagadnąć na temat jego poprzedniego filmu, dokumentu “Czas się zatrzymał”, nagrodzonego wcześniej na festiwalu w Trydencie, na który się wkrótce miałem wybrać. Na pytanie, czy działa w gatunku filmu górskiego, Olmi i towarzyszący mu Włosi wybuchneli głośnym śmiechem i taka to była rozmowa.

Do Trydentu jednak pojechałem jesienią tegoż roku i po spieniężeniu fundowanego przez festiwal lotniczego biletu powrotnego i nabyciu takiegoż na linię naziemną, za zwolnione w ten sposób kapitały, zwiedziłem jeszcze Mediolan, Rzym, Weronę i Wenecję. W Wiecznym Mieście nawiedziłem przebywającą tam wówczas polską gwiazdę filmową Krystynę Stypułkowską, a jej znany mi także skądinąd (z Warszawy) ówczesny narzeczony, przewiózł mnie Vespą przez Rzym i załatwił nocleg w tanim hoteliku za 1 dolara, blisko Fontana di Trevi. Mając kasę zaprosiłem ich wieczorem do jakiejś modnej ogródkowej restauracji, a oni następnego dnia wprosili siebie (i mnie) do eleganckiej willi reżysera Vittorio De Sety, zamożnego arystokraty. Bardzo a propos, bo rok wcześniej jego film “Bandyci z Orgosolo” zdobył w Trydencie Grand Prix. Tyle że arystokrata nie władał angielskim a dla mnie włoski i francuski stanowiły wtedy jeszcze terra incognita. I niewiele było z tej rozmowy. Ale dania świetne.  W czasie tego pierwszego pobytu w Rzymie trafiłem na małą uliczkę artystów – Via Margutta – w okolicach Piazza di Spagna i wpadłem do baru na drinka. Obok siedział przy barze James Mason, ale jakoś nikt mnie nie przedstawił.

W latach studenckich kochałem się w Marinie Vlady a raczej w jej zdjęciach w nowopowstałym tygodniku Dookoła świata. Sporo lat później spotkałem w Warszawie jej siostrę Odile Versois, z którą zamieniłem kilka zdań po rosyjsku (obie siostry władały tym językiem z domu, jeszcze przed spotkaniem Mariny z Władimirem Wysockim). Było miło, ale wywiadu też nie opublikowałem.

W czasie 3-miesięcznego pobytu w Londynie na przełomie lat 1964-65, pozostawałem pod częściową opieką British Council, którego pracownicy ułatwiali mi kontakty z wybranymi instytucjami i luminarzami kultury, brytyjskiej ale także polsko-londyńskiej. W ten sposób miałem okazję poznać i odwiedzić artystyczne małżeństwo Franciszkę i Stefana Themersonów. Znałem z widzenia wydany w Polsce Wykład profesora Mmaa, na którego przeczytanie zdobyłem się niestety dużo później i z gospodarzami rozmawiałem głównie o ich przedwojennym filmie “Przygoda człowieka poczciwego” (1937), który widziałem na specjalnym pokazie w Centralnym Archiwum Filmowym i mogłem  autorom zrelacjonować reakcję nań obecnego na tymże pokazie Romana Polańskiego, który oczywiste powinowactwa ich filmu z późniejszymi o dwie dekady “Dwoma ludźmi z szafą” przyjął z zaskoczeniem. Otrzymałem wówczas unikalną, angielskojęzyczną edycję poematu Anatola Sterna Europa z ilustracjami Mieczysława Szczuki i zdjęciami z eksperymentalnego filmu Themersonów ptt z roku 1930. Produkcję wydawnictwa Gaberbocchus śledziłem później przez wiele lat, ale nigdy nie zrealizowałem (tj nie przelałem na papier) luźnych myśli na temat książek, obrazów i filmów Themersonów.

W drugiej połowie dekady wsławionej stanem wojennym (nieważne odwieszonym czy nie) byłem zaproszony 13 grudnia na Lucię do mieszkania ówczesnej korespondentki Dagens Nyheter Disy Håstad na Starym Mieście w Warszawie. Była tam cała śmietanka KOR-owskiej opozycji, inkrustowana przedstawicielami (głównie skandynawskiej) dyplomacji i mediów. Tu – po wielu latach – ponownie spotkałem Jacka Kuronia, z którym niegdyś studiowałem na tym samym roku historii na UW, a później mieszkaliśmy po sąsiedzku na Mokotowie. Nawet chyba mnie sobie przypomniał i po chwili przeżyłem swój gwiezdny czas, wezwany do tłumaczenia rozmowy Jacka ze szwedzkim ambasadorem, jako że wódz KOR-u talentami lingwistycznymi się nie przechwalał. Po jeszcze jednej chwili nadmiar spożytego alkoholu utrudnił mi właściwe zrozumienie jakiegoś opowiadanego przez Jacka dowcipu. Było to jednak nic w porównaniu ze stanem upojenia Krzysztofa Śliwińskiego, tuż obok tłukącego kieliszki.

A w sąsiedniej grupie miałem nieostrożność zapytać norweskiego korespondenta, czy ma on coś wspólnego z alpinistą o tym samym nazwisku, na co zebrani luminarze prasy wybuchneli głośnym śmiechem…

Aleksander Kwiatkowski

Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015

Foto: Public Domain, Marina Vlady

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer