Ktoś z innego świata
Ktoś z innego świata trząsł moim ramieniem i gwałtownie domagał się żebym się obudził. Podniosłem głowę i otworzyłem oczy. Nade mną stał młody człowiek, którego natychmiast poznałem. W gimnazjum chodził do sąsiedniej klasy.
Był to wyjątkowo nieprzyjemny typ. Gburowaty jak rzadko. Zawsze ubrany w najnowsze zagraniczne ciuchy udawał, że wszystko wie i wszystko umie. Niejednokrotnie należało mu się, żeby chłopcy mu dokopali, ale oczywiście bali się to zrobić. Wiadomo było, że jego ojciec jest wysoko, bardzo wysoko. Mógł każdemu zaszkodzić, a nikt nie chciał przez jakiegoś bęcwała wylecieć ze szkoły. Miał na imię Fredek. Ale Fredek miał jedną zaletę, której myśmy nie mieli. Wszystkie dziewczęta leciały na niego jak muchy na lep. Bo też miał się czym chwalić. Posiadał wspaniałą, czarną brodę. Bród w szkole nie było wolno nosić, ale jemu jakoś pozwalano. I nikt się temu nie dziwił. Wiadomo, jak się ma ojca wysoko, może gdzieś w Domu Partii… Poza tym Fredek miał piękne, czarne, aksamitne oczy w których każda dziewczyna, jeśli w nie spojrzała, musiała się utopić. I nie on za dziewczętami chodził, tylko one za nim. To oczywiście zwiększało naszą niechęć do niego. Na lekcji historii potrafił wstać i powiedzieć, że tego o czym mówi nauczycielka nie ma w podręczniku. Nauczycielka natychmiast milkła i zmieniała temat wykładu. W ogóle Fredek zachowywał się jak gdyby miał za moment zostać dyrektorem szkoły. Zwracał kolegom uwagę, donosił kto pali papierosy w ubikacji i podstawiał najsłabszym nogę. Zawsze chodził sam po korytarzu. Z rękoma w kieszeniach, chudy, wysoki i wszyscy musieli mu z drogi ustępować. Nie był zresztą jedynym takim typem w szkole.
Najbardziej niezwykłym uczniem był Lalek Smolarczyk, barczysty, ze złamanym nosem i czarnymi złymi oczyma. Poznałem go na naszym podwórku. Przywołał mnie do siebie, miałem nie więcej, niż dziewięć lat i powiedział:
– Czy ty wiesz kto ja jestem?
– Kto? – zapytałem.
– Mój ojciec jest przewodniczącym wszystkich Żydów w Polsce!
Oczywiście zatkało mnie, ten fakt mnie obezwładnił. Po kilku dniach zaprosił mnie do swojego mieszkania na czwartym piętrze. Wszedłem onieśmielony do korytarza i przywitały mnie portrety przywódców. Nie spodziewałem się tego. Czułem się tak jakbym wszedł do muzeum, albo do kościoła. Lalek wyci¹gnął projektor filmowy przywieziony przez jego ojca prosto z Moskwy. Wyświetlał mi “Konika Garbuska” i “Kamienny kwiat”. Kręcił korbką przesuwając nieruchome obrazki. Wszystkie miały pod spodem rosyjskie napisy. Najbardziej podobał mi się “Kamienny kwiat”, historia przemienionych w kamienie kwiatów. Lalek powiedział, że technika radziecka jest najlepsza na świecie. Poszedłem do jego pokoju, gdzie na stoliku przykrytym czerwonym płótnem stały maleńkie popiersia Lenina i Stalina. Odśpiewaliśmy Międzynarodówkę. Później bawiliśmy się żołnierzykami ołowianymi. Kiedy dowiedział się, że nie umiem grać w szachy popatrzył na mnie z pogardą.
– W Związku Radzieckim – powiedział – wszyscy umieją grać w szachy.
Stał się moim idolem. Był silny, nieustraszony, wiedział wszystko i miał w domu wszystkie możliwe zabawki. Wreszcie straciłem go z oczu. Przeprowadził się do innej części miasta, bardziej szykownej. Jeszcze później, zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że stał się opozycjonistą, że krytykuje nasz ustrój. Bardzo mnie to zdziwiło, pamiętałem przecież jego zachwyt nad Związkiem Radzieckim i popiersia koryfeuszy na stoliku. Widziałem go chmurnego i napuszonego, gotowego podpalić cały świat. Wszystko jedno ten, czy tamten.
Spotkałem Lalka kiedyś na ulicy. Udałem, że go nie poznaję i przeszedłem na drugą stronę. Bałem się człowieka, który tak radykalnie przenicował się od wewnątrz. Czego można spodziewać się po takim człowieku? I idea odnowy zastanej rzeczywistości wydała mi się bzdurą, jeśli Lalek jej służył.
Alek to nic. Najprzedziwniejszym typem był Krzysztof. Chodził po korytarzy szkolnym zawsze w tych samych spodniach i oznajmiał wszem i wobec, że spodnie należą do jego Wujka, który był po prostu Prezydentem naszego całego państwa. Oczywiście nikt mu nie wierzył, chociaż Krzysztof miał porządny brzuch i mógł się spokojnie wpasować w spodnie dorosłego mężczyzny. Był poczciwy i dobroduszny i nikomu nie zawadzał, ale te spodnie wszystkich intrygowały. Naśmiewano się z niego i szarpano za nogawki. Jakież było nasze zdumienie, kiedy do naszej szkoły zawitał sam Prezydent. Niby przypadkiem i na krótko. Krzysztof od razu do niego podleciał i dawajże wspinać mu się na kolana. Cała szkoła zebrana na korytarzu szkolnym po prostu zamarła. Dyrektor odchodził od zmysłów. Czy padło temu Krzysztofowi na rozum? Ale okazało się, że Krzysztof rzeczywiście jest siostrzeńcem Prezydenta. Od tego czasu Krzysztof ze wszystkich przedmiotów miał same piątki. Nauczyciele szeptali, że jest wyjątkowo zdolnym chłopcem. I Krzysztof zaczął się uważać za geniusza. Spotkałem go później w Szwecji. Zapuścił wielką brodę a la Che Guevara i stał się trockista. Walczył teraz z komunizmem i kapitalizmem jednocześnie i nazywano go Moryc. Twierdził, że komunizm jest zbawieniem ludzkości, ale zniszczyła go biurokracja. I wszyscy mu wierzyli, bo było w nim coś tatusiowatego, a młodzież wiadomo, nawet ta najbardziej zbuntowana, szuka ojca.
Chodził ciągle w tych samych spodniach swojego wuja Prezydenta. Rozdawał ulotki gdzie tylko się dało, pod ambasadą hiszpańską przeciwko Generałowi Franko, pod sowiecką przeciwko Generalnemu Sekretarzowi Breżniewowi… Gdyby mu dać w ręce bomby to by nimi rzucał. Był zaangażowany jak mało kto i jeszcze miał siłę, żeby studiować ekonomię na uniwersytecie. Studiował ekonomię po to, żeby lepiej poznać mechanizmy kierujące kapitalizmem. I socjalizmem oczywiście też. Tak więc Moryc walczył z całym światem i aż dziw, że przez te lata nic mu się nie stało, że żaden wróg nie rozbił mu głowy, a policja nie aresztowała.
Nagle stał się cud nad cudy. W Polsce wybuchła gigantyczna rewolta robotnicza, przeciwko rządzącej biurokracji jak twierdził Krzysztof. Oczywiście natychmiast tam pojechał, żeby organizować komórki trockistowskie. Kilka podobno zorganizował, ale wyjechał równie szybko, kiedy wprowadzono tam stan wojenny.
W Sztokholmie przycichł. Zaczął pisać pracę doktorską o rewolcie w Polsce. Zdjął z siebie spodnie Prezydenta i przestał rozdawać ulotki. O przemawianiu w sprawach rewolucji już nawet mowy nie było. Krzysztof stał się innym człowiekiem. Cichy, zadumany, już na ulicy nie poznawał swoich przyjaciół trockistów. Schudł i nie opowiadał już o zgniliźnie biurokracji. Na coś czekał, do czegoś się przygotowywał. I nagle wybuchł w Polsce kapitalizm. Taki prawdziwy, z wyzyskiem, prywatną własnością i prywatnymi bankami. W Krzysztofa jak gdyby nowy duch wstąpił. Twarz mu się zaróżowiła, brzuch zaokrąglił. Włożył wyświechtane spodnie Prezydenta i pojechał znów do Polski. Po prostu Krzysztof stał się kapitalistą. I to kapitalista kompetentnym.
W końcu o kapitalizmie wiedział wszystko. Przecież z nim walczył, a wroga zna się najlepiej. Robił pieniądze na handlu naftą i na przewozie pasażerów statkami. Był wszędzie i zawsze tam, gdzie trzeba było być i oczywiście tam gdzie były pieniądze, które zdobywał z tym samym zapałem z którym demonstrował w Sztokholmie. Nie bez znaczenia w jego kapitalistycznym pochodzie był fakt, że miał wszędzie doskonałe znajomości i dojścia. Przyjaciele byłego Prezydenta nigdy nie omieszkali mu pomóc. Nikt nie wiedział jak to się mogło stać, że z rewolucjonisty przemienił się w kapitalistę.
W tym była sprzeczność, której chyba on sam nie rozumiał. A może po prostu zawsze szedł na fali tego co go niosło do przodu, a intuicja nigdy go nie zawiodła na co ma postawić. W Sztokholmie dzięki swojemu trockizmowi miał wielu przyjaciół i znakomite kontakty, w Polsce pieniądze i uznanie ludzkie. Ale dlaczego bratanek Prezydenta kiedyś wyjechał z Polski? Z pewnością na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Dziś zastanawiam się jak to jest możliwe, że synowie bonzów partyjnych tak szybko zmienili swoje poglądy? Czy dlatego, że mieli być następcami swoich ojców? Chodzili do najlepszych szkół, uczyli się języków, jeździli za granicę i byli bardzo ważni. I nagle zmienili się o sto osiemdziesiąt stopni. Stali się przeciwnikami swoich ojców, mało tego, opluwali ich. Ustrój im się przestał podobać, partia i w ogóle wszystko. Tak, jak gdyby mieli jakąś inną rzeczywistość, do której my, młodzieżowe pospólstwo, nie mieliśmy dostępu. Znów byli ważni, znów byli w awangardzie. Wiedzieli więcej od nas, bo mieli dostęp do książek, do których my nie mieliśmy żadnego dojścia. Mieli przecież bardzo wysoko ojców, którzy mogli załatwić wszystko, nawet przedzierzgnięcie się swoich synów w opozycjonistów. Niewiele z tego rozumiałem, ale mierziło mnie to. Postanowiłem być najzwyczajniejszym obserwatorem i nie angażować się. Bałem się, bo nie wiedziałem kto jest kłamcą, a kto mówi prawdę.
Michał Moszkowicz
