Sven i Janeczka
Zbliża się południe. Już czas wychodzić z domu! Po chwili idę szybkim krokiem po krętych ścieżkach zaułku z czerwonymi szeregowcami, to prawie najwyższy teren osiedla Östra Skogås, gdzie mieszkam od ponad czterdziestu lat. Teraz idę jeszcze szybciej ścieżką przy komunalnej drodze stopniowo spadającej w dół. Przy wiadukcie skręcam znowu w lewo i schodzę w dół, po czym lekka wspinaczka i skręt ponownie w lewo. Jestem na pagórku, gdzie kolejny zaułek z białymi szeregowcami. Idę teraz w lewo wzdłuż uliczki między zabudowaniami, a skalistym zboczem porosłym bujną roślinnością. Skręcam w prawo i wchodzę na fragment szlaku turystycznego, od strony Jeziora Drevviken prowadzącego mnie do Skogås Centrum. Zostawiam za sobą wszystkie zaułki z szeregowcami, idąc pod mostem na Österleden I znowu pójdę na skróty. W Centrum mam dzisiaj ważne spotkanie.
– O, Boże! Ale ta droga skomplikowana, jak niejednokrotnie nasze życie! – Jak zwykle popadam w rozważania w trakcie spacerów. – Która to godzina? – Nie mogę się spóźnić!! Wyjmuję z kieszeni letniej kurtki telefon i spoglądam na godzinę. – Zdążę! – Mówię do siebie. Zwalniam kroku, idąc w dół w stronę tunelu pod wiaduktem. Po obu stronach turystycznego szlaku wita mnie bogata i bujna roślinność, urzekająca różnorodnością barw i zapachów. Zostawiam za sobą kilka malowniczych pagórków z domami szeregowymi w zalesionym terenie. Budowa osiedla Östra Skogås miała miejsce pod koniec lat siedemdziesiątych i początku lat osiemdziesiątych.
W sercu czuję radość na spotkanie z Janeczką, moją koleżanką z seminariów polonistycznych na Slawistyce Uniwersytetu Sztokholmskiego. Seminaria odbywały się pod kierunkiem późniejszej profesor Ewy Teodorowicz-Hellman, popularnej i cenionej przez nas, absolwentów uczelni polonistycznych i przez władze uniwersyteckie. Profesor Ewa Teodorowicz-Hellman jest znana, w Szwecji, w Polsce oraz poza granicami tych krajów.
Nie zapomnę wykładów o jej odkryciach w Skokloster, t.zw. Poloników lub wykładów z dziedziny gramatyki polskiej. Nie zapomnę też organizowanych przez nią spotkań – z noblistą Czesławem Miłoszem, z Wisławą Szymborską oraz Olgą Tokarczuk – jeszcze wtedy nie – noblistką…
Właśnie na tych seminariach poznałyśmy się z Janeczką Järn… Właśnie idę na spotkanie z nią…moją koleżanką z seminariów… Idę na to spotkanie z zupełnie innego powodu… bardzo ważnego dla niej i dla mnie powodu… Dotyczy ono męża Janeczki – Svena Järna.
Słońce od wyjścia z domu nieustannie otula mnie swoimi promieniami i cały świat uśmiecha się do mnie… – Jak dobrze! – Przelatuje mi przez myśl znana różewiczowska fraza z wiersza poety.
Za chwilę spotkam Janeczkę Järn w Skogås Centrum, gdzie zaprosiłam ją na lunch. Od czasu, gdy zostałam sama, taka forma przyjmowania gości jest dla mnie najbardziej odpowiednia. Ja nadal lubię kontakty z ludźmi, lecz takich spotkań, jakie miały miejsce za życia mojego męża, już nie będzie! Ostatnio na jakimś party, gdzie gośćmi byli sami rodacy, ktoś powiedział do mnie:
̶ Jak to pani mnie nie pamięta? Przecież nieraz bywałem w państwa salonie!
– Kogo nie było u nas w tym naszym skromnym, nazwijmy umownie, w tym naszym Politycznym Salonie w ciągu tych czterdziestu trzech lat w Szwecji?!
Marian Jurczyk, Robert Kropiwnicki, Franciszek Sak, Hrabia Wacław Potocki z Norwegii, rodzina Kęcików z Solidarności Wiejskiej, a także działacze NSZZ Solidarność – imigranci szwedzcy, a po zmianie orientacji politycznej w Polsce ambasadorowie polscy w Szwecji na czele z Barbarą Tuge-Erecińską z mężem, pierwszą ambasador po odzyskaniu niepodległości Polski. Bywali też później ambasadorowie i konsulowie z Ambasady i Konsulatu RP w Sztokholmie. Jednym z gości był pan Adam Marszałek z Torunia, wydawca moich dwu pierwszych książek. A także profesor Zygmunt Barczyk ̶ pisarz, autor opowieści o moim mężu Adolfie Szutkiewiczu – Dojrzewać na polu bawełny. Bardzo pięknie ocenił on moją pierwszą książkę – ”Biało-czerwone goździki i WRONA. Wspomnienia żony internowanego” (wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2010). Profesor Barczyk prezentował moją pierwszą książkę na spotkaniu autorskim w Ambasadzie RP w Sztokholmie, gdzie wybrane fragmenty czytane były przez Elżbietę Ostrowską Barczyk oraz Danę Rechowicz. Naszymi gośćmi bywały także rodziny solidarnościowe, jak: Janukiewiczowie, Kuczkowscy, Muchowiczowie oraz Maciej Maria Klich. Bywali też Mietek Nycz z jego żoną Ingrid z Södertälje.
W naszym skromnym domu gościli też przedstawiciel Rządu Polskiego na Uchodźstwie oraz naukowcy z dziedziny teatru z uniwersytetów: Jagiellońskiego, Warszawskiego oraz Łódzkiego – w ramach współpracy teatrologii Uniwersytetu Sztokholmskiego. Bywała u nas też (a my u niej) na party, znana i nieoceniona Elżunia Gieysztor-Ingvarsson, która wprowadzała mnie w świat Polonii pod skrzydłami Kongresu Polaków w Szwecji, oraz świat zawodowy polonistów. W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, zanim dostałam pracę na uniwersytecie Sztokholmskim…
Nie sposób mi wymienić tu wszystkich…
– O, już niedaleko do Centrum! – mówię do siebie głośno. My z Janeczką zatem poznałyśmy się na seminariach polonistycznych. Ale jak nasi mężowie się poznali – tego nie wiem. I chyba Janeczka też tego nie wie… I już ich nie zapytamy. Kręci mi się łza w oku. Nie możemy ich o to zapytać, ponieważ ich tu już nie ma. Zostały tylko ich prochy na różnych sztokholmskich cmentarzach. Każdy z nich odszedł w swoim czasie.
Sven Järn i mój mąż poznali się dość wcześnie w 1984 roku, po naszej przeprowadzce z Oxelösund do Sztokholmu. Początkowo relacja nasza z Janeczką i Svenem nie należała do bliskich, ale łączyło nas coś istotnego: obaj panowie działali w imię Solidarności i dla narodu polskiego. Sven — jako Szwed — dla narodu swojej ukochanej żony, Janeczki, Polki. Adolf natomiast działał na rzecz własnego narodu. Obok każdego z nich stała żona, wspierając męża wytrwale, dzielnie i niezawodnie.
Ja zapamiętałam jedną sytuację, związaną ze Svenem. Pierwszego dnia (był to rok chyba 1985), po powrocie do domu ze szkoły na Lidingö, gdzie właśnie na wikariacie zaczęłam pracę jako nauczyciel języka ojczystego, chciałam opowiedzieć mężowi i synowi, jak mi poszło, usłyszałam wtedy:
̶ Przemek i ja właśnie wychodzimy z domu. Jedziemy do Svena Järna, aby mu pomóc w załadowaniu rzeczy na transport do Polski. Żona Svena jest Polką i tak jak my pochodzi ze Szczecina. Szwed zakochał się w Polce, a potem w jej rodakach w Polsce… Pomagał im, jeździł do nich z darami, bo tam, poza octem, na półkach nie było nic!
Moi mężczyźni wrócili późno do domu. Następnego dnia Przemek szedł do szkoły, zaś Adolf do pracy. Byli jednak zadowoleni z siebie, że pomogli Svenowi w załadowaniu rzeczy na samochód do Polski.
Po wielu latach miałam przyjemność osobiście poznać Svena Järna. Zaprosiliśmy bowiem Janeczkę i jej męża do nas na obiad. Potem my oboje z mężem zostaliśmy zaproszeni na obiad do Państwa Järnów. Nasze spotkania przebiegały w bardzo sympatycznej atmosferze. Adolf jak zwykle grillował w ogrodzie przy naszej skałce. Siedzieliśmy na tarasie od wschodniej strony. Na stole we flakonie stały dwie flagi: polska i szwedzka. Na werandę z ciekawością zaglądały czerwone pnące róże, dawno temu plantowane przez Pana Domu. Nie było zatem zbyt gorąco, ale serdecznie. U państwa Järnów spożywaliśmy wspaniały obiad Janeczki. Spotkanie było ciepłe i jakby rodzinne. Z ciekawością obserwowałam Svena Järna, bohatera Polaków, człowieka popularnego, pośród Polonii, rodaków w Polsce oraz Szwedów. Był to przecież człowiek wielkiej miary, zdecydowany i odważny, podołał trudnemu i wielkiemu zadaniu, które wykonywał nie dla siebie i nie dla swojego narodu… Zaskoczona byłam jego skromnością, pozwolę sobie użyć słowa – przezroczystością. Nie opowiadał nic o sobie. Spotykaliśmy się niejednokrotnie na różnych uroczystościach, między innymi w Ambasadzie RP w Sztokholmie.
Przerywam moje rozważania, jako że wychodzę spod kolejowego tunelu na parking przy Skogås Centrum.
— O, Janeczka! — Wykrzykuję uradowana, widząc ją tuż przy mnie. – Jesteś! Witaj w Skogås! – Obejmuję ją ramieniem. Po chwili wchodzimy do wysokiego, eleganckiego Centrum z balkonem wokół całego obiektu i z owalnym, przeźroczystym dachem, przez który widać rozpromienione słońcem niebo.
Zapraszam mojego gościa na kruche, lekkostrawne tarty, wybrane przez każdą z nas, do tego sałata, woda lub herbata. W Centrum jest o tej porze dnia w sobotę mnóstwo ludzi. Nie można spokojnie porozmawiać. Kupuję świeże bułeczki wiedeńskie do kawy, którą później wypijemy na tarasie przy moim domu.
Janeczka i ja idziemy teraz jeziornym szlakiem w kierunku mojego zaułku. Słońce na błękitnym niebie spogląda łagodnie i z wyraźnym uśmiechem, na dwie starsze damy — jedną z laseczką, drugą z kijkami. Tak bezpieczniej, aby się nie przewrócić, gdy siły, nie daj Boże, zawiodą. Czas młodości i średniego wieku minął…
– Panta rhei… – rzucam słowa, ot, tak, cytując ulubionego Heraklita z Efezu.
– Czas płynie. Wszystko się zmienia – odzywa się Janeczka. Obie uśmiechamy się do siebie. Janeczka i ja studiowałyśmy na tym samym Uniwersytecie Szczecińskim i na tym samym kierunku, tylko w różnym czasie… Poznałyśmy się dopiero tutaj w Sztokholmie.
Jesteśmy z Janeczką już na miejscu. Widzę, że moja koleżanka po tym spacerze jest odprężona. I dobrze! Przed nami dzisiaj trudne zadanie, zaplanowałyśmy bowiem ocalenie wspomnień o ludziach o szlachetnym sercu, którzy potrafią nieść pomoc potrzebującym, aby kolejne generacje uczyły się tej pięknej cechy solidarności z innymi, aby potrafiły odróżnić dobro od zła, by człowiek bezbronny miał prawo do istnienia…
Romantyczna historia Polki i Szweda oraz jej konsekwencje społeczno-polityczne
Siedzimy w dużych, wygodnych, wyścielonych poduszkami, ogrodowych fotelach na tarasie od strony ogrodu ze skałą porośniętą dzikim kwieciem, krzewami i drzewkami… Tutaj promienie słońca nie docierają tak intensywnie jak u wejścia na taras z przodu. Janeczka właśnie się obudziła po małej drzemce. Jesteśmy po kawie i słodyczach, nie chcemy dolewki, przynoszę dzbanek z wodą i małymi pomidorkami oraz szklanki i talerzyki i resztą potrzebnych rzeczy.
̶ To, co Janeczko, zaczynamy pracę?
̶ Jolu, ja napisałam ten fragment o nas – o Svenie i o mnie, więc pozwól, że go sama przeczytam ̶ odzywa się Janeczka
̶ Świetnie! Proszę cię, czytaj! Chcę wejść w klimat tamtej niezwykłej sytuacji, którą, jak sama mówisz, podarował wam los….
Siedzę zatem spokojnie w moim fotelu i pilnie słucham historii Janeczki i Svena Järnów.
Głos Janeczki, na początku lekko drżący, nawet lekko przejmujący, pochłania mnie zupełnie. Jestem z nią tam i wtedy… Głos ten staje się stopniowo stonowany. Oto jej opowieść, którą słyszę po raz pierwszy.
———————————————————–
„Przypadki często wpływają na koleje naszego życia. Dla mnie takim momentem przełomowym był strajk „Solidarności” w sierpniu 1980 roku. Wróciłam wówczas po miesięcznym pobycie w Szwecji do Szczecina. Na promie do Świnoujścia dowiedziałam się, że w kraju trwa strajk generalny i że komunikacja praktycznie nie funkcjonuje. Pomyślałam wtedy, że usiądę w pobliżu recepcji i będę obserwowała kierowców, by — kierując się intuicją — zwrócić się do tego, który wyda mi się najbardziej przyjazny.
Mój wybór padł na skromnego Szweda, który rzeczywiście bardzo życzliwie odpowiadał na moje pytania o możliwość podwiezienia mnie do domu w Szczecinie. Był uprzejmy i od razu powiedział, że nie widzi problemu, musi jednak najpierw zapytać szwedzką lektorkę, którą wiezie do Krakowa, czy zgodzi się na zmianę trasy. Po chwili wrócił i oznajmił, że nie ma ona nic przeciwko temu, aby „zrobić skręt do Szczecina” i odwieźć mnie oraz moją koleżankę.
Po przybyciu na miejsce zaprosiłam szwedzkich gości do siebie na śniadanie. Gdy ruszali w dalszą drogę, podałam im swój adres, myśląc, że być może będę mogła pomóc im podczas powrotu do Szwecji, jeśli strajki się przedłużą — w Konsulacie Szwedzkim miałam wówczas znajomą.
Strajki rzeczywiście się przedłużyły, a Sven — bo tak miał na imię mój przewoźnik — potrzebował mojej pomocy. Pojechałam więc z nim do Ambasady Szwedzkiej w Warszawie, gdzie załatwiono mu miejsce na promie, który raz w tygodniu odpływał do Szwecji.
Sven, człowiek niezwykle wrażliwy, podjął wówczas decyzję, że będzie pomagał Polsce i „Solidarności”. Cała ta strajkowa perypetia sprawiła, że spóźnił się do pracy. Jego przełożony zapytał wprost:
— Czy chcesz pracować, czy jeździć do Polski?
Po krótkim namyśle Sven odpowiedział:
— Będę pomagał Polsce.
Został zwolniony z pracy. Nie zapomniał jednak mojej gościnności. Korzystając z adresu, przesłał mi dużą kopertę wypełnioną widokówkami ze Sztokholmu. Na jednej z nich, z motywem serca, napisał: „Pozdrowienia mojej koleżanką.”
Odczytałam to jako gest o szczególnym znaczeniu — i nie pomyliłam się. Wkrótce potem Sven przysłał mi książki do nauki języka szwedzkiego, a następnie przyjechał z plecakiem pełnym żywności. Zauważył bowiem, że w Polsce na sklepowych półkach jest właściwie tylko groszek i ocet.
Wraz z grupą szwedzkich przyjaciół zaczął organizować pomoc w postaci lekarstw, żywności oraz sprzętu rehabilitacyjnego. Rząd szwedzki okazał wówczas ogromną hojność — wprowadzono darmowe przeprawy promowe oraz bezpłatną wysyłkę paczek do Polski. Takiej lekcji ludzkiej dobroci nie doświadczyłam nigdy wcześniej.
Byłam głęboko wzruszona dobrocią szwedzkich serc. Jeśli chodzi o relację między Svenem a mną, uważam, że od samego początku odgrywałam w jego życiu istotną rolę. Postanowiliśmy razem spędzić Wigilię w 1981 roku. Wówczas jednak wprowadzono w Polsce stan wojenny i zamknięto granice.
Sven, mimo to, zdecydował się przyjechać. Zgromadził dary i ruszył w drogę do Szczecina. Wizy nie otrzymał ani w Sztokholmie, ani w Malmö. Powiedział sobie: – Kraj nie może być zamknięty. Pojadę.
Wybrał drogę przez Niemcy. Na granicy polskiej w Kołbaskowie stał szesnaście godzin przy dwudziestostopniowym mrozie, ogrzewając się jedynie świeczką. Celnicy nie wiedzieli, co zrobić z upartym Szwedem jadącym z darami w Wigilię. Podobno dzwonili nawet do samego generała Jaruzelskiego po zgodę.
Ostatecznie przydzielono mu celnika do towarzystwa. Pojechali razem rozładować dary, lecz gdy zrobiło się późno, celnik powiedział: — Jadę do domu, na Wigilię z rodziną. (może jedź do domu…)
Wówczas Sven przyjechał do mnie i Wigilię spędziliśmy razem.
Nasza znajomość nabierała dla mnie coraz większego znaczenia. Gdy pewnego dnia przyjechał z pierścionkiem wygrawerowanym listkami oliwnymi oraz datą naszego poznania, przyjęłam jego poważne oświadczyny. Ustaliliśmy datę ślubu — luty 1982 roku i pobraliśmy się w Szczecinie.
Sven był człowiekiem niezwykle zdecydowanym. Udaliśmy się do Konsulatu Szwedzkiego, gdzie poprosił, abym mogła pojechać z nim jak najszybciej, bez konieczności czekania przepisowych dwóch lat. Znałam już wówczas podstawy języka szwedzkiego, czym zaimponowałam pani konsul. Zwróciła się do Svena słowami: — Będziesz mógł zabrać ją za miesiąc, skoro już mówi po szwedzku.
Po moim przyjeździe do Szwecji Sven skontaktował się z „Solidarnością”. Zakupiono używany samochód ciężarowy, w którym z tyłu wykonano dodatkową, ukrytą ściankę — skrytkę na przesyłki solidarnościowe. Z przodu znajdowały się torby i prywatne paczki dla krewnych. Listy chowano do skrytki, ponieważ ich przewóz był zakazany.
Był to dla mnie bardzo trudny czas ekonomicznie. Brałam każdą pracę, by móc zarobić choć trochę. Mąż nie miał stałej pracy ani pensji. Często otrzymywaliśmy rachunki za parkowanie samochodu ciężarowego. Kiedyś uzbierało się ich na sumę trzech tysięcy koron.
Podczas jednego ze spotkań z grupą szwedzką podszedł do mnie nieznajomy mężczyzna, zabrał wszystkie mandaty i powiedział: — Nie martw się, ja to zapłacę.
Każdy wyjazd męża wymagał ode mnie ogromnego nakładu pracy. Wszystko trzeba było ująć w fakturach, a następnie godzinami czekać w Konsulacie Polskim, aby Sven otrzymał kolejne zezwolenia i wizę. Przewóz prywatnych przesyłek wiązał się z licznymi trudnościami. W Warszawie zdarzało się, że ludzie sami przeszukiwali samochód i czasami coś ginęło. Później inni odbiorcy domagali się ode mnie rekompensaty.
Po powrocie Sven przywoził do Szwecji ogromne ilości listów. Pracowałam wówczas niemal jak na poczcie — pod drzwiami ustawiały się kolejki, a telefon dzwonił bez przerwy. Niektórzy pytali: — Po co to robisz? Jako jedyna Polka uczestnicząca w tej szwedzkiej akcji nie mogłam postąpić inaczej. Dostarczanie przesyłek dla „Solidarności” było najtrudniejszą częścią tego przedsięwzięcia. Często Sven jechał nocą, przy zgaszonych światłach, do odległych zaułków. Dopiero na pogrzebie Wojciecha Fabińskiego spotkałam ludzi, którzy odbierali te przesyłki. Fabiński odegrał ogromną rolę patriotyczną. Przyjmował przesyłki, kierował je dalej, dodawał Svenowi otuchy i gościł go w swoim domu przy ulicy Hożej wraz z żoną Ewą — kobietą niezwykle spokojną i wspierającą. W organizowanie pomocy dla „Solidarności” włączyła się aktywnie Polonia na Zachodzie, między innymi w Szwecji i z Francji. Uczestniczyło w tym wielu zaangażowanych Polaków, których nazwisk — niestety — dziś już nie pamiętam. Jednego razu w przesyłce znaleziono zakazane w Polsce książki paryskiej „Kultury”. Svena zatrzymano w gdańskim terminalu na dwa dni, aż przyjechał tłumacz z Warszawy. Po tym incydencie zmuszono go do spotkania z funkcjonariuszami SB w Grand Hotelu i nakazano podpisanie dokumentów. Zrobił to, obawiając się, że nie zostanie wypuszczony do Szwecji. Nie zniechęciło go to. Nadal przewoził zakazane ładunki. Polacy nigdy nie odkryli skrytki w samochodzie. Szwedzi natomiast odkryli ją już przy pierwszej kontroli, lecz nie protestowali, wiedząc, że znajdują się tam prywatne listy i paczki.
Każdy wyjazd męża był dla mnie ogromnym stresem. Nigdy nie było wiadomo, czy nie zostanie zatrzymany. Nie mogłam mu tego zabronić — działał z wielką pasją, miłością i zaangażowaniem. Jako Polka nie miałam prawa niszczyć tego fenomenu. Był to czas trudny, ale niezwykle ważny. Jestem wdzięczna losowi, że pozwolił mi w nim uczestniczyć.
Cel Svena został osiągnięty. Polska uwolniła się od komunistycznego reżimu. On sam ogromnie się cieszył, że mógł dołożyć do tego swoją cegiełkę — i że został doceniony przez Prezydenta RP, Lecha Wałęsę.
Janina Järn
——————————————–
Na twarzy mojego gościa maluje się wzruszenie. Myślami jest zapewne wewnątrz tego, co było… Wypija kilka łyków podanej w szklance wody i siedzi bez słowa długą chwilę, po czym mówi dalej:
̶ Jolu, moje zadanie wypełniłam należycie.
̶ Oczywiście! Twoje zadanie było niecodzienne i niespodziewane i bardzo trudne, a mimo to podołałaś wyzwaniu. Nasze sytuacje życiowe, nasze działania były zbieżne – Twój mąż i ty solidaryzowaliście się z nami – Solidarnościowcami, wspierając nas w walce o sprawiedliwą i niepodległą Polskę, niosąc także konkretną pomoc materialną naszemu narodowi polskiemu. Pamiętam, jak późną jesienią 1980 roku dostałam ja – jako pedagog szkolny telefon z Wydziału Oświaty w Szczecinie, że woźny ma przyjechać po dary ze Szwecji dla uczniów naszej szkoły. Było to 10 worków odzieży – nie wiem, czy z południa Szwecji, czy ze Sztokholmu… Powołałam specjalną Komisję, składającą się z rodziców, kierowniczki świetlicy, jednej z wicedyrektorek i mnie. W Szkole było 1200 uczniów. Wystarczyło dla wszystkich – każdemu po jednej rzeczy.
… I jeszcze jeden przykład:
Rok 1982. Jestem na tak zwanym widzeniu z mężem, w Ośrodku Internowania ̶̶ musiało to być w Ośrodku Internowania nie w Wierzchowie Pomorskim, a w Strzebielinku koło Gdańska. W trakcie widzenia dostałam oficjalnie proszek do prania Zielone Jabłuszko, dar dla internowanych i ich rodzin ze Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, który był na kontroli w tym konkretnym Ośrodku Internowania. Gdy po przyjeździe do domu otworzyłam pudełko, zapachniało w całym mieszkaniu papierówkami. Zapach ten kojarzył mi się z zapachem papierówek z ogrodu mojej babci. Uwielbiałam te papierówki! Pudełko zawierało coś więcej niż sam proszek. Film ze zdjęciami członków Zarządu Regionu Szczecińskiego. Film wykonany był z aparatu fotograficznego, ukrytego w celi. Na polecenie męża przekazałam klisze fotografowi pod wskazany adres. Po paru dniach pojawił się jakiś człowiek u nas w domu i bez słowa zostawił kopertę z zdjęciami na stole i wyszedł. Zdjęcia stanowią wartość dokumentarną, dotyczącą internowania działaczy Solidarności. Zadanie zostało wykonane i z powrotem przekazane na ręce Adolfa, a on przekazał dalej… Za to wszystko wielkie dzięki dla Szwedów i Szwedzkiego Czerwonego Krzyża!
Szwecja udzieliła azylu politycznego dla wielu Solidarnościowców, między innymi nam, którzy odnaleźliśmy się tutaj po doznanych szykanach i represjach w Ojczyźnie, szczególnie w Stanie Wojennym…
Jolanta Szutkiewicz
Fragment książki przygotowywanej do druku.



SPROSTOWANIE
Przeczytałam artykul Jolanty Szutkiewicz „Sven i Janeczka” (NGP nr 10/2026). Są tam pewne nieścisłości.
Krótkie sprostowanie: Aby niewielki fragment o moich seminariach polonistycznych był zgodny z prawdą, powinien on brzmieć: „Nie zapomnę też organizowanych przez nią i przez docentów Leonarda Neugera i Per-Arne Bodina spotkań z noblistami Czesławem Miłoszem i Wisławą Szymborską oraz z Olgą Tokarczuk – wtedy jeszcze nie noblistką…”
Ewa Teodorowicz Hellman