Z kiecką na sztandarach
Ludzie lubią słuchać, jak inni mówią, a kiedy zaczną słuchać to już nie przestają, a wszystko z wrodzonego, zasiedziałego i zjełczałego lenistwa. Na świecie i bliżej, tuż obok, wiele hałasu w eterze. Ludzie coś/kogoś sobie wybierają, a potem nadstawiają już uszu tylko w jednym kierunku i się przyzwyczajają. Taka była, jest i będzie technika działania proroków, wodzów, guru i wszelkich innych ambitnych pomyleńców. Na tym polega definicja tandety dla hołoty oraz droga do sukcesu, co przywódcy doskonale wiedzą i wykorzystują.
Do głosu dochodzi się niekoniecznie z prawdą na sztandarach i słuszną słodyczą płynącą z ust. Wystarczy mieć w tym kierunku trochę talentu i potrafić narzucić swoje. Cóż, że plotą, kiedy ludzie ich słuchają! W miarę jak dorastałem, co nie jest jednoznaczne z mądrzeniem, przybywało mi szacunku do kobiet, a malało do mężczyzn. To doprowadziło w końcu do sformułowania tezy: Kobieta jest lepszym rodzajem człowieka! To wskazywało, że mądrzałem.
Według kodeksu mężczyzny, kobieta oczywiście jest człowiekiem gorszym, ale ja tej tezy nie traktuję poważnie. Powiem więcej – lekceważę ją (z pewnym jednak zastrzeżeniem, o czym dalej). Mam na myśli moje trzy ukochane córeczki, które w pewnym ograniczonym sensie nie są dla mnie kobietami, nie przestając nimi być. Wstydzić się swoich słabości jest niewybaczalne, bardziej nawet, niż nieczystego sumienia. To ważne i wymaga dodatkowego wyjaśnienia. Nieczystość sumienia jest nie do wybaczenia i nie da się niczym usprawiedliwić, natomiast trup w szafie choć nie zawsze demaskuje, to jednak zawsze osłabia.
Poczucie braku pewności (w tym pewności siebie) jest grzechem. Tego we mnie, myślę nie ma, bowiem rozumuję tak: pierwszym i naczelnym grzechem jest w ogóle świat, drugim świat człowieka. Świat niechlujnej, banalnej, tandetnej i byle jakiej rzeczywistości.
Siedzę tak sobie i piszę. Co za rozkosz, co za swoboda, mogę na przykład natychmiast przerwać i nic! Nikomu nic do tego, co piszę, jak piszę, czy piszę, co myślę i czy w ogóle myślę. Jestem własnym sędzią, obrońcą, prokuratorem. Mówiłem – rozkosz! Kończąc jeszcze słowo o kobietach. Żeby były doskonałymi ludźmi przeszkadza im fakt, że są kobietami.
Coraz bardziej się przekonuję, że celem zadawanej nam męki jest anonimowość. Przyjmujemy wszystko jak leci z dobrodziejstwem inwentarza i bez buntu, bo myślimy, że skoro i tak wszystko pochodzi od Boga, to nie ma co podskakiwać. W ten sposób skłaniamy się ku ludowej wersji istnienia, że egzystujemy w czasach Antychrysta.
Ja się na to piszę. Żadne tam Wielkie Teorie, żadne ułomności, żadne koszty życia. Antychryst i kropka! Gdy umarła mi żona, ze świecznika spadła świeca, a z regału słownik szwedzko-polski. Oczywiście można powiedzieć: zdarza się, stale coś z czegoś spada. Ale nie mogę odrzucić, że to jednak był sygnał od niej. Paniczny sygnał dezorientacji – takich rzeczy nie wolno degradować w żadną stronę. Tym bardziej, że już wcześniej spadały mi książki z regału, a raz nawet obraz ze ściany. Spadł też z półki w garderobie na podłogę stary kask hokejowy syna Andrzejka, choć od lat leżał wciśnięty pod ścianę. Sporo znaków jak na mnie jednego.
Był też zapach Krystyny. Tak to nazwałem, chociaż nie o jej zapach chodzi, a kwiatka. Byliśmy w Druskiennikach i w ogródku koło domu marszałka Piłsudskiego, kiedy Krystyna przywołała mnie i dała powąchać kwiatek. Kwiatek jak to kwiatek – ładnie pachniał, kwiatki tak mają, ale ja ten zapach mam koło siebie od jej śmierci. Pojawia się najczęściej w samochodzie, ale i w domu. Jedyny w kosmosie wspólny zapach Krystyny i mój. Nie potrafię myśleć o tym bez podziwu dla „tamtej strony”. Inaczej byłoby to degradacją, obrzydliwą prostacką zabobonną ciemnotą.
Kiedyś w sypialni zerwałem się raptem, wyskoczyłem z łóżka i rozglądałem gwałtownie wokół. Spytała zaskoczona, co się stało i dlaczego mam takie niespokojne oczy. Nie mogłem jej powiedzieć, że czułem czyjąś obecność i chciałem zobaczyć, kto zacz, więc coś na poczekaniu zmyśliłem. Która kobieta wytrzymałaby myśl, że ma ducha w swojej sypialni?
U syna Andrzeja na wsi, gdy urządził spotkanie z okazji kupna chałupy, siedzieliśmy na zewnątrz przy dużym stole, jedli, pili i się weselili, gdy raptem powiedziałem: „Tu jest z nami jakiś mężczyzna”. Okazało się, że w tej chałupie umarł starszy człowiek.
Odrzucanie „spirytyzmu” i „tamtej strony”, jest obrażającą i nieuprawnioną degradacją. Nie zgadzam się na to. Nie zgadzam się również na rozsądną ocenę, bo „rozsądek” jest fizyczny. Oni są wśród nas, ale może ich nie ma, może wszystko jest całkowicie inaczej.
Rilke pisał: „Kto mówi o zwycięstwach? Przetrwać, to wszystko”. Zostałem pozbawiony ojczyzny. Właściwie trochę, jakbym sam się jej pozbył. Chętnie jadę do Polski, ale potem wyjeżdżam z ulgą „do domu”. Polska jest piękna, zadbana, czysta, po prostu wspaniała, ale nie jest już moja. Nie moja, ale Inaczej, niż nie moja jest Szwecja, Skandynawia, Europa, ale jednak nie moja. Czy to tylko pomyłka? Należało zostać w tych śmierdzących skarpetkami butach, zapitych ryjach, cuchnących wychodkach?
Jestem zmęczony i mam pełne ręce roboty przy staraniach, by nie znudzić się śmiertelnie i przetrwać do sądu ostatecznego oraz wniebowstąpienia. Pragnę spokoju, ale może być taki sobie, średni, nic godnego zabiegów, a dłużej czy krócej – nie ma znaczenia.
Słowem – przydałby się talent. Ale potężny, nie taki sobie. Mówią, że na talent trzeba zapracować – kwalifikowany bullshit! Ja nie mam talentu, a poza tym oko mnie boli, krzyż mnie boli, kolana bolą i źle śpię. Próbowałem różnych testów na inteligencję, ale rezultaty uzyskiwałem mierne, to dla mnie za trudne. W szkole byłem raczej hałaśliwy, ale daleki od chrobrzenia.
Co robić? Kiedyś dosłownie cały składałem się z tego pytania. Ale mi przeszło, co uważam za znak mądrości i dojrzałości, ale może to tylko syndrom starczego otępienia. Kiedyś nawet rozpacz była jakaś bardziej pożywna. W każdym razie żywa była, nie taka co dziś, wyglądająca jak wieszak ze starymi ubraniami. Odrobina świeżości by się przydała.
Nachodzą mnie nieustannie natrętne melancholie, że dawniej choć głupszy, mądrzejszy jednak byłem. A co zdumiewające – myślę, że bez mojej świadomej zasługi. Cóż, młodość nie potrzebuje żadnych zasług, żadnych usprawiedliwień, sama jest zasługą, usprawiedliwieniem, wartością. Nieraz sobie mówię: „Uspokój się, świata odbudować na nowo już ci się raczej nie uda, jakbyś się nie starał”.
Ale co tam, hipopotam! Nic to, Basieńko! Chmury wiadomo są, ale przejdą. Zawsze przechodzą. Trzeba próbować i próbować, bo nie ma innego wyjścia, niż próbować. Ale ciałko z wolna ku ziemi ciągnie. Mistykiem być! Całkowicie uwolnionym od kontaktu z fizycznymi formami mistykiem! Życie byłoby wspaniałe, gdyby nie było beznadziejne, czy jakoś podobnie, ale w tym sensie.
Andrzej Szmilichowski
