Hovdala w dolinie bogów
Byłam tam. Piękna dolina u brzegów jeziora Finja… jest Bajkowy zamek, za mostkiem wyschłej fosy… jest…. Przed mostkiem plac z budynkami gospodarczymi i przy nich „nieśmiertelna” wieża obronna… są. Wszystko, jak zapowiada folder, ale „bogów” ani śladu. Kamienie ofiarne, pozostawione tutaj, świadczą o dawnych pogańskich kultach, więc „bogowie” tu byli kiedyś.
Mijają wieki, wszystko przepada, ale kamienie pamiętają i świadczą jak służyły bogom i okrutnej ludzkiej wyobraźni. Te kamienie spotykam często podczas moich wędrówek po Skanii. Zawsze przypominają mi o męczarniach ludzi poddawanych ofiarnym praktykom. Pretekstów nadal nie brakuje, tylko inne były kiedyś, przed wiekami a inne są w naszych czasach. I „bogowie” są inni albo wogóle ich nie ma. Nazwa „dolina bogów” (Gudarnas dal) była rozpowszechniona w rodzinie Ehrenborg’ów, posiadaczy Hovdala, nie tylko ze względu na swoją ponurą przeszłość. Piękno natury, zielone zbocza, niby boskie ramiona otaczające gród, bliskość lasów i wód jeziora Finja może kojarzyć się z urodą i łaskawością bogów (ale to już bardziej zhumanizowanych – może jak np. rzymscy, swego czasu). W 1971 roku, ostatni z właścicieli zamku Hovdala, Casimir Ehrenborg odwiedził swój rodzinny dom i przekazał wiele wiadomości historycznych i legendarnych o swojej rodzinie i o losach grodu. Ehrenborgowie wywodzą się od duńskiego szlachcica Jensa Michelsena, który w 1654 roku stał się właścicielem Hovdala.
Początkowo, będąc na służbie króla duńskiego Christiana IV, popierał władzę duńską i wysiłki Duńczyków w utrzymaniu tej władzy na terenach Skanii. Po zawarciu pokoju między Szwecją a Danią (w 1658 roku), król szwedzki Karl X Gustaf zarządził aby szlachta duńska, na terenie Skanii, zgłosiła się do ratusza w Malmö i tam zaprzysięgła wierność, jemu i Królestwu Szwecji. Jens Michelsen, nie chcąc opuszczać Hovdala i uciekać do Danii, poddał się woli nowego władcy i od tego czasu lojalnie popierał działania wojsk szwedzkich. Spowodowało to zniszczenie i utratę Hovdala na pewien czas. W 1678 roku snapphanar ( słynni partyzanci miejscowi) splądrowali doszczętnie Hovdala. Została tylko wieża obronna, wśród zgliszczy. Jens Michelsen uciekł podziemnym korytarzem, przed niechybną śmiercią. Po takiej klęsce, gotów był opuścić Skanię i powrócić do Danii. Wtedy szwedzki król Karl XI, pomógł mu zorganizować wojsko i stoczyć zwycięską walkę z wojskami partyzantskimi koło Ignaberga. Z tamtych czasów pochodzi (wystawiona teraz na pokaz) piękna inkrustowana strzelba, którą Michelsen odzyskał, po bitwie. Strzelbę tą zrabował znany snapphane Lille Mats, podczas napadu na Hovdala Slott. Mijały czasy zbrojnego oporu przeciw Szwedom w Skanii. Lille Mats zginął z rąk dragonów podczas walk pod Ingaberga. Inni przywódcy snapphan’ów i na ich czele słynny Severin i jego podwładni, zostali pojmani i skazani na śmierć przez nabicie na pal (z dokładnym opisem w jaki, wyrafinowany sposób, ma być wykonana kara). Wielu ludzi, nawet niewinnych, ginęło wtedy w okropnych męczarniach.
Na chwilę muszę przerwać moje opowiadanie. Nie mogę powstrzymać się od refleksji: a teraz?.. Niejeden mały chłopiec wyrywa nogi żabce, czy musze, oślepia kocięta albo obcina im ogonki, niejeden duży chłopiec kaleczy konie pasące się na łące i jeśli ma samochód, to przyspiesza jazdę aby zdążyć najechać przebiegające szosę zwierzęta, inny bardzo duży chłopiec, jeśli jest reżyserem to tworzy filmy z oczekiwanym „dreszczykiem”, gdzie odbywają się sceny „mrożące krew w żyłach”, albo, jeśli nim nie jest – daje upust swym żądzom znęcając się nad dzieckiem czy żoną, wywołuje bójki, napada, gwałci i zabija. Bardzo często, pod pretekstem dzielnego żołnierza dokonuje zbrodni mordu na bezbronnej ludności. Duchy ofiar drugiej wojny światowej i wielu następnych małych wojen, krążą nad nami, są blisko, na odległość dotyku. Nic się nie zmieniliśmy! Nie mogę pozbyć się myśli: dlaczego natura człowieka nie przyjęła posłannictwa Jezusa Chrystusa?, czy w każdym z nas drzemie potwór, który budzi się w sprzyjających ku temu warunkach?… Może tymi sprawami powinni się zająć egzorcyści, skoro mają taką moc w sobie aby „wypędzać djabła” ze stresowanych dusz i ciał dziewcząt? Byłoby to z większym pożytkiem dla ludzkości……..
Wojny między Szwecją i Danią, masa bitew stoczonych w Skanii to okres tryumfu potworów. Przede wszystkim król Karol XI, pozytywnie przedstawiany jako wielki gospodarz kraju, zasłynął ze szczególnego okrucieństwa nad pojmanymi członkami oporu duńskiego, nad mieszkańcami Skanii, którzy popierali Duńczyków lub byli do tego zmuszani. Jego żołnierze palili wioski i mordowali kobiety i dzieci. I ten sam król, potrafił okazać przyjaźń i poparcie dla Jensena Michelsena, duńskiego właściciela zamku Hovdala. W wyniku czego Jens Michelsen, wrócił do grodu i rozpoczął jego odbudowę. W 1687 roku otrzymał tytuł szlachecki i nowe nazwisko Ehrenborg. Tak to rozpoczął się trzystoletni okres panowania rodu Ehrenborgów na zamku Howdala. Dobre to były czasy, korzystne dla rozwijającej się rodziny Jensa i dla pracującej, 300 osobowej załogi, służącej na zamku. Opowiadanie Casimira Ehrenborga, zawarte w książeczce „Hovdala Slott” (Thore Brogårdh, Vittsjö), jest bardzo szczegółowe i posiada wiele ważnych historycznych momentów, o których już wspomniałam. Opis gospodarki dworu jest też dokładny. Można wnioskować, że dwór był w dużej mierze samowystarczalny. Posiadał, o 1km oddalony od zamku, młyn wodny: „Hammarmöllan”, przy rzeczce Hovdalaån, gdzie wyrabiano miedziane żetony i gdzie znajdował się również tartak. Wspomniane żetony (dagsverkspolletter) można nazwać walutą pracowników w Howdala, posiadały one różne kształty (okrągłe, prostokątne). Różne litery wybite na powierzchni oznaczały płeć a nawet wiek pracującej osoby, jak np. QD – Quinnodagsverke = dniówka kobiety, czy KD – Karladagsverke = dniówka mężczyzny i inne jak woźnicy, dziadka, służącej, chłopaka i dziewczynki. Jak widać system był rozbudowany i uporządkowany. Wszystkie żetony miały wybite również inycjały ówczesnego pana na zamku CE = Casper Ehrenborg. Można było te żetony wliczać w pobory, można było za nie nabywać towary w zamkowym sklepie lub zamawiać przez biuro zamkowe. W 1860 roku zakończyła się era żetonów i działalność „mennicy” Hammarmöllan ustała. Działalność innego młyna, przy rzeczce Filesjöbäcken, gdzie mielono ziarna na mąkę i na kaszę, przetrwała dużo dłużej. Młyn ten też był dziełem Majora Caspra Ehrenborga i został zbudowany w 1804 roku. Do dziś jeszcze można go oglądać (na zdjęciu), trochę sfatygowany ale godny podziwu.
Z opowieści Casimira Ehrenberga wynika, że niczego, państwu i załodze grodu, nie brakowało. Produkty rolne były na miejscu a częste polowania dostarczały dodatkowo specjałów dziczyzny. Czasami w takim polowaniu uczestniczyło 35 myśliwych. Hovdala posiadała 24 psów myśliwskich, potrzebnych do tak szeroko zakrojonych polowań. Był też główny myśliwy Christoffer Götrick,
specjalista nie tylko od polowań, gdyż uważano go za czarodzieja. Posiadał „svartkonstbok” – czarnej sztuki księgę, za pomocą której mógł wyczarować cietrzewie, kuropatry, sarny i inną zwierzynę leśną, na zawołanie myśliwych. Musiał mieć duże zasługi bo na jego piersi (foto) widnieją medale, za długą (od 1820 roku) i wierną służbę w Hovdala. Opowieści Casimira Ehrenberga są przyprawione sporą dozą nadprzyrodzonych zjawisk, jakie zdarzały się na zamku i jakie spotykały jego rodzinę. Autor, z całą powagą opowiada o dziwnym zjawisku, jakiego był świadkiem. Gdy jego rodzice wyjeżdżali brzyczką konną do Hässleholmu i zbliżał się czas ich powrotu, domownicy słyszeli odgłos zajeżdżającego pod dom powozu i charakterystyczne dla woźnicy: prrr, prrr. Po wyjściu na ganek okazywało się, że nie ma nikogo przed zamkiem. Dopiero po pięciu minutach powóz pojawiał się na dziedzińcu. Casimir twierdzi, że czas zawsze był ten sam. Dziwnych zdarzeń nie brakowało na dworze. Pojawiała się biała dama, rycerz na czarnym koniu, zakonnik czy stary krasnal. Najgorszym ze wszystkich był „lille grå mannen”. Zawsze zapowiadał on zmartwienia lub śmierć. Ojciec Casimira, tuż przed swą śmiercią, widział „małego szarego człowieka”. Uderza mnie określenie „grå” – szary.
Pisałam już o Gråmanstorp (wioska Szarego człowieka wioska) i niewyjaśnionym pochodzeniu nazwy tej wioski. Przewiduję jakiś związek w określeniu „grå”. Może uda mi się kiedyś wyjaśnić tą tajemnicę. Do moich dedektywistycznych dociekań dołączyła jeszcze postać króla szwedzkiego, Karola XI. Jak już wspomniałam był on dobrym gospodarzem państwa, starał się wszystko sam dopatrzyć i sprawdzić. W książce: Historia för folkskolan, z 1955 roku, wspomina się o króla samotnych konnych wypadach, odzianego w szarą pelerynę. Podaje się nawet tytuł książki, o tych królewskich inspekcjach: „Från Gråkappans färder”. Dopiero teraz mam dylemat: czy lud Skanii (wraz z królem)lubował się w kolorze szarym i wszędzie preferował ten kolor? Czy król specjalnie obrał kolor szary swego okrycia, bo chciał aby go brano za zakonnika. Co robił, w takim razie, w Gråmanstorp i dlaczego okazywał się w Hovdala jako „mały szary człowiek”. Może straszył ludzi, swymi najazdami, do tego stopnia, że wszędzie widzieli szarą postać. Chyba to wszystko nie ma żadnego związku, ale kusi, oj kusi, przygodą tropienia i … szarym kolorem.
Teraz w Zamku Hovdala duchy już nie straszą. Rodzina Ehrenborg’ów opuściła zamek w latach sześćdziesiątych ub. Stulecia. Państwo Szwedzkie i Gmina Hässleholm przejęły cały gród na mąż Sune i mój syn Tomek. Mieliśmy odnaleźć i poznać Hovdala. Kierunek wytyczony: Jezioro Finja – Finjasjön koło Hässleholmu. Obraliśmy drogę zaznaczoną na mapie cieniutką linią, która prowadzi do zamku, omijając dojazd przez miasto. Hovdala znajduje się przy południowym końcu jeziora. Pokonując pagórki i doliny, wśród gęstego lasu, na wiejskiej, prawie dzikiej drodze, trudno było uwierzyć, że gdzieś tu, w pobliżu powinien znajdować się zamek. Uspokoił nas uprzejmy rowerzysta – mieliśmy śmiało jechać do przodu. Gdy wreszcie „przedarliśmy” się przez las i wyjechaliśmy na otwarte wzgórze, gdzie, jak mniemaliśmy, powinien znajdować się zamek, nie dostrzegliśmy żadnych budowli. Dopiero gdy zwróciliśmy spojrzenia w lewo, ujrzeliśmy cały zamek i wszystkie jego zabudowania, położone głęboko w rozległej dolinie. Nigdy przedtem nie widziałam zamku, tak ukrytego w najniższym miejscu terenu. Później dowiedziałam się, że pierwszy Hovdala znajdował się na jednym z pagórków, ale spłonął i wtedy w latach 1500 budowano nowy gród w tym miejscu, w którym obecnie znajduje się, wykorzystując blisko położone wody jeziora Finja na nawodnienie fosy, otaczającej zamek. Było to możliwe dzięki takiemu położeniu zamku. Dobrze ukryty i pięknie położony – nasze pierwsze komentarze.
Zjechaliśmy na dół i ustawiliśmy nasz samochód, na polnej drodze wśród innych. Trudno było się zorientować w wyborze kierunku zwiedzania. Po chwili namysłu postanowiliśmy pójść w kierunku bardzo starego o znanego objektu, którym jest biała wieża obronna i wjazdowa na teren grodu. Wieża pochodzi z 1599 roku i świetnie się zachowała aż do naszych czasów. Inni zwiedzający ustawili swoje samochody na dalszym odcinku drogi aby łatwiej dotrzeć do budynków mieszkalnych zamku, inni kierowali się do najdalej położonej oranżerii. My znaleźliśmy się na ogromnym podwórcu, porośniętym trawą, z widokiem na zamek, w głębi. Tuż przy wieży znajduje się małe pomieszczenie gospodarcze, które zamieniono na muzeum i tam właśnie jest zejście do korytarza podziemnego, którym Jens Michelsen uciekał przed snapphanar’nami i dotarł nad jezioro Finja. Po obu stronach podwórca znajdują się dwa podłużne budynki, które służyły kiedyś jako obory dla zwierząt. Budynek po naszej prawej stronie jest odnowiony i zagospodarowany na szeroką skalę, może pomieścić dużą liczbę turystów. Na jednym końcu korytarza jest obszerna kafeteria, potem cały szereg toalet ( to zapobiega kolejkom wyczekujących cierpiętników). Wszędzie jest czysto i estetycznie. Po środku korytarza, eleganckie wejście zaprasza do pięknej restauracji. Na drugim końcu budynku znajduje się sklep z pamiątkami, jest tam wystawiona, za szkłem, strzelba Lille Mats’a, można zaopatrzyć się tam w broszury i uzyskać wiele informacji dot. Hovdala. Odpoczynek zapewniają też ławeczki i stoliki wystawione na dworze. Nikt tutaj nie czuje
się zmęczony czy zziajany zwiedzaniem. Odczuwa się atmosferę swobody i spokoju. Dawno temu gdy byłam na tak udanej wycieczce. Aby dojść do zamku, trzeba przejść po moście nad ogromnym rowem, który był kiedyś fosą, chroniącą zamek przed napaścią nieprzyjaciela. Ta fosa istniała do l800 roku. Jezioro Finja zaopatrywało ją w wodę. Gdy poziom wód w jeziorze zaczął obniżać się, naturalnym biegiem zmian w przyrodzie, fosa zaczęła wysychać. Dziś już tylko wgłębienie wokół zamku nawiązuje do przeszłości. Mostek nadal prowadzi do bramy wejściowej na dziedziniec zamkowy. Trzy budynki otaczają go w kształcie podkowy. Zdążyliśmy tylko zerknąć, przez światło bramy i wycofaliśmy się dyskretnie by nie przeszkadzać chórowi studentów z uniwersytetu Lund w ich popisie. Latem odbywają się tutaj przeróżne imprezy i w oranżerii wystawy. Folder programowy „Sommarprogram 2008” zapowiada np. 7 wieczorów opowiadań – („7 berättaraftrar”), koncerty, wystawy kwiatów, oprowadzanie po mieszkaniu zamkowym i na zakończenie sezonu – uroczystości dożynkowe. Sezon trwa od 1 maja do dożynek 21 września. Jeśli ehrenborskie duchy mieszkają jeszcze w zamku Hovdala, to z pewnością siedzą cicho, wstydliwie pochowane w kątach. Ich sztuczki nie mają już szansy by komuś zaimponować albo kogoś przestraszyć. A to dzięki pomysłom i staraniom wspaniałej kierowniczki grodu Inger Torebo i jej załodze.
Odnoszę wrażenie, że każdy, kto był tutaj raz, chce wrócić aby zdążyć jeszcze na ostatni w tym roku wieczór opowiadań 4 sierpnia, lub niedzielny koncert holenderskiej orkiestry „Haydn Youth String Orchestra” – 10 sierpnia, czy „Hovdalanatten” (jarmark zakończony koncertem) – 17 sierpnia. Odwiedzić też oranżerię jeszcze raz, odnale*ć, gdzieś schowane w lesie ruiny… Biblioteki i zobaczyć położony w pobliżu, wybudowany w 2006 roku „Hovdala trähus” – drewniany dom Hovdala. Jest to architektoniczna nowość. Nazwano ten dom domem przyszłości, wybudowanym na prawach natury. Broszura podaje, że dom jest umieszczony 5 metrów nad ziemią, z pięknym widokiem na jezioro Finja, posiada pomieszczenia przeznaczone na konferencje, ale również posiada restaurację i daje możność relaksu wśród licznych drzew. Mam nadzieję, że tam wrócę. Dzień spędzony w Hovdala zaliczam do pięknych i pouczających a spotkanie, tam, z dwoma paniami Polkami (jedna ze Sztokholmu i druga z Malmö), do swojskiego promyczka radości. Może, może odwiedzą mnie kiedyś.
Teresa Järnström Kurowska
