Barkåkra_kyrka_interiör

Równina, rozpostarta między masywem góry Hallandsåsen a miastem Ängelholm, stanowi cenny obszar rolniczy. Żyzna gleba tego obszaru zawsze przyciągała rolników, którzy chętnie osiedlali się tutaj. Z obcokrajowców, największą grupę stanowili Anglicy. Znani już, tubylcom, w okresie średniowiecza, jako ludzie anielskiej urody, jako rybacy, łowiący ryby u wybrzeży miasta Luntertun i wreszcie jako chrześcijańscy pielgrzymi.

W wieku siedemnastym i osiemnastym, angielscy, imigranci przyczynili się do rozwoju rolnictwa. Słynny Huntley, którego dwór stoi do dziś, przy starej drodze E6, wprowadził nowe maszyny i nowatorskie metody uprawy ziemi na engelholmskiej równinie. Liczne gospodarstwa rolne, duże majątki ziemskie czynne do dzisiaj, świadczą o nadal aktualnej opłacalności produkcji rolnej. Okazałe stodoły, obory i stajnie oraz dumne dwory i pałacyki są najlepszym dowodem bogactwa. Może już nie w tym zasięgu co kiedyś, ale, ciągle jeszcze, podtrzymującym odpowiedni status ludzi tej klasy. Nad tą rozległą równiną, u stóp góry Hallandsåsen, osiadły wioski i różne domostwa nie związane z rolnictwem. W jednym z nich mieszka moja narratorka i przewodniczka Märta. Najpiękniej jest tam latem. Zupełnie nie po szwedzku zaniedbany ogród, porośnięty dzikimi kwiatami, przedstawia czarodziejski dywan utkany tysiącem barw. Gotowy by za chwilę unieść się w powietrze i popłynąć nad równiną. Ogród ten stanowi też świetny punkt obserwacyjny. Można podziwiać geometrię kwadratów i prostokątów pól, urok, rozsianych po całej połaci, kolorowych pudełeczek budynków, jasne punkciki pasącego się bydła i dwie linie przecinające równinę. To nowoczesna autostrada E6 i druga historyczna trasa E6. Krańce oplata wieniec utkany z widoków lasów, sadów, dróg, wiosek i poszczególnych domostw. Jak drogocenne perły, tkwią tam też, białe bryły średniowiecznych kościołów. Najbliżej Märty domu, począwszy od lewej strony, położona jest wioska Hjärnarp, gdzie niewielki przemysł reprezentuje fabryczka sprzętu sportowego „Rantzow”. Przy drodze, biegnącej na skraju równiny, stoi pierwszy ze wspomnianych kościołów. Oddalony o kilka kilometrów, następny, kościół w wiosce Tåstarp, zawsze budził moje zainteresowanie. Osadzony na wysokim wzniesieniu, widoczny z daleka, dominuje nad całą okolicą. Dojście do niego od strony drogi jest tak strome i mało kto kwapi się na taką wspinaczkę. Najłatwiej dotrzeć na górkę kościelną objazdem od strony północnej.

To dziwne i tajemnicze miejsce. Byłam tam z Märtą na Zaduszki. Moją intencją było połączyć się myślami z rodakami, celebrując to święto miłości i pojednania, na nasz polski sposób. Moja świeczka i białe chryzantemki na grobie Ester, lśniły samotnie na smutnym cmentarzu. Szum wysokich drzew i szelest liści potęgował tajemniczość tego miejsca. Postać krzątająca się nieopodal pojawiała się, to znów znikała, w zapadającym mroku. Pociągało mnie coś w kierunku kościoła i równocześnie ogarniało lękiem. Weszłyśmy ostrożnie, zabezpieczając otwarte drzwi ciężkim statywem do parasoli, by zapewnić, w razie potrzeby, szybki odwrót. Wnętrze kościoła sprawia ponure wrażenie. Ani jednego światełka, ani jednego kwiatka. Wiek kościoła datuje się na jedenasty wiek, okres wielkiej budowy kościołów. Z tego samego wieku pochodzi rzeźbiona kamienna chrzcielnica. Obrazy umieszczone nad ołtarzem i pięknie zdobiona ambona z inskrypcjami duńskiego króla Christiana IV, ufundowane były w czasach katolickiej Danii. Z okresu szwedzkiego (XVII wiek) pochodzi ogromna, alegoryczna płyta nagrobkowa „leiutnant”a Pedera Pedersena i jego żony Emerenti, wmurowana na północnej ścianie kościoła. Czym zasłużyli na takie wyróżnienie? Może pieniędzmi. Grób tej pary znajduje się w krypcie kościelnej, a szabla porucznika i stara skarbonka, w której zbierano datki na biednych, przechowywane są w zbrojowni kościoła – wyjaśnił uprzejmy głos zakrystiana, który pojawił się, aby nam towarzyszyć. Uwagę naszą zwróciła, ustawiona na uboczu, duża szara bryła. Zakrystian wyjaśnił że jest to kamień ofiarny, z okresu pogaństwa. Po chwili ciszy dodał: „wiele szczątków ludzkich kryje ziemia, na której zakonnicy postawili ten kościół”. Zrozumiałam, że miejsce to nosi w sobie grozę krwawych rytuałów składania ofiar ludzkich i ich męczeństwa. Kres tym pogańskim praktykom położyła działalność misjonarzy i zakonów chrześcijańskich. Lata 1100. i 1200. były okresem wzmożonej budowy kościołów. Zakonnicy wyszukiwali miejsca naznaczone praktykami pogańskimi, by je „oczyścić” i uświęcić, budując kościoły. Szczególnie zasłużyli się w tej działalności zakonnicy z Herrevadskloster i – z zaledwie parę kilometrów oddalonej od Tåstarp – Munka-Ljungby. Wieża ciśnień, stercząca nad tą wioską, jak wielka makówka, jest tutejszym znakiem rozpoznawczym, bo kościół chowa się gdzieś za drzewami. Nie widać też, dużo dalej położonego, kościoła w Höja, lecz zapewniam, jest… tkwi we mgle, wtopiony w masyw krajobrazu. Przesuwając wzrok dalej, ku prawej stronie można rozpoznać zarys północnej strony miasta Ängelholm. Komin stacji ciepłowniczej, wysoko położona brzydka jak stary garnek osadzony na szarym cokole, wieża ciśnień. Bardziej w głębi, następny w szeregu kościołów jedenastowiecznych – kościół Rebbelberga. Ostatnim z kościołów, przyległych do „engelholmskiej”, równiny jest kościół w Barkåkra, który interesował mnie podwójnie.

Najstarsza część kościoła pochodzi z X wieku, dobudowana część, zwana nowym kościołem – z XVII. Lekko wzniesiony teren w Barkåkra był, podobnie jak w Tåstarp, wykorzystywany przez pogan na miejsca kultowe. Stanowiło to następne wyzwanie dla dzielnych zakonnych budowniczych, w średniowieczu. Ten kościół posiada, podobnie jak inne stare kościoły, chrzcielnicę z 1100 roku a w nowej części, piękne malowidła na szybach okiennych. Uwagę moją przyciągnęła tablica, upamiętniająca katastrofę samolotową w 1964 roku. Pomyślałam wtedy, że to jest zrozumiałe iż tablicę umieszczono w kościele, który znajduje się tak blisko lotniska i miejsca katastrofy samolotu we wsi Vejby. Szukałam też jeszcze jednej tablicy lub jakichkolwiek innych śladów pamięci po bohaterskich alianckich lotnikach, którzy zginęli, na tym terenie, w ostatnich miesiącach drugiej wojny światowej. Dowiedziałam się o tym, podczas moich spotkań z Märtą. Kiedyś, gdy siedziałyśmy w jej kwiecistym ogrodzie, huk przelatujących myśliwców, z pobliskiego lotniska wojskowego, spowodował iż nasza rozmowa zeszła na tory przeżyć wojennych. Wyraziłam wtedy swą niechęć i strach, na myśl o tych śmiercionośnych maszynach. Märta nie podzielała moich stresów. Miała nade mną przewagę – jej słuch, już popadał w błogi stan obojętności i wspomnienia z drugiej wojny światowej miały odmienny charakter. Nie mogła sobie wyobrazić jak było możliwe aby samolot niemiecki strzelał do mnie i do mojego brata w 1941, gdy byliśmy dziećmi. Wojna wtedy była tuż, tuż, ale za progiem Szwecji. Odczuwało się tu braki w zaopatrzeniu, do wojska powołano rezerwistów, śpiewano piosenki o kochanym żołnierzu, pełniącym służbę gdzieś… w Szwecji. Miałam podstawy aby przypuszczać, że Märta nigdy nie przeżyła grozy, jaką niesie wojna. Okazało się, że raz była świadkiem, tragicznych wypadków, związanych z przelotem alianckich bombowców nad Skanią. Przyznała, że z przerażeniem obserwowała, z okien swojego domu, białe obłoki pocisków artyleryjskich na niebie i słupy ognia, w jakie zamieniały się spadające samoloty… Natężyłam uwagę: kto strzelał, do jakich samolotów? To obrona przeciwlotnicza strzelała do ”angielskich” samolotów. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że strzelano (nie do Niemców?) do samolotów, które walczyły z faszystowskimi Niemcami. Potem uświadomiłam sobie, że przecież jestem w Szwecji.

No tak… naruszenie powietrznej przestrzeni neutralnego państwa. To wyjaśnienie nie uspokoiło mnie, byłam wstrząśnięta. Wstrząśnięta faktem, że neutralna Szwecja utrudniała aliantom walkę o wyzwolenie Europy. Tymczasem Märta, całkiem spokojnie, opowiadała słynną, z tamtego okresu, anegdotę jak to alianccy lotnicy, w lecących w bombowcach (Anglicy, Amerykanie, Australijczycy) żartowali sobie ze szwedzkiej artylerii sygnalizując na ziemię: ”ZA NISKO STRZELACIE”, na co otrzymywali odpowiedź, z dołu: ”ZA WYSOKO LATACIE”. Gdyby tak było, nie spadłby żaden samolot, nie zginąłby żaden lotnik i mieszkańcy Skanii nie ucierpieliby na skutek strat i przerażających chwil, jakie przeżyli. Märta pamięta te chwile, gdy wojna zbliżyła się na odległość zaledwie kilku kilometrów, jednak, nie dziwi ją i nie zawstydza fakt strzelania do tych, którzy walczyli przeciw hitlerowskim Niemcom… Tak bardzo różnimy się, Szwedzi i Polacy. Wstrząśnięta poznaniem tak dramatycznej, i z mojego punktu widzenia, wstydliwej karty Skanii (Szwecji), postanowiłam zbadać bliżej, opisane przez Märtę, zdarzenie. Podobno, lotników, którzy zginęli, pochowano na cmentarzu w Barkåkra. Właśnie w Barkåkra!?

Ponieważ nie znalazłam w kościele żadnych śladów pamięci i kancelaria kościelna nie udzieliła mi żadnej informacji, więc postanowiliśmy z mężem, przeszukać dwa cmentarze, jeden położony wokół kościoła Barkåkra, a drugi po drugiej stronie drogi, prowadzącej z Ängelholmu do Förslöv. Bez rezultatu, ani śladu po lotnikach. Tylko parę starych grobów, „Mac”-rodzin, dawnych osiedleńców angielskich. Niepowodzenia nie zraziły mnie. Wiedziałam, że pomimo powszechnego milczenia wokół tej sprawy, wreszcie kiedyś znajdę szukane groby i poznam bliżej ich tajemnicę. Zostawiliśmy kościół i cmentarze Barkåkra w spokoju, lecz nie przerwaliśmy naszych poszukiwań.

Teresa Järnström Kurowska

Z książki ”Moje spotkania ze Skanią”. (wydawnictwo Polonica 2008)

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer