Życie trzeba ugłaskać (1)

0
siwatloP_okladka_front

Klementynę Oleszczuk poznałam poprzez pismo Ogólnoświatowego Korespondencyjnego Klubu Emigrantów z siedzibą w Belgii – dwumiesięcznik “Listy z daleka”.

Pisała może nie za często, lecz zawsze ciepło i serdecznie. Przysyłała do druku w “Listach z daleka” swoje wiersze, zdjęcia, wypożyczała kasety z piosenkami kresowymi. Wschodnie tereny Polski, Kresy – to wszystko nosiła w sercu. Była stamtąd.

Lodziu, ja jestem prosta, ciężka, siermiężna – pisała o sobie. – Dlatego może mi w tej Szwecji jest dobrze. Bo Szwedzi w swej najgłębszej zasadzie są przecież bardzo prości. Oni nie wysilają się na szczególność. Przy nich nie muszę więc być “mądra”.

Kiedy Klementyna usłyszała o ukazaniu się mojej książki “Nawet ptaki wracają”, od razu zapragnęła ją mieć. A któregoś dnia później dzwoniła do mnie: — Czy ty byś przyjechała do Sztokholmu z promocją tego tomu?

Wyraziłam zgodę i odtąd przygotowania trwały. Przyznam się, że myśl o podróży do tego północnego kraju, na początku była dla mnie trochę toporna. Jakbym się obawiała zrealizowania wizji, którą dyktowała moja wyobraźnia, podsycana poezją polskich emigrantek zamieszkałych w tym kraju.

...Ten chłód, ta szarość i ci ludzie, którzy chodzą jakby byli umarli, i to miasto Sztokholm “co błyszczy niby zamek z lodu” – wszystkie te skojarzenia nie brzmiały zbyt zachęcająco.

Ale umowa stanęła, słowo się rzekło! Klementyna poplanowała literackie spotkania ze mną. Pierwszej niedzieli października miałam być w Polskim Klubie Seniora. Tydzień później, zapraszało Stowarzyszenie Polek w Szwecji. Odlatywałam z lotniska Zaventem w Brukseli.

***

Pomimo częstych ostatnio wypadków samolotowych, na lotnisku było pełno ludzi. Hostessy witały z tradycyjnym uśmiechem. Podróżujący nadrabiali miną, niektórzy tryskali wręcz prawdziwą radością. Po-myślałam, że to pewnie skutek tego chwilowego uniesienia, gdy człowiek odrywając się od Ziemi, czuje się lekki i wolny… To, co go dotąd przygnębiało, pozostaje w dole, w przyciąganiu ziemskim… Zawsze kochałam loty, to wręcz błyskawiczne przenoszenie się w inne światy i odmienne klimaty.

Mój samolot, belgijskich linii “Sabena”, spóźniał się o godzinę. Przyglądałam się dziejącemu się wokół. Siedzący obok mnie długowłosy młodzian wielokrotnie przeliczał zakupione na lotnisku szwedzkie korony. Z mej drugiej strony Japończyk, prowadził konwersację przez komórkę, manipulując jednocześnie w swym przenośnym komputerze. Ubrana jaskrawo para, oboje o wyblakłych doświadczonych twarzach, ze stoickim spokojem dopytywała się o samolot do Helsinek. W te i we wte przechadzały się trzy siostry zakonne prawie identyczne w swych białych habitach i brązowych sukniach.

W końcu zapowiedziano wsiadanie. Ruszyłam. Po dwóch godzinach i dwudziestu minutach zaledwie, wyląduję dwa tysiące kilometrów stąd! – pomyślałam radośnie.

Wnętrze samolotu było na wpół puste. W uprzejmych stewardessach wyczuwało się nieco napięcia. Gdy samolot nabrał wysokość, zaproponowano napoje i skromne śniadanie. Zamówiłam dodatkowo mały koniak. Patrzyłam przez iluminator na oddalającą się Belgię.

Regularnie pokrajane drobne skrawki ziemi. W barwach szaro-brunatnych i khaki, jesiennych. Zagęszczenie domów, przecinające się pasy dróg, rozmaitej wielkości i częste czworokąty uprawne, jak też bardzo rzadkie, leśne. Wnet jakby ktoś sypnął watą czy śniegiem. Biała nierównomierna puszystość chmur opadała coraz niżej. Nad tą puszystością wznosił się jasny błękit. Niby niebo nad niebem. Po chwili chmury się ulotniły i w dole ujrzałam szare skrawki ziemi, niby popękaną całość, wtopioną w wodę. Lecieliśmy oto nad terytorium Danii. Obłoki przyszły ponownie. Koloru mlecznego, pierzaste, poukładane równolegle, jakby świadomie. Jedna płachta, druga, trzecia… Po czym znów zobaczyłam Ziemię. Jeziora, dominujące obszary żółto-zielonych lasów oraz duże, nieokreślonej formy, zorane płachty pól i łąk, siwo-szare pasy dróg, biel nielicznych domów…

Samolot opadał coraz niżej. Aż jego koła otarły się o betonową drogę na Arlandzie koło Sztokholmu. Wylądowaliśmy szczęśliwie.

Przy wyjściu z lotniska ujrzałam Klementynę. Ciemnowłosa, w długiej beżowej narzucie, z książką pod pachą, w bosonóżkach na wysokim obcasie – wyglądała młodo i energicznie. Atrakcyjniej niż na zdjęciach. Poznała mnie. Uścisnęłyśmy się. Będziemy ze sobą obcować przez długie dziesięć dni. Po zaopatrzeniu mnie w miesięczny bilet, ważny na wszystkie transporty w Sztokholmie, ochoczo rozmawiając, poszłyśmy w stronę przystanku autobusowego. Ciągnęłam moje książkowe bagaże. Klima co rusz zrywała się, by mi pomóc. Dziękowałam uśmiechem, byłam młodsza i uważałam, że powinnam sama sobie poradzić.

Szwecja mnie już cieszyła, było słonecznie i ciepło. Powietrze zdawało się takie przejrzyste, lekkie, o wielkiej pokusie wdychania. Może jeszcze tę zimną Szwecję polubię, przemknęło mi przez myśl.

 

***

…Terytorium kraju powstało prawdopodobnie w miejscu grubego kawałka lodu, który stopniał gdzieś przed ośmioma tysiącami lat. Obecnie obszar tej ziemi liczy 450 tysięcy kilometrów kwadratowych. Jest to pasmo długości ponad 2 tysięcy kilometrów. Na południu przeważają lasy i jeziora.

Zachodnia część jest górzysta: łańcuch Skandów ciągnie się wzdłuż granicy z Norwegią. Północna część to małe wzgórza i pagórki. Siódma część Szwecji leży w kole arktycznym. Latem słońce króluje tam bez przerwy dwa miesiące. Zimą z kolei, przez dwa mie,-siące trwa ciągła noc.

Zaludnienie tych ziem nastąpiło prawdopodobnie około VI wieku przed Chrystusem. Były to plemiona germańskie. O kraju mówiły “schwer” czyli “ciężki”, co w późniejszej wersji dało “Sverige” – Szwecja. Dzisiaj państwo owo liczy około 10 milionów mieszkańców.

Współczesny język szwedzki ukształtował się około X-ego stulecia. Jest pokrewny duńskiemu, norweskiemu i islandzkiemu. Na Północy Lapończycy mają własną odrębną mowę. Inni mieszkańcy wielkiego Nord’u, Finowie, używają języka fińskiego. Wszędzie dość dobrze znany jest angielski.

Rodzina tu opiera się na konkubinacie, gdzie małżonkowie mają absolutnie jednakowe prawa. Połowę osób aktywnych zawodowo stanowią kobiety. Średnio w rodzinie rodzi się dwoje dzieci. Od dorosłej młodzieży oczekuje się, by szybko stawała się niezależna. Staruszkowie opierają się na własnych źródłach materialnych, biedniejszych zabezpiecza system socjalny państwa.

Ekonomicznie Szwecja dość długo dominowała nad wszystkimi krajami skandynawskimi. Posiada na swym terytorium bogate zasoby naturalne: budulec drzewny, żelazo, cynk, rudę, srebro, uranium, energię wodną.

***

Z autobusu przesiadłyśmy się do pociągu, potem do metra. Zauważyłam, że ludzie bardzo dokładnie przestrzegają przyjętych w społeczeństwie reguł. Do autobusu wsiada się tylko przez przednie drzwi. Obowiązkowo pokazuje się bilet, witając się z kierowcą krótkim hej, co znaczy: cześć. Szofer odpowiada z uśmiechem. Na ruchomych schodach metra staje się wyłącznie po prawej stronie.

Na T-Centralen zagęszczenie ludzi jest szczególnie duże. Tu prawdopodobnie trzeba pilnować torebek i kieszeni. Przez okna metra patrzyłam na zadziwiająco swojskie krajobrazy: brzeźniaki, sosnowe borki, płaskie przestrzenie zielono-złotych pól, drewniane domy w kolorze bordo i zielonym, i żółtym…

Jakbym widziała Litwę, to znów parę kilometrów dalej – Polskę…

Klima gawędziła, śmiała się, taka poluzowana, wcale nie skrępowana powagą twarzy innych pasażerów, nawet tych młodych. Zaczepiała ich czasem dziarsko, pytając o trasę. Odpowiadano uprzejmie, z uśmiechem. Czuła się w Sztokholmie dobrze.

— Jak można tego kraju nie kochać? – mówiła. — Przyroda tu taka soczysta, zajączki same przychodzą pod dom! A system państwa znów taki opiekuńczy! I też zobacz, jacy ci Szwedzi są sprytni: popierają wszelkiego rodzaju kluby i inną aktywność dla osób starszych, jesteśmy więc zajęci i nie mamy czasu, aby chorować – roześmiała się i dodała poważniej: — W ten sposób państwo mniej wydaje na leki.

— Pokażę ci mały bazar obok mego bloku, w dzielnicy Tensta – kontynuowała swój radosny monolog. — Turcy i inni emigranci sprzedają tu przez cały dzień owoce i warzywa. A wieczorem, gdy coś zostanie, wkładają do reklamówek i zawieszają na drzewach. Wtedy każdy, kto chce, może to sobie wziąć. A więc, umrzeć z głodu w tym kraju byłoby naprawdę trudno – roześmiała się znów srebrzyście i dodała z rubasznym błyskiem w oku: — Najwyżej gdyby ktoś postawił to sobie za cel!

Leokadia Komaiszko

cdn

Pisane w grudniu 2001/styczniu 2002

Z książki: Światło Północy. Polonica 2015

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer