Niewierzący wierzący
Moje przeżycia religijne i inne duchowe, jak dziś to widzę, przebiegały wyraziście i podobnie falom morskim, w ich przypływach i odpływach. Jednak najczęściej, jako przeżycia późnego wieczoru i nocy. W dzień byłem raczej trzeźwym racjonalistą i krytycznym obserwatorem, by nocami przeistaczać się to w Anioła, to w cierpiącego Jezusa. Świat nocny i świat dzienny były szczelnie oddzielone od siebie, a ja małż, strzegłem tego pilnując by nie dać się rozłupać.
Nie byłem ani wierzący, ani niewierzący, stałem w rozkroku równie nieufny komunizmowi jak świętości. Zdawałem sobie równocześnie sprawę, że na absurdalnym sceptycyzmie daleko nie zajadę, a jedyne co bezsprzecznie mogę, to utwierdzać się w bezsensie istnienia.
Z zazdrością i zawiścią myślałem o tych dzielnych ludziach, którzy jak Camus potrafili stawiać mężny opór, lub mieli odwagę być pogubieni jak Beckett, unurzany po uszy w bezsensie istnienia.
Nie sprzeciwiałem sią ani sprzeciwiam dziś religii i modlitwom, ale nie porywają mnie swoją, brak mi innego słowa, infantylnością. Nie rozumiem sensu istnienia zgromadzenia o nazwie Rycerzy Niepokalanej. Łatwiej mi już idzie z geniuszem Norwida i zrozumienie kłopotów jakie napotkał, gdy zapuścił sondę w głąb doświadczenia religijnego, a zatem na teren od wieków zazdrośnie strzeżony przez polski Kościół.
Ośmielając się ganić Kościół, przyznaję mu jednocześnie rację. Gdyby polski Kościół był bardziej filozoficzny i inteligencki, żywiołowo kwestionował i pełen wahań entuzjastycznie na nowo się odnajdywał, gdyby nie był twardo obrzędowo-obyczajowy i ludowy, nie stałby się granitem, na którym polski komunizm połamał sobie zęby.
Tyleż pytań, na które nie znajduję odpowiedzi. Żadnej odpowiedzi! Może to moje nocne życie, zatrzaśnięte jest i nieprzeniknione bardziej, niż sobie wyobrażałem? Jeśli to prawda, cóż tego? Nawet jeżeli tak jest, przecież nic o sobie prawdziwego nie wiem i nigdy się nie dowiem. Stąd być może bierze się smutna świadomość, że cała moja wytrzymałość na niepowodzenia, cała cierpliwość i opór, przydają się jak psu na buty!
Pomimo wszystko czuję, że działa we mnie jakiś potężny impuls powodujący stałą chęć wiary. Ale wiary bez wskazań! Zdaję sobie również sprawę z niewesołej prawdy, że główną przeszkodą powstrzymującą wiarę jest rozum, wychowany i wyedukowany na wszystkich a rozlicznych sceptycyzmach rozum. Jestem jako tako oczytany. Otarłem się między innymi o olbrzyma Wittgensteina, w poszukiwaniu śladów pomocnych poznaniu i wyczuciu skromnych granic, jak również możliwości stosowania i wykorzystywania rozumu.
Od Kościoła bez wątpienia odepchnęła mnie najskuteczniej jego historia. Mam na myśli niezrozumiała mi arcyniechęć do uznania żydowskości syna Maryi, oraz długie setki lat walki Kościoła z Żydami i żydostwem. Miliony księży katolickich z milionów ambon pouczały długie szarego pokoleń, o perfidnych Żydach. Mnie, człowiekowi w którego żyłach płynie krew polska, ale także estońska, ukraińska i niemiecka, trudno sobie to inaczej tłumaczyć – nie mówiąc już o zrozumieniu, że jest to kara i dopust boży nałożony na ludzkość, albo chichot historii.
Chętnie bym się oparł przy rozważaniach takich jak dzisiejsze, na żywych autorytetach. Cóż, kiedy sprytnie unikając krytyki, prawdziwie wielcy tego świata poumierali.
Andrzej Szmilichowski
