Bosjökloster_från_luften

Chęć bliższego poznania jeziora Ringsjö (jezioro pierścień) sprawiła że któregoś, pięknego i słonecznego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do środka Skanii. Nie przypuszczałam, że moja, maniacka wprost miłość do wszystkich jezior, poczęta jeszcze za czasów dzieciństwa nad brzegiem Skarbelka, przyczyni się do nowych doznań i odkryć.

Gdy dojeżdżaliśmy do miejsca przeznaczenia, wypatrywałam dużej wody i brzegów, tam gdzie mogłabym, choć trochę poprzebywać z jeziorem i powchłaniać jego spokój. Zapomniałam, że prawie zawsze, na drodze do celu, czekają przeszkody. Tak też stało się i tym razem, choć okazały się one ani przykre ani uciążliwe lecz urozmaicające naszą wycieczkę.  Nie mogąc znaleść drogi, prowadzącej nad samo jezioro, trafiliśmy na duży parking, zapchany po brzegi samochodami. Tuż za parkingiem ujrzeliśmy długą aleję a po obu jej stronach różnokolorowe cacka na czterech kółkach, ustawione jeden za drugim, niby łańcuch z drogocenną biżuterią. Z wielkim trudem udało się wreszcie wcisnąć nasze Volvo w jakąś wolną szczelinę na uboczu drogi i pobiegliśmy na aleję. Samochody interesują mnie na tyle o ile są pożyteczne; tak aby przemieszczały nas z miejsca na miejsce i nie zatruwały naturalnego środowiska.

Irytują mnie snoby naszpikowane całą masą luksusowych dodatków tylko po to aby imponować i wywyższać się nad innymi. Mam jednak słabość do weteranów motoryzacji, choć wiem – to są dopiero snoby! No, napracowały się dosyć swego czasu i mają za sobą pionierskie zasługi. Teraz mogą „szpanować”, gdy latem opuszczają swe garaże i ukazują się na drogach i na pokazach. Są piękne, wypieszczone w każdym detalu. Lśnią jakby dziś opuściły fabrykę i zachwycają kształtem, proporcjami i kolorami i co ważne jeżdżą nadal. Całkiem dobrze, z szybkością godną swej klasy. To, że nie trafiły na złomowiska, zawdzięczają ludziom, którzy je pokochali i poświęcili im dużo czasu, pracy i pieniędzy. Nie tylko poświęcili, ale poświęcają w dalszym ciągu. Nawet teraz, na zlocie widać tu i tam ciche postacie, tkwiące przy swoich pupilkach i majstrujące coś przy takim lub polerujące zawzięcie jego maskę. Zapomniałam na chwilę o celu naszej wycieczki. Szliśmy od samochodu do samochodu zafascynowani taką wystawą.

Zza drzew alei, coraz wyraźniej, prześwitały białe mury pięknych budowli i to obudziło moją ciekawość w tamtym kierunku. Tymbardziej, że ten zaczarowany korowód samochodowy zaczął rzednąć. Pomyślałam że może wreszcie zobaczę jezioro, ale jeszcze nie było mi to dane. Natsępny objekt mojej fascynacji (po drodze do jeziora) to zespół budynków byłego średniowiecznego klasztoru sióstr Benedyktynek, który nazywał się Bosie Closter albo Bosö Closter bo znajdował się na wysepce Bos, otoczonej ze wszystkich stron jeziorem Ringsjön (czyli jeziorem pierścieniem). Tak było kiedyś. Wszystko to wyczytałam z tablic, gdy znalazłam się w tamtejszym muzeum. Po klasztorze pozostało tylko niewielkie muzeum. Od roku 1536, gdy w Danii przeprowadzono reformację, zakon stracił prawo własności i wszystkie dobra klasztorne znalazły się w posiadaniu Państwa Duńskiego a następnie przechodziły w ręce kolejnych magnatów. Tak zakończył się byt  klasztoru, który słynął ze swego bogactwa i z papieskiego poparcia. Wiele panien spędziło tam swoje życie. Nie wiadomo, która z własnej woli, a która z rozkazu bogatych rodziców.

Klasztor powstał w roku 1100 i budowany był przez budowniczych z Lund. Najlepiej zachował się kościół klasztorny, zbudowany z tego samego piaskowca co katedra w Lund i, w wielu detalach, wzorowany na tej katedrze. Uderzyło mnie duże podobieństwo do kościoła w Gråmanstorp, ten sam romański styl, zwarty czteroczłonowy masyw z dość niską wieżą, choć budowany przez zakonników z Herrevadskloster. Piękne proporcje, takie widoki cieszą miłośników średniowiecznej architektury. Co ciekawe, że te dwa kościoły przetrwały reformację i nie zostały zniszczone, jak na przykład  wszystkie kościoły w Lund poza katedrą, którą przemianowano na kościół luterański. Najprawdopodobniej uratowano, w ten sposób i inne kościoły Skanii. Nowi, duńscy a następnie szwedzcy właściciele dbali o takie kościoły, odnawiali i fundowali drogocenne dary. W 1588 roku kościół klasztorny na Bos wysepce otrzymał nowy, piękny ołtarz. Darczynią była Birte Laxmand i jej mąż Peter Billes. Było wielu dawców, przeważnie nowi właściciele całego kompleksu klasztornego, który z czasem przekształcił  się w posiadłość pałacową z kościołem.

Wspomniałam nazwiska fundatorów ołtarza, z ważnego dla mnie powodu. Widok ołtarza przeniósł mnie myślami do Mariackiego Kościoła w Krakowie, do chwili gdy modliłam się przed Mariackim Ołtarzem, wspaniałym dziełem Wita Stwosza. Tam podziw, zachwyt i kontemplacja nad treścią całego pentaptyku, łączą się z modlitwą w jedną harmonijną całość. Może nieznany twórca ołtarza-tryptyku w kościele Bosie Closter, kierował się wzorcem  Ołtarza Mariackiego, który już od stu lat słynął sławą na całą średniowieczną Europę. Altarskåpet, dokładnie przetłumaczone na język polski, znaczy „ołtarz szafa”. Gdzie mu tam do stwoszowego przepychu, ale fakt, że ten kościół posiada taki podobny ołtarz, wyróżnia go od innych kościołów na tym terenie. Można też snuć przypuszczenia, że polski twórca tryptyków, Stanisław Stwosz, syn wielkiego rzeźbiarza -snycerza, przyczynił się do powstania „ołtarza szafy” w klasztorze Sióstr Benedyktynek. Nie jestem historykiem, więc czemu nie pozwolić sobie na odrobinę fantazji: może tak właśnie było? Szalenie lubię drążyć w głębinach faktów, wyszukiwać tego co jest ukryte, nie-  spostrzegane i nawet tajemnicze. Przeważnie rezultaty nie są imponujące, ale to mnie nie zraża. Przecież życie jest zabawą, raz miłą, raz bolesną, raz uciążliwą lecz Zabawek nigdy nie brakuje. Czasem udaje się spotkać wyjątkowe Zabawki.

Radość a często i głębsze uczucia wywołuje w nas przeżywanie piękna. Doznałam podobnych wrażeń oglądając wspaniały fresk przedatawijący świętą Apolonię- patronkę dentystów, w tym poklasztornym kościele. Jednak najwspanialszy jest dębowy krzyż z 1400 roku i nazywa się Tryumfujący Krucyfiks – „Triumfkrucifixet”. Twórca celowo ozdobił krzyż rzeźbionyni, też w drzewie, listkani, niby wyrastającymi z wnętrza krzyża. Jezus, z koroną cierniową na skroni, umiera na krzyżu, który  symbolizuje nie tylko śmierć ale również zapowiedź zwycięstwa nad śmiercią i radość z kiełkującego nowego życia.  Nigdy nie widziałam tak pięknego (z listkami) krzyża, który nie przygnębia, ale daje tyle nadziei. Opuściłam kościół w pogodnym nastroju…skoro są taaakie krzyże!  Znalazłam się na dużym podwórzu przedkościelnym, przepełnionym, jak w innych miejscach, szlachetnymi weteranami samochodowymi. Chwila podziwów i opisów wrażeń i następnie parę chwil w kilku pokojach zamkowych, udostępnionych zwiedzającym. Tam spotkałam się znowu ze starą znajomą, z portretu w zamku Malmöhus w Malmö. Ta sama kobieca postać – ta sama dama Nad och Dag. Odniosłam nawet wrażenie, że mrugnęła do mnie przyjaźnie. Nie pomogło mi to w dociekaniach nad pochodzeniem portretów. Tam, w Malmöhus, dama z uśmiechem podobnym do Mony Lizy jest żoną wysokiego urzędnika i najprawdopodobnej gospodynią zamczyska i nazywa się Barbro Nad och Dag. Tutaj, w Bosjökloster, ten sam portret, ta sama dama w komnacie zamku, a pod portretem widnieje napis: Anna Christina Persdotter – Nad och Dag. Gdyby nie to podobieństwo, mogłabym przypuszczać że chodzi o dwie różne osoby i gdyby nie to, że w tą sprawę jest zamieszana jeszcze jedna kobieta a mianowicie pani  Thale Ulfstand, która w 1560 roku stała się właścicielką Bosjökloster, na skutek transakcji wymiany z królem duńskim Frederykiem II. Thale oddała część swoich dóbr w Danii owemu królowi a w zamian otrzymała Bosjökloster. Była to bardzo majętna osoba i posiadała wiele zamków, między innymi Malmöhus, gdzie mieszkała. Wobec tego powinna nazywać się też Natt och Dag. Może te trzy kobiety miały jakieś powiązania rodzinne. Nie udało mi się wyjaśnić tajemnicy. Może odnajdę kiedyś moją znajomą lekarkę Luisę Natt och Dag (to nie dobrze, że ciągle przenoszą lekarzy z miejsca na inne miejsce) i dzięki niej uda się wyjaśnić powiązania trzech dam.

Obenie Bosjökloster należy do potomka bardzo starego rodu Bond’ów. Król szwedzki Karl Knutsson Bonde rządził krajem przez trzy kadencje, aż do swojej śmierci w 1470 roku. A losy klasztoru ciągle zmieniały się wraz ze zmianą właścicieli. Klasztor nie ucierpiał z racji takich zmian ani ciągłych sądowych procesów. Wszyscy kolejni właściciele budowali, rozbudowywali, remontowali i upiększali klasztor, przy pomocy znanych budowniczych. Dopiero w 1908 roku, po śmierci ówczesnego właściciela klasztoru-zamku, Lave Beck-Friis`a, sprzedano Bosjökloster hrabiemu Philip’owi Bonde i jego żonie hrabinie Annie Bonde. Ich wnuk Tord Bonde jest obecnym właścicielem Bosjökloster od roku 1969. To wszystko wyczytałam w dwóch broszurkach, nabrzmiałych ilością danych. Trochę, z nich, wyłuskałam dla siebie.

Teraz czas na jezioro, które ma też swoją historię i do tego ściśle związaną z historią klasztoru. Nazwa jeziora pochodzi z czasów gdy jego wody otaczały wysepkę Bos (Bos-ö) z klasztorem, ze wszystkich stron, dlatego nazwano jezioro: Pierścień-jezioro. Z czasem, gdy wody jeziora zaczęły opadać, wysepka uzyskała połączenie z lądem od północnej strony i stała się półwyspem. W 1860 roku wody jeziora opadły jeszcze niżej i to umożliwiło zbudowanie mostu nad wąskim pasmem przesmyku od strony południowej. Przebiega tu teraz droga nr.23, która łączy OSKARSHAMN,  poprzez: Växjö, Älmhult, Osby, Hässleholm i Höör z LUNDEM. Więc nie ma już wysepki, natura zadecydowała i  nazwa Bosö przeszła do historii. Powstała nowa nazwa dla klasztoru, właściwe dla obecnego pałacu z kościołem: Bosjökloster. Piękne jezioro jest teraz podzielone na Västra Ringsjön (zachodnie jezioro-pierścień) i Östra Ringsjön (wschodnie jezioro-pierścień). Nie spełnia już ono roli pierścienia. Mogłoby nazywać się teraz jeziorem-podkową bo otacza swymi wodami półwysep, dobrze jednak, że ma starą nazwę, to pozwala sięgać myślami w przeszłość i lepiej rozumieć teraźniejszość.

Wreszcie stanęłam nad wodą. Za plecami pozostał gwarny świat. Nic nie zdoła zagłuszyć naszej Ciszy. Ona w nas trwa, zaczarowana odbiciem wszechświata …

Teresa Järnström Kurowska

Z książki ”Moje spotkanie ze Skanią”. Wydawnictwo Polonica
Foto: Public Domain

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer