Bolek był łajdus
Długoletnie obserwacje sugerują, że w życiu najczęściej bywa tak, że krytyką nie zajmują się ludzie, którzy dużo pracują, gdyż nie mają na to po prostu czasu. Krytykują ci, co robią niewiele lub zgoła nic.
Otóż przeczytałem dla siebie, ale po części także dla Ciebie, książkę Doroty Masłowskiej (tak, to ta autorka sensacyjnego przed laty bestsellera Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną), zatytułowaną Magiczna rana.
A zatem ledwie nadążając pędzę za Masłowską i jej bohaterami, a przed oczami przesuwa mi się kawalkada osobliwych postaci. Taki współczesny gabinet figur woskowych Madame Tussauds, ale nie z Londynu, a z Warszawy, a może z rodzinnego miasta Autorki, znanego mi Wejherowa? Szeregi dziewczyn w pełnej rozsypce, napakowani bywalcy, siłek, matoły z różnych stron politycznego parnasu, czy kur…, przepraszam, pracownice publicznej użyteczności.
Postacie, napędzane nie zawsze zrozumiałymi pasjami i wypełnione wygórowanymi ambicjami, najczęściej przy ich pozycji i poziomie talentu z niemożliwymi do spełnienia ambicjami i niezaspokojonymi pragnieniami. Masłowska tropi popkulturowe schematy i daje miejsce językowemu manieryzmowi, tworząc sztuczny – może rzeczywisty, co ja wiem na ten temat? – świat nieomal surrealistycznych scenariuszy.
Zabawna, jednocześnie trochę obłąkana opowieść, miejscami śmiertelnie poważnie chwytająca spory kawał dzisiejszej, nie tylko polskiej, rzeczywistości. Byłbym ślepcem, gdybym nie zauważył i nie docenił talentu i mistrzostwa Autorki do barwnej i wnikliwej obserwacji, ale co rusz, niestety, odpadam z tak zwanych „oczywistych powodów”.
Mówiąc otwarcie i z niefałszowanym żalem, Masłowska jest tak oddalona ode mnie i moich tradycyjnych literackich wyobrażeń, jak nie przymierzając ja od dzieł Sienkiewicza, Prusa, Reymonta, czy Dąbrowskiej. Czas jest surowym i nieubłagalnym sędzią.
Kiedy zakończono wreszcie przedłużającą się latami odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, ówczesnym i zarazem pierwszym dyrektorem był zmarły w 1999 roku profesor Aleksander Gieysztor. Ten wybitny historyk, mediewista, powstaniec i profesor Uniwersytetu Warszawskiego oznajmił pewnego dnia swoim współpracownikom, że odbudowa Zamku została wreszcie naprawdę zakończona i widać, że przedsięwzięcie się udało, bo do Zamku powrócił duch. Czy widział on ducha osobiście, czy mu ktoś powiedział – tego profesor nie wyjawił.
Historia, którą pragnę opowiedzieć, była jak na owe czasy dość banalna i wcale nie tragiczna, bowiem wszystko działo się w XV wieku. Historycznie Mazowsze po rozdrobnieniu dzielnicowym państwa było wówczas nadal autonomiczne, niezależne od Korony i w ogóle kogokolwiek, zaś zamek spełniał rolę jednej z rezydencji książąt mazowieckich.
Świeżo wzniesiony, modny i bardzo gotycki zamek wznosił się na wysokim, urwistym brzegu rzeki, która parę książęcą dosłownie urzekła. Szeroka, wiosną zalewająca łąki i pola rzeka wyglądała jak morze. Na zachód, w stronę Sochaczewa, rozpoczynała się wielka puszcza z turami i żubrami, a koło Białego Miasta, zwanego przez niektórych Kampinosem, gdy nadchodziła surowa zima, liczne wilcze watahy były poważnym zagrożeniem dla podróżujących, zwłaszcza dla ich koni.
Książę Mazowiecki, Bolesław był – oględnie mówiąc – człowiekiem trudnego charakteru. Uparty, porywczy, łatwo wpadający w złość, słowem – przeciwieństwo zamyślonej, zamglonej i często jakby nieobecnej księżnej Anny. Byli stadłem, można śmiało rzec, mało dobranym.
Pewnego dnia książę oznajmił, że wyrusza „na jelenia”, co powiedziawszy udał, że całuje żonę i odgalopował ze swoją wierną drużyną. To wtedy księżna kazała wprowadzić nieznajomego młodego rycerza, długo czekającego w izbie obok na widzenie, a gdy wszedł, udała, że jej się zupełnie, ale to nic a nic, nie podoba. Tak dodając jedno do drugiego, oraz to że książę często był żywo bardziej zainteresowany zamieszkującymi przyległe bory leśniczankami, niż jeleniami, na drzewie życia księżnej Anny pojawił się grzech z gatunku ciężkich.
Dalej historia potoczyła się znanym, można rzec banalnym, ale finalnie tragicznym torem. Książę dowiedział się o zdradzie i zgodnie ze starym i szanowanym ogólnie zwyczajem zabił młodego rycerza, a niewierną żonę udusił.
Cóż pozostało biednej księżnej Annie? Być może wtedy, w poczuciu swej białogłowej niewinności i w ramach odwetu, powzięła decyzję pokazywania się po wsze czasy nocami na zamkowych korytarzach? Motywów ducha księżnej nie znamy, ale mamy porządny, bo z duchem (a nie ze smokiem, jak u krakaureów!) – Zamek.
Historię o księciu Bolesławie i księżnej Annie usłyszałem od dr Małgorzaty Szafrańskiej, długoletniej pracownicy Zamku i projektantki ogrodów zamkowych na wiślanej skarpie, a mojej wieloletniej przyjaciółki i towarzyszki na szlakach poznawania eterycznych rzeczywistości. Historyczne miejsce i bardzo ciekawi ludzie. Opowiedziała mi kiedyś, że zatrudniony na Zamku stary ogrodnik poradził jej, że zbędne rośliny lepiej ścinać sekatorem, niż wyrywać. Zaciekawiona zapytała, dlaczego? Długo milczał, w końcu trochę gniewnym tonem burknął: „Bo mniej boli!”.
Z tego co się czyta o duchach, można by przypuścić, że księżna pani „utknęła” w jakiejś bliskiej Ziemi strefie i nie może się z niej wydostać w swojej drodze ku zaświatom. Może rzeczywiście silne uczucia, niezależnie jakie, potrafią zniewolić duszę w ziemskiej sferze? Czemuż by nie? Zresztą ja też mam na temat „białych dam”, krążących po zamkach tego świata, swoją teorię i z góry przepraszam, że ani nie romantyczna ona, ani też pełna grozy.
Jak wiadomo – może nie powszechnie, ale jednak – dusza ludzka składa się z trzech suwerennych części: podświadomości, świadomości i nadświadomości. Podświadomość znajduje się na niskim poziomie rozwoju, wykluwa się dopiero w kierunku samodzielności, ale ma w ręku całość inkarnacyjnej pamięci. Świadomość to cała intelektualna wiedza zdobyta w jednej inkarnacji, czyli wszystko co wiemy. Nadświadomość zaś, nazywana również siłą wyższą lub absolutem, mieści w sobie wszystko i jest wszystkim. Świat istnieje, bo istnieje Nadświadomość.
I teraz, jeżeli z jakichś powodów, na przykład na skutek dramatycznej i nagłej śmierci z ręki urażonego w ambicjach męża, czy innego głębokiego dramatycznego przeżycia, you name it, odłączy się podświadomość, to świadomość pozbawiona inkarnacyjnej pamięci krąży bezradna, najczęściej tam, gdzie zakończyła ziemskie życie. W przypadku, gdy samotną zostaje podświadomość, to pozbawiona mądrości świadomości łazi po strychach, rozbija probówki w szpitalach, kręci się po salach chorych i straszy na cmentarzach.
Gdy człowieka spotyka śmierć nagła i dramatyczna, wyzwalają się wielkie ilości energii i być może dzieje się wtedy podobnie, jak w przypadku, gdy nagły nadmiar mocy przepala kable elektryczne, płonie na stykach i awaria gotowa.
Zakończę powrotem do nazwiska Gieysztor noszonego przez szereg wybitnych, historycznie znanych postaci. Dziesiątki lat temu na sztokholmskich szlakach poznałem i zaprzyjaźniłem się z Elżbietą Gieysztor-Ingvarsson, bratanicą profesora. Uroczą, pomocną i życzliwą ludziom oraz światu, stale uśmiechniętą Elżunią, którą z okazji rocznicy jej śmierci, pozwalam sobie przypomnieć i pozdrowić tam, gdzie jest. Może usłyszy – kto to wie?
Andrzej Szmilichowski
