Jakie drzewo, taki wiór
Pomiędzy bezkrytyczną polską miłością, a ukrywaną goryczą wobec Szwedów, znajduje się szansa by zostać zauważony. Jesteś obcy i nie należysz do naszej wspólnoty, ale grzecznie cię wysłuchamy. Oto szansa nomady.
Metafizyka. Wierzę w nadrzędną arbitralną rolę metafizyczności, ale dobrze zdawać sobie sprawę, że nie dotyczy to informacji. Metafizyka oferuje człowiekowi koncepcje, a jemu się marzy wiedza o Całości. Pozostaje mu, ponieważ nie ma innego rozwiązania, czerpanie satysfakcji z odkrywania drobiazgów i upajanie się mało znaczącymi detalami.
Jestem znudzony nic-nie-robieniem i jednocześnie irytuje mnie myśl o ilości wiedzy, do których nie mam i nigdy za życia nie będę miał dostępu. Nawet niezrównany mistrz wiedzy o mnogości informacji Franz Kafka, borykał się z tym problemem.
Na dobrą sprawę jedno o co naprawdę chodzi i w co wkładamy długie dziesiątki lat wysiłków, całe życie nieomal, sprowadza się do tego iż mamy nadzieję, że naszym ostatnim uczuciem tuż przed śmiercią będzie zachwycenie.
Całe życie przebierałem w magazynie pomysłów na życie jak w przysłowiowych ulęgałkach. Było pomysłów dużo i pomysłodawców wielu (ale żaden nie śmiał zasiąść przy Jankielu) i wszystkie dobre a niektóre nawet bardzo. Cóż, kiedy nic nie zainteresowało mnie dostatecznie silnie. Ileż to ja ról zagrałem sam przed sobą! Ileż razy byłem Zorbą!
Nie ma na świecie całym, bo się jeszcze się nie narodził i nie narodzi nigdy mężczyzna, który nie byłby winny wobec kobiety. Wina mężczyzny mimowolna jest, pierwotna i naturalna jak rosa, jak wiatr. Bowiem polega na tym, że w ogóle nie jest możliwe aby był tym i spełnił to, czego wymaga od niego kobieta. Jakie drzewo taki wiór, mężczyzna nie potrafi ponieważ męski Bóg popełnił prabłąd nie wyposażając go w zadawalające odpowiedzi na przyrodzone i naturalne kobiecie metafizyczne żądania. Kobieta jest bliżej, mężczyzna nie jest w ogóle.
Żadne koncepcje, żadne domyślanie się nie jest już możliwe. Co robić nie wiem. Może wcale nie trzeba wiedzieć, może nie trzeba codziennie odkrywać swojego przeznaczenia czy kontynentu? Takie gadanie bardziej podobne jest mitomanii, niż czego innego. Ale jeżeli w ogóle istnieje przeznaczenie, to musi przecież gdzieś konkretnie się dokonywać? Stara anegdota mi się przypomniała. Pełen cnót Żyd chciał modlitwą zmusić Boga, żeby mu do głowy zesłał szczęśliwe numery na loterię. Prosił prosił i nic nie wyprosił, wygrane numery się nie pojawiały i w końcu rozczarowany wygłosił w kierunku Boga swoje pretensje. Na to zakłopotany Bóg rzekł: Słuchaj, zrób coś dla mnie. Los chociaż kup!
Jaki jestem nie wiem, ale nie pozwolę żeby mnie zmieniano. To zdaje się Gombrowicz powiedział. Mam moje prawdy i wystarczy. To ciągłe strofowanie siebie, to wykrzywianie się na siebie w kółko, nie ma po prostu sensu. Z ręką na sercu, ile razy w życiu zastanawiałem się jakiego siebie wybrać do bycia? Jakiego urzeczywistnić? Nawet dziś, kiedy liżę dziewięćdziesiątkę, chciałbym być kim innym, ewentualnie tym samym tylko inaczej. Czy człowiek nie zafałszowuję samego siebie? Czy ja sam siebie nie wypaczam?
Czekanie. Śmieszne to czekanie. Lepiej czekać na prostej, czy na kole? Cechą tej elektronicznej epoki jest pomieszanie z zamieszaniem. Kto, kogo, czym, po co. Jaki wiór jaki dwór.
Andrzej Szmilichowski
