Adolfa Szutkiewicza podróż do Polski

0
DSC_0015

Fragment zwierzeń Adolfa Szutkiewicza zamieszczonych w wydanej przez Wydawnictwo Polonica książce Zygmunta Barczyka „Dojrzewać na polu bawełny. Adolfa Szutkiewicza opowieść o zesłaniu”. Sztokholm 1999.

Rok był 1956. Pierwszym problemem było wydostanie się z Taszkientu. Trzeba było znaleźć sposób na pokonanie pierwszych 100 kilometrów, zanim mogliśmy wejść do wagonu. Musieliśmy zabrać, co się dało, by przeżyć podróż, która zapowiadała się na około miesiąca do dwóch. W Kazachstanie było ciepło, ale mieliśmy przeprawić się przez Rosję w porze zimowej. Trzeba było jak najlepiej zabezpieczyć się przed mrozami.

Pierwszą turę, do Taszkientu, pokonaliśmy wynajętą w sowchozie na czarno ciężarówką. Nie było żadnej innej komunikacji. Dlatego kierowcy ciężkiego sprzętu to były istne paniska, ważniejsi od dyrektorów, tyle rzeczy od nich zależało. Zarabiali na nielegalnych prze- wozach, mogli nakraść, ile chcieli, na swoich szlakach zaopatrzenia, żyli jak lordowie, każda panna marzyła o tym, by wyjść za kierowcę.

Ojciec załatwił wagon, zajęliśmy go wraz ze starszym małżeństwem, które zabraliśmy ze sobą, bo nie mieli się do kogo udać, a my mieliśmy rozgałęzioną rodzinę w Elblągu i w Białostockiem. Przecież nie sposób było ich tam zostawić na pastwę losu. Liczyliśmy na rodzinę, że przygarnie w pierwszym okresie, kiedy trzeba będzie się zainstalować w nowej rzeczywistości. I w ten oto sposób, w listopadową noc, rozpoczęła się nasza podróż do kraju rodzinnego. Kiedy po półtora miesiąca, wycieńczeni transportem, dobiliśmy do Brześcia, serca wszystkim zabiły mocno. Byliśmy tylko o jeden most od krainy snów.

Cierpliwość musieliśmy okazać anielską. To był znów czas wielkiej próby. A już zdążyliśmy wyjść z otępienia, w każdym razie wygrzebywaliśmy się z wieloletniego letargu psychicznego i niecierpliwość okazała się nowym, dokuczliwym doświadczeniem.

Czekaliśmy na przejście w inny wymiar życia. Nie wiedzieliśmy jakie będzie, wiedzieliśmy tylko, że nie może być takie samo. A więc musi być lepsze. Tymczasem w Brześciu, na granicy, przyszło nam sterczeć jeszcze przez tydzień, czekając na ten jeden decydujący moment śniony od miesięcy.

Zostawiono nas na bocznicy. Na samej granicy. Przy czym nie znaliśmy przyczyny zwłoki. Codziennie chodziliśmy na stację pytać, dlaczego jeszcze stoimy i kiedy nas wreszcie doczepią do pociągu jadącego przez graniczny most. Codziennie odchodziliśmy z kwitkiem, nie wiedząc, czy ruszymy nazajutrz. Trudno sobie wyobrazić sroższą szkołę cierpliwości. Potem się okazało, że musieliśmy czekać aż zjadą repatrianci z Murmańska, z Archangielska, z różnych innych miejsc zesłania.

Wjazd nastąpił dnia siódmego. Wpierw pojawia się w naszym wagonie człowiek i powiada: – Dziś jedziecie do Polski. Wieczorem każą wsiadać, zamykają wagony. Nerwy napięte, ruszamy. Już w trakcie jazdy pociągu wskakuje kilku wojskowych, zaczynają sprawdzać dokumenty. Posuwamy się mostem. Nagle pociąg się zatrzymuje, drzwi się otwierają, wojskowi wy- skakują. Gwizdek, pociąg rusza dalej. Most się kończy, pociąg znów się zatrzymuje. Otwierają się drzwi wagonu i słyszymy polską mowę. Wchodzą wopiści. Wszyscy nasi płaczą.

W pewnej chwili mój ojciec zwraca się do jednego z oficerów per panie kapitanie. Na to ten: – Przepraszam pana, ale jestem tylko porucznikiem. Na to ojciec, zdziwiony: – Jak to, przecież nosi pan trzy gwiazdki. A on: – Trzy gwiazdki ma porucznik, a kapitan cztery. Stoję za ojcem w korytarzu, ojciec się nagle odwraca do mnie i powiada: – Job twoju mat, toż to lejtnant, tak samo jak w Rosji.
Pociąg rusza, posuwamy się, jesteśmy w Polsce, co do tego nie może być już żadnych wątpliwości. Ojciec siadł w kącie zasmucony. – Ojciec, co Tobie, pytam, przecież to nasze pierwsze chwile w Polsce. On na to cichym głosem: – Oj synku, to już nie jest Polska. Tu też sowiety.

Na bocznicy w Białej Podlaskiej zostawili nas po czynnościach na przejściu granicznym. Tam przejął nas Punkt Repatriacji. Po raz pierwszy od półtora miesiąca mogliśmy zjeść ciepły posiłek, umyć się solidnie, wyspać porządnie. Nawet nie próbuję opowiadać, jak uciążliwa była nasza podróż i jaką rozkoszą było uczucie ciepła w żołądku i czystości na skórze. To było pierwsze doznanie rozkoszy w moim życiu.

Szybko się okazało, że nikt nas nie pragnął, nikt nie oczekiwał. Przechodnie pokazywali nas palcami: – O, patrzcie, ruskie idą! Nasz wygląd był żałosny, ubrania budziły zdumienie, nasza polszczyzna była bardzo kiepska. Dla Polaków byliśmy jak Marsjanie. Gorzej, Marsjanie ze Wschodu.

Z Marsjan Polacy. Nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie chcemy jechać, nie znaliśmy realiów. Jest grudzień 1956 roku, tuż przed gwiazdką. W punkcie repatriacji zrobiono nam przegląd lekarski, wszystkie nasze rzeczy przeszły przez dezynfekcję parową, nic dziwnego, wiadomo, co mogło się dziać po półtoramiesięcznej podróży w paskudnych warunkach. Położono nas na podłodze, na siennikach, rano kazano przyjść do biura.

Odebrano nam wszystkie dokumenty, które przy-wieźliśmy z Rosji, i kazano czekać na papiery polskie. Podchodziliśmy do kilku stołów, przy jednym papiery zabierano, przy drugim wydawano, przy trzecim wypłacano pieniądze, głowa rodziny 500 złotych, reszta po 250 złotych. Przeciętna pensja w Polsce była wtedy w granicach 1100 złotych. Przy ostatnim stole siedział nieprzyjemny pan i ostrzegał nas przed opowiadaniem o pobycie w Rosji, o tym, gdzie i co robiliśmy. Ostrzegał przed konsekwencjami. A był to czas słynnej gomułkowskiej odwilży.

Nikt z rodziny naszej w Polsce nie wiedział o tym, że przyjechaliśmy. Ciężka sytuacja była też i tej rodziny, którą zaopiekowaliśmy się. Ojciec zaryzykował i mówi: o ile dla nas znajdzie się kąt, to i dla nich będzie. Do PGR-u za Boga nie chcieliśmy pojechać, sowchoz nas z tego wyleczył. Proponowano również objęcie gospodarstw na ziemiach odzyskanych. Ojciec się nie zdecydował.
Wylądowaliśmy w Elblągu. Rodzina kuzyna miała 2-pokojowe mieszkanie. A było ich pięć osób. Przygarnęli nas, to jest siedem osób. Na górze, na pięterku było nasze stanowisko. Pomieszkaliśmy tydzień i dostaliśmy pokój u sióstr zakonnych. Nie było tynku na suficie, tylko deski. Tam mieszkaliśmy półtora roku. Był problem z mieszkaniami, bo była duża repatriacja. Do Elbląga zdążali repatrianci z Wileńszczyzny i z Białorusi. Oni byli w lepszej sytuacji, bo wracali ze swoich starych ziem, posprzedawali dobytek, poprzywozili trochę swoich rzeczy. A my? Cóż my, goli i weseli.
Urzędnik obiecał nam przydział w domu dla repatriantów, potem okazało się, że to cacanki. Widzę, że inni się wprowadzają, a my nie. Pobiegłem do urzędu miejskiego, wprost do tego urzędnika, wziąłem za krzesło, zamachnąłem się, postraszyłem i przydusiłem go do ściany. On na to, że wezwie milicję. To ja mu melduję, że jeśli wezwie milicję, to go w nocy żywcem spalę. I od razu zrobiła się inna rozmowa, od ręki znalazły się trzy mieszkania. Położył klucze na stole, mogliśmy wybierać. Wylądowaliśmy w pięknym poniemieckim czteropokojowym mieszkaniu z kuchnią i łazienką.
Rodzice od razu zaczęli ze sobą po polsku rozmawiać, ja też szybko zacząłem wprawiać się w mowie ojczystej. Nie trzeba było, rzecz jasna, odróżniać się naszym wschodnim akcentem, by być rozpoznanym. W pierwszym okresie wystarczyło się pokazać w naszych ubiorach i już wszyscy wiedzieli skąd my i co za jedni.

Pytasz o stosunek ludzi, to dam ci przykład. Pierwsza pasterka. Dwóch podpitych jegomości. Jeden mówi do drugiego, pokazując palcem na nas: – Popatrz, ile się w tej Polsce zmieniło. Nawet kacapy teraz do kościoła chodzą.

Pierwsze wrażenie z Polski było ważne. Niestety, było złe. Minęło półtora roku w pokoiku u sióstr zakonnych, zanim weszliśmy do własnego mieszkania. Zaraz po przyjeździe zaczęliśmy szukać pracy. To akurat nie było trudne. Ojciec zgłosił się jako cieśla i dostał pracę w spółdzielni remontowo-budowlanej, bracia w zakładach drzewnych, ja w elektrowni. Pracy wszędzie było w bród. Pokój u sióstr kosztował 15 złotych. Przede wszystkim trzeba było się przyodziać, żeby już wreszcie nie odróżniać się od innych.

Z rówieśnikami nie miałem kontaktów. Byłem już siedemnastolatkiem, trzymaliśmy się razem z innymi repatriantami. Wyczuwaliśmy, że jesteśmy izolowani. Dla naszych rówieśników byliśmy jak trędowaci. Byliśmy dla nich wańki, kacapy… Na szczęście w Elblągu było nas kilka rodzin z tego samego kołchozu. Wszyscy przybyli z Rosji Polacy trzymali się razem i mieli trudności w kontaktach z innymi.

Ludzie w Polsce nie mieli pojęcia o tym, że przybysze mają za sobą zesłanie. Nafaszerowani byli stalinowską propagandą. Próbowałem tu i ówdzie rozmawiać, wyjaśniać, urywano zaraz rozmowy, nikt nie chciał tego słuchać. Bano się szpicli i prowokatorów.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer