Norweski sweter
25
Czy opuściłem Polskę? Wcale jej nie opuściłem, piszę po polsku, myślę po polsku, mówię po polsku. Gdybym na pytanie, czy żałuję, odpowiedział twierdząco, znaczyłoby, że zrobiłem źle, wyjeżdżając, a to nieprawda – zrobiłem dobrze. Prawdopodobnie pozostawszy w kraju bardziej bym żałował, że nie wyjechałem, niż to, że Polskę opuściłem. Czego żałowałem, to że o dziesięć lat za późno.
Byłem trzydziestopięcioletnim facetem, gdy 22 lipca 1973 roku zsiadłem z promu m/s Wawel, łajby, która pływając przeczyła zdrowemu rozsądkowi, bo dawno powinna była pójść na żyletki.
Mówię „nie żałowałem”, ale to nie cała prawda i jest ku temu parę powodów. Jestem „na Zachodzie” podwójnie obcy – przez język i przez kulturę wschodniej Europy. To dziś nie jest już takim problemem, ale długo było. Trudno było sobie z tym poradzić tak mnie, jak i Szwedom. Inaczej mówiąc – dojść do ładu z tym, co ja wiem i znam z detalami z autopsji, a czego wszyscy oni nie wiedzieli, a wydawało im się, że wiedzą doskonale, tylko ja nie jestem obiektywny i przesadzam. TAM nie może być przecież aż tak źle!
Gdy mieszkałem w kraju, pomiędzy mną a Polską było pełne porozumienie. Byłem członkiem tego społeczeństwa i doświadczałem, czego doświadczali wszyscy. Tutaj moje doświadczenia i ogólna wiedza obracały się częstokroć przeciw mnie. I tak się życie toczyło, nie ujmując ani grama mojej sięgającej daleko poza pół wieku sympatii do Szwecji i Szwedów.
Był rok chyba 1952 lub 1953, gdy spacerując po Skwerze Kościuszki zobaczyłem mały rybacki kuter, zacumowany przy nabrzeżu. Przygnał go do Gdyni sztorm, a rybaków pilnował – a jakże! – żołnierz z karabinem, bo to był szwedzki kuter. Na pokładzie siedział człowiek w cudownym norweskim swetrze i łatał sieci. Raptem odłożył sieć, wyprostował się, przeciągnął, wyjął papierosa i jedną zapałką, tuląc ją w dłoniach, podpalił papierosa przy sztormowej pogodzie! Wszystko to naraz – kuter, sweter, papieros – rozpaliło moją sympatię do Szwecji i Szwedów, która trwa po dzień dzisiejszy.
Przeczytałem to gdzieś i zanotowałem ku pamięci, bo interesujące. Otóż autor pisał, że człowiek zawiera się w trzech płaszczyznach: infra-culturel (kiedy był jeszcze materiałem, przygotowywanym do projektu „człowiek”), pre-culturel (już był człowiekiem, ale jeszcze nie miał kultury) i culturel.
Dobre, ale jakoś mi to nie wystarcza, chciałbym wiedzieć więcej, zatem mam pytanie: gdy zająłem się mistyką, a zająłem się nią bardzo gorliwie – czy zostałem rodzajem anioła? Piszę to specjalnie tak wyraźnie, żeby uzmysłowić drogiemu Czytelnikowi, jak bliska i prosta jest droga do schizofrenii. Ziemia i niebo, po prostu wszystko, to części tej samej kosmicznej substancji, ale dopóki mam ręce, nogi i całą resztę przynależę jednak do Ziemi. Takie mamy ze sobą porozumienie i tego się trzymam.
Czy jestem ambitny? Myślę, że tak, myślę że jestem człowiekiem ambitnym, ale tylko tyle – dalej stop! Człowiek nie może „czuć” swojej ambicji, nie może o niej wiedzieć. Gdyby „wiedział”, że jest ambitny, gdyby ją znał, z tą chwilą przestałby być ambitnym. Najlepiej mieć zawsze i na stałe zmysł prawdy. Zmysł, który odróżnia ważne od mniej ważnego, pozory od głębi, chwilę od trwania.
Życie nie jawi mi się już jako „ciąg dalszy nastąpi”, a przecież powinno. Mam silne wrażenie, że trzymam moje życie w ręku jak otwartą książkę. Książkę prawie już przeczytaną. Został jeden rozdział, ale mogę położyć rękę na czwartej stronie okładki. To jest jednak już uformowana całość, coś skończonego, gdzie nanosi się już tylko mało znaczące poprawki. Jest jak wtedy, w Kirunie, gdy zadzierając głowę patrzyłem ogromnemu łosiowi prosto w pysk i wcale się nie bałem.
Spokojnie, bez żalów, tragizmu czy goryczy patrzę losowi prosto w pysk i mam tylko jedną prośbę – żeby nie było pustki. Biorę wszystko jak leci, ale chciałbym to robić w zgodzie ze sobą samym i jednak „coś” dalej. Ech! Zamiast marnować siły na darmo i męczyć się nieznanym, zajmę się czymś widzialnym, sprawdzalnym i pożytecznym. Ugotuję sobie zupę!
Na pewno jakoś będzie. Jak zawsze. Nie boję się pustki. Pustki nie ma. Co męczy, to kontinuum życia. To znaczy wypadki i zdarzenia. Prawda zaś jest taka, że świat naprawdę nigdy nie został ani nie będzie obłaskawiony. A jeśli, to tylko pozornie i na moment. Mam świadomość, że to, co piszę, jest przesadzone, ale nic to – wszak człowiek boi się wszystkiego. Tego, co wie i tego, czego nie wie.
Stale staramy się udowodnić, że konflikt nie istnieje i to sprawia kłopot, bowiem to niewłaściwy sposób załatwiania spraw. Boimy się konfliktu i uciekamy przed nim, usilnie pragnąc sobie udowodnić, że życie jest przecież takie łatwe! Nie ma tragedii, to tylko pomyłka, a walec nieustępliwie się toczy.
Jesteśmy miażdżeni walcem odpowiedzialności za swoje życie z taką intensywnością, z jaką nie powinniśmy, gdyby chodziło tylko o pomyłkę. Naturalnie – istnieje przyjaźń, naturalnie – istnieje zaufanie, naturalnie – istnieję ja.
Naturalnie, ale to jest bardzo kruche, metafora zawsze stroi się balowo.
Andrzej Szmilichowski
