bollman-flag-2567418

Od 50 lat mieszkam w Szwecji. Jestem jej obywatelem. Opanowałem język szwedzki płynnie w mowie i  piśmie. Mimo to nie czuję się Szwedem. Może nie mam tak krytycznego stosunku do Szwedów jak znany leksykograf Jacek Kubitsky, który w swej książce ”Szwecja od środka” (Warszawa 1987) zajął się katalogowaniem ich rozmaitych felerów i wad, dochodząc do tego, że mają oni wyłącznie wady. Ja wad widzę mniej, ale na paru z nich chętnie się skoncentruję.

Hipotetyczny “Szwed” (bądź “Szwedka”) będzie w moim ujęciu typowy dla niewielkiej, lecz mimo to liczącej się mniejszości, np. 10%.  Mam przeto nadzieję, że nie obrażę pozostałych 90%, nie będących nosicielami niżej wyszczególnionych cech charakteru, czy usterek w zachowaniu się. Ta mniejszość jednak rozkłada się różnie – niekiedy przewyższa owe 10%, kiedy indziej chowa się poniżej tej granicy. Istotne jest jednak, że większość bez skazy zdaje się jakby nie dostrzegać naganności zachowania mniejszości, traktując to pobłażliwie, z przymrużeniem oka, lub – w dwojakim sensie – nie zwracając uwagi. Ale ad rem.

“Szwed” nie przejawia zainteresowania kulturą innych krajów. (Pace: Kjell Albin Abrahamsson, Anders Bodegård, Mika Larsson, Bo Persson, Agneta Pleijel, Torgny Wadensjö –  którzy z przyczyn zawodowych, ale także prywatnych, kroczą na czele szwedzkich “Polaków”, bo tak im się podoba…). W moim miejscu pracy, gdzie w różnych okresach pracowało sporo Polaków, gdy w telewizji szedł polski film, następnego dnia nie można było otrzymać komentarzy o nim od kolegów-Szwedów(-ek), zainteresowanych filmem tout court, bo tego filmu po prostu nie widzieli.  A dotyczyło to nie tylko polskich filmów – także argentyńskich bądź chilijskich, bo i te nacje były w SFI reprezentowane.

“Szwed”, gdy rozmawia z innym Szwedem, nie dostrzega cię, przechodzącego obok i nawet kłaniającego się, po prostu brak mu owej Napoleńskiej cechy – umiejętności rozszczepienia uwagi na dwie różne czynności.

Szwed, gdy kaszle lub kicha, zawsze zasłania usta/nos ręką lub łokciem, wie bowiem od dziecka, że zaniechanie tego gestu powoduje rozprzestrzenianie się szkodliwych mikrobów. Ale gdy “Szwed” ziewa nie bierze podobnej możliwości pod rozwagę, choć to rozdziawianie się jest wysoce nieestetyczne, może ujawnić braki w uzębieniu i dowodzi złego wychowania.

Gdy “Szwed” idzie ulicą na ogół nie zwraca uwagi na innych przechodniów, idzie prosto przed siebie, a jeśli grozi mu kolizja z innym, podobnie prosto kroczącym Szwedem, unika jej w ostatniej chwili, jakby podświadomie licząc na to, że ów pierwszy mu ustąpi, zejdzie z drogi. Zdarzały mi się przypadki, gdy szedłem wąskim chodnikiem, ograniczonym z jednej strony trawnikiem, z drugiej jezdnią, niosąc dwie ciężkie walizy i duży plecak, a idąca naprzeciw mnie młoda dziewczyna wyraźnie liczyła na to, że ustąpię jej z drogi, sama czyniąc to w ostatniej chwili, z wyraźną nie-chęcią, a nawet zdziwieniem.

Być może jest to wynikiem innego temperamentu narodowego. Gdy przebywam w Warszawie i np. przekraczam dość ludne skrzyżowanie/przejście dla pieszych na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, zauważam, że każdy w tłumie znajduje swoją własną drogę, którą planuje w zależności od ruchów innych przechodniów, szczególnie tych z naprzeciwka. Tak samo poruszam się ja i staram się ten sposób stosować także w coraz bardziej ludnym Sztokholmie. Udaje się to ze zmiennym powodzeniem. Gdy warunki to umożliwiają, wymijam tłum szerokim łukiem, drogą okrężną, ale pozwalającą mi zachować jednostajne tempo. Często wymaga to slalomowych akrobacji, bo bardzo nie lubię zatrzymywać się, czekać aż ktoś przejdzie w swoim tempie i zwalniać moje, na ogół dość wysokie. Wolę lawirować w lukach pozostawionych przez tłum ludzi na ulicach czy czekających na peronie metra. To okrążanie i lawirowanie oznacza właśnie, że to ja ustępuję z drogi “Szwedom” tj wybieram taką linię, gdzie nie grozi mi (ani im) jakakolwiek kolizja. Kolizja taka jest oczywiście mniej groźna niż np. zderzenie na jezdni roweru z samochodem, co niedawno obserwowałem w amerykańskim filmie “Premium rush”.

“Szweda” w tych tłumnych poruszeniach cechuje właśnie brak planowania swych ruchów i uzależnienia ich od ruchów bliźnich. Idzie przed siebie, niekiedy nawet chwieje się i zmienia kierunek, mimo grożącej z naprzeciwka kolizji. Przypomina w tym postacie niewidomych z filmu Andrzeja Jakimowskiego “Imagine”, którzy idą jak cię mogę, na wy-czucie innych zmysłów i liczą na to, że widzący ustąpią im z drogi lub ich ominą, co nie zawsze się sprawdza.

Szwedzi sa na ogół dobrze wychowani, uprzejmi, nie szczędzą magicznych słów jak proszę czy dziękuję. Nie pchają się też (jak Polacy) w środkach komunikacji miejskiej, cierpliwie oczekują w kolejce na możliwość wejścia do autobusu. Być może wiąże się to z faktem, że ów tłok występuje rzadko, nawet w godzinach szczytu. Gdy jeszcze jeździłem o tych porach do pracy i z pracy, zdarzyło mi się raz, gdy szansa wejścia do zatłoczonego wagonu metra zdawała się minimalna, popchnąć trochę z tyłu po warszawsku i wtedy stojący obok młody Szwed miał do mnie dziką pretensję.

Ostatnio bywa jednak coraz częściej, że pasażerowie na peronie nie czekają aż inni pasażerowie zdążą opuścić wagon, lecz pakują się we wszelkie możliwe luki i nawet bez nich, byle tylko szybciej wejść do środka, nawet gdy nie ma tłoku. Celuje w tym zwłaszcza młodzież, a ja wysiadając idę po prostu przed siebie, nawet “po trupach”, niezależnie od tego, czy grupa na peronie rozstępuje się dając miejsce.

Zanim przybyłem do Szwecji czytałem gdzieś, że w zimie, na Kungsgatan w Sztokholmie, przechadzają się białe niedźwiedzie i że ludność tego wydłużonego kraju jest rozproszona a ich punkty styczności ograniczone do minimum. Moje pierwsze obserwacje nie potwierdziły wszystkich tych faktów, ale coś się zgadzało: ludzie w sztokholmskim metrze zachowywali się spokojnie, rozmowy były rzadkie, głosy ściszone i dyskretne. Ta radosna sytuacja – szczególnie dla tak fanatycznego czytelnika książek (nie tylko w metrze) – trwała długo. Lecz z czasem ton głosów podniósł się, temperament podgrzał – być może w miarę wzrostu imigracji z krajów południowych – a ludzie ujawnili większą kontakto-wość. Pozostało mi tylko zaaakceptować zmiany i przysto-sować się.

Nie wziąłem niestety pod uwagę postępu technicznego. Teraz nie wystarczają już opracowane metody prze-mieszczania się w inne miejsce wagonu czy wręcz do innego wagonu. Także ludzie samotni stanowią określone, nieocze-kiwane zagrożenie. Nagle zaczynają mówić do siebie, albo do małych aparatów, podobno umożliwiających kontakt bez drutu z oddalonymi przyjaciółmi, znajomymi i członkami rodziny, którzy koniecznie muszą w każdej sekundzie kontrolować gdzie właściciel aparatu się znajduje – czy już w Alviku, czy jeszcze w Thorildsplan i w związku z tym, kiedy okaże się celowe natychmiastowe wstawienie kartofli. Wszystkie te i podobne trywialne fakty z życia codziennego, przekazywane bez pauzy poprzez tak (niegdyś) zwane yuppienallar lub po polsku komórki (jak się zwą owe maszyny piekielne), są w zasadzie mało interesujące dla obcych, którzy wolą spędzać swój czas w metrze czy autobusie w sposób bardziej korzystny. Z początku sądzono, że yuppienallar ograniczą się do yuppies (young urban professionals), owych stosunkowo młodych, energicznych, stale czynnych techno-biurokratów, którzy muszą być dostępni 24 godziny na dobę, w przeciwnym razie giełda w Tokio może się załamać.

Jednak moje nadzieje na racjonalne ograniczenie tego stanu rzeczy wkrótce okazały się naiwne. Z lawinową szyb-kością ogarnęła komórkowa sieć w praktyce wszystkich, od 10-latkow w drodze do i ze szkoły po babcie samotnie spacerujące po lesie. Zdesperowany samotny wilk, który nigdy nie zamierza sprawić sobie podobnego urządzenia, znajduje się na straconej pozycji, mimo chęci by czasem za-wołać: Zamknijcie się!  Nie interesują mnie Wasze intymne czy banalne spostrzeżenia o codziennym dniu ani co zrobiliście przed chwilą, czy zamierzacie zrobić za chwilę.

Wszystko to jest niestety pozbawione perspektyw. Mimo, że niektórzy mądrzy ludzie poddają nam od czasu do czasu spostrzeżenia o prawdziwej naturze obecnego rozwoju. “Stałe sygnały telefoniczne – napisał jakąś dekadę temu, jeszcze wówczas żyjący, Aleksander Sołżenicyn – rozpraszają nas i nie jesteśmy w stanie osiągnąć własnej głębi” (według: Svenska Dagbladet 2002).

Ewentualne propozycje stworzenia osobnych wago-nów czy przedziałów dla właścicieli komórek (lub odwrotnie – ich pozbawionych) załamują się w związku z faktem, że po pierwsze żyjemy w wolnym kraju, a po drugie ich przeciwnicy znajdują się w mniejszości. Ponadto wagony stały się większe/dłuższe i przesiadka do innego utrudniona. Mola książkowego prześladują w metrze także dodatkowe źródła dźwięków, z pozoru mające być częścią coraz lepszej obsługi klienta, w istocie ogarniając go coraz gęstszą i bardziej agresywną siecią słów i ostrzegawczych sygnałów. Stanowi to cenę obsługi niewidomych, którzy co i raz informowani są na peronie, kiedy odchodzą pociągi we wszelkich możliwych kierunkach (tych kierunków mamy niewiele na większości stacji, ale pomyślmy o T-Centralen, gdzie można się przesiąść na wszystkie linie metra). A także informacje dla ludzi o ograniczonej motoryczności, którzy mogą wpaść nogą w przerwę między wagonem a peronem przy wsiadaniu i wysiadaniu. Na każdej stacji słychać ponadto w wagonach metra irytujący sygnał dźwiękowy przy zamykaniu się drzwi, trwający o parę sekund za długo po tym procesie.

Czy więc sfera dźwiękowa jest najbardziej dotkliwym składnikiem jazdy sztokhomskim metrem? Ale skąd! Mimo wszystko pierwsze miejsce zajmują wrażenia wzrokowe. Najgorsze przytrafia się, gdy trzeba pochylić się nad innym – najczęściej  młodszym – współpasażerem dowolnej płci i powiedzieć tonem pouczającym: Tänk på avståndet mellan din fot och sätet mittemot – właśnie wtedy, gdy ta odległość jest niezauważalna.

Życie w sztokholmskim metrze jest pełne zaskoczeń. Większość z nich jest jednak wymierzalna i przewidywalna, podobnie jak natura ludzka albo poziom kultury w danym społeczeństwie.

Zaczęło się jednak zgoła inaczej. Jakieś 40 lat temu obecny byłem na uroczystej obronie pierwszego szwedzkiego doktoratu z filmoznawstwa w dużym kinie Victor w Filmhuset. Na scenie siedzą: reżyser filmowy a zarazem fil. dr in spe, późniejszy profesor Gösta Werner (zmarły kilka lat temu w imponującym wieku blisko 101 lat), oraz oponent, znany krytyk i historyk filmu, fil. lic. Bengt Idestam-Almquist. A w połowie widowni jakaś pannica nonszalanckim gestem wykłada nogi w butach na oparcie poprzedniego rzędu. Oczywiście podszedłem i zrzuciłem jej te nogi.

Wcześniej i później zajmowałem się okazjonalnie tępieniem tych obyczajów, głównie w metrze. Wywodzą się one z wygodnictwa, jakiejś odnogi popularnego w Szwecji pojęcia trygghet, oznaczającego zabezpieczenie. “Szwed” nie zastanawia się ergo nie zdaje sobie sprawy z faktu, że opierając brudne, a w najgorszym razie zabłocone podeszwy butów o przeciwległe miejsce siedzące, pozostawia brud czy kurz (lub błoto), na którym ktoś kiedyś lub niebawem siądzie. Kładzie je, bo miejsce jest aktualnie wolne i bo tak mu jest wygodnie. I natychmiast je zdejmuje, gdy pojawia się współpasażer, pragnący może na tych brudach spocząć. W czasie moich niemal 50-ciu lat podróży sztokholmskim metrem spotkałem się tylko jeden raz z czyjąś (poza własnymi) interwencją. Drugi raz widziałem w prasie, gdy mój ex-szef w SFI, Harry Schein, krytycznie ocenił to w felietonie w Dagens Nyheter. Kiedy on to mógł zaobserwować? Na ogół bowiem poruszał się po mieście za kierownicą sportowego Forda Mustanga.

W dodatku metro sztokholmskie jako jedyne ze znanych mi w Europie czy USA, umożliwia podobne zachowanie. Wszędzie indziej ławki uplasowane są wzdłuż wagonów i trzeba by się na nich położyć by buty znalazły się tam, gdzie tyłek i plecy.

Zanim przybyłem do Szwecji czytałem gdzieś, że w zimie na Kungsgatan przechadzają się niedźwiedzie polarne. Później przyzwyczaiłem się do tego stanu rzeczy i koegzystencja z tymi przyjemnymi stworzeniami stała się możliwa. Po pewnym czasie okazało się jednak, że kolor sierści niedźwiedzi nieco się zmienił. O ile byłbym skłonny wiele wycierpieć ze strony białych misiów, jakby nie było gospodarzy tego wydłużonego kraju (sam plasując się wśród tolerowanych mniejszości), o tyle trudniej mi zaakceptować sytuację, że nie tylko ja i mnie podobni, ale również białe misie w jakiejś dającej się przewidzieć perspektywie same staną się mniejszością. A wiele zdaje się na to wskazywać i jeśli zaakceptowałem życie wśród Szwedów (i “Szwedów”), o tyle coraz mniej podoba mi się życie w innym otoczeniu.

Przypomina się znany w latach 1967/68 w Polsce dowcip, nawiązujący do niektórych fragmentów przemówień Gomułki. Mówił on, że Polak winien mieć tylko jedną ojczyznę. A pointa brzmiała: — Tylko czemu tą ojczyzną ma być Egipt?

Teraz mamy jakby odwrotność tak znienawidzonej przez komunistycznych historyków teorii normańskiego podboju (w genezie ruskiego państwa Rurykowiczów). AD 732 wojska kalifatu kordobańskiego musiały wycofać się z Francji po porażce pod Poitiers z ręki majordoma Karola Młota. AD 1683 Jan III Sobieski ocalił pod Wiedniem Europę przed kolejnym muzułmańskim zagrożeniem. Później Maghreb został skolonizowany przez Francuzów, a Turcja stała się “chorym człowiekiem Europy”. A teraz mamy proces odwrotny, odbywający się jak na razie pokojowymi środkami. Mogą one nadal pozostać pokojowe i rozstrzygać w pewnej, niezbyt oddalonej przyszłości, przy pomocy kartki wyborczej. Tych czasów jednak już na pewno nie dożyję.

Aleksander Kwiatkowski

Z książki: „Vademecum nieudacznika czyli antymemuary” Polonica 2015

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer