Kommandørgård_-_Samovar

Kto pamięta samowarową przyśpiewkę: „Pod samowarem siedzi moja Masza, Ja gryzę pestki, ona na mnie klnie. Pod samowarem kipi miłość nasza. Ja mówię tak a ona mówi nie”….

Najprawdopodobniej nikt nie pamięta tej przyśpiewki i nikomu nie zakręci się łezka w oku na myśl o tamtych czasach gdy tliły się jeszcze resztki rosyjskich wpływów kulturalnych i obyczajowych na terenach byłego  Królestwa Polskiego. Takim wpływom ulegały najbardziej Kresy. Pomimo terroru politycznego zaborcy rosyjskiego, pomimo więzień (np. Cytadela Warszawska), rozstrzeliwań polskich opozycjonistów, powstańców i rewolucjonistów, pomimo masowych deportacji w głąb Rosji ( w, o złej sławie, tzw. kibitkach), odbierania właścicielom ziemskim ich włości za pomoc polskiej armii powstańczej; pomimo czarnej listy  wrogich poczynań,

było takie miejsce, położone tuż przy granicach zniewolonych ziem północno-wschodniej Europy, które pulsowało przyjaznym blaskiem nauki i sztuk. Tym miejscem było miasto założone przez cara Rosji, Piotra I Wielkiego w 1703 roku, przy  ujściu rzeki Newy do wód Zatoki Fińskiej. Biorąc pod uwagę takie położenie i piękno architektury (np. Pałac Zimowy cara) wielu obiektów miasta, zwano Petersburg północną Wenecją Europy. Przyciągało ono, niby magnes, ludzi nauki, poetów, przemysłowców, artystów, studentów i spragnionych rozrywki a może nawet bliższego kontaktu z rosyjską kulturą. Ten okres owiany był duchem Puszkina i później Lermontowa. Przemysłowy i naukowy Petersburg zawdzięczał swoją sławę wielu wybitnym przedstawicielom tych dziedzin. Wiele splendoru nadali, temu miastu, panowie Noblowie. Ojciec Immanuel i jego synowie: Robert, Ludvig, Alfred i Emanuel. Wszyscy synowie, czyli cała czwórka, odziedziczyli po ojcu wybitne zdolności z zakresu techniki. Immanuel spędził 22  lata w Rosji i produkował z swoim warsztacie miny, lawety a nawet maszyny parowe. Po powrocie do Sztokholmu pracował nad produkcją nitrogliceryny. Syn Robert współpracował z ojcem i rozwinął znacząco przemysł wojenny. Ludwig (początkowo fabrykant broni) wraz z Emanuelem założył w Baku -1876 – firmę wydobywczą ropy naftowej: „Bracia Nobel”, która stała się słynną na całą Europę. Ludwig konstruował sam maszyny wydobywające ropę, cysterny i tankowce. Alfred urodzony w 1833 roku, po pobycie w Ameryce Płn. u John Ericsona, pracował wraz z ojcem w Petersburgu i w 1865 roku wynalazł dynamit. W wyniku tego powstało w Europie i w USA wiele fabryk tego wojennego produktu. Przyniosło to wynalazcy ogromne zyski. Jak wszyscy wiemy Alfred Nobel cały spadek po sobie przeznaczył na fundację corocznych nagród z dziedziny odkryć naukowych i dzieł literackich. Ciężar odpowiedzialności za „podarowanie” ludzkości dynamitu jest ogromny i moim zdaniem żadna ofiara nie może jej złagodzić.

Z pewnością Nobel zdawał sobie sprawę ze swojego czynu. Może Pokojowa Nagroda Nobla jest właściwą próbą zadośćuczynienia za krzywdę jaką wyrządził. Natomiast  przyznawanie Nagrody Nobla naukowcom i literatom uważam za niewłaściwe. Taką nagrodę otrzymują ludzie już   uprzywilejowani, którzy stali się sławnymi, wielu z nich otrzymało już dużo nagród i zdobyło popularność dużo wcześniej. Więc Nagroda Nobla jest takim przypieczętowaniem osiągnięć i wartości danego naukowca czy literata? Czy nie wystarczyłby przepiękny dyplom? A pieniądze z fundacji nagród należałoby przekazywać do zakątków świata, w imieniu danej, nagrodzonej osoby – tam gdzie są  bardzo potrzebne? Czy emisariusze funduszy Nobla nie widzą jak przewrotny jest akt przyznawania nagród w imieniu Alfreda Nobla – byłego producenta, przemysłowca i handlowca sprzętem  wojennym i wynalazcy dynamitu. Zapominają, jaką złą opinię posiadają tacy ludzie w obecnym czasie i z pewnością posiadali kiedyś. Jak mam patrzeć na wspaniały bankiet noblowski, z udziałem osobistości, szanownych gości i pary królewskiej, gdzie na honorowym miejscu ogromnej sali widnieje popiersie z brązu wspaniałego Fundatora. Zerkam w jego stronę i wydaje mi się, że uśmiecha się ironicznie. Łagodniej: trzeba mu przyznać, że głowę miał nie tylko od parady, był zdolny i pracowity. „Pecunia non olet” uważał cesarz Wespazjan i choć to chodziło o podatek za szalety da się dzisiaj porównać z pieniędzmi  za dynamit – nie dymią i nie cuchną. I nie zabijają! Wszyscy Noblowie, na czele z tatusiem byli niesamowicie zdolni i przedsiębiorczy. Naprodukowali tej broni zabójczej co nie miara i nikt im nie kazał, sami z wolnej woli, a wszystko dla pieniędzy. Ciekawe ile z „tego” przysłużyło się do zmiażdżenia Polskich Powstań i walk z polskimi patriotami. Dzisiaj się liczy splendor i sława Nobla. Wtedy, za czasów Petersburga, też mieli sławę i uznanie i, o ironio, przynosili chwałę miastu które reprezentowali. Z czystym sumieniem mogli popijać czaj z samowara. Mieszkali długie lata w Rosji.  A Sztokholm też doczekał się swoich bohaterów, gdzie w końcu wrócili. Może nie wszyscy ale „tatuś” na pewno.

Wielu naukowców i wykładowców na wyższych uczelniach pochodziło z innych krajów. Dominowali Niemcy, niemieckie książki często były najlepszym materiałem pomocniczym. Stąd, moim zdaniem, utrwaliła się nazwa Piotrowego Grodu (Piotrogród)  Petersburg, brzmiąca z niemiecka. Polacy też przyjeżdżali tam na studia. Mój ojciec, jego starszy brat i siostra studiowali w Petersburgu i można było wyczuć w ich sposobie bycia i w mowie wpływy kultury rosyjskiej ale nie tylko bo również niemieckiej, przekazanej im z książek i w wyniku obcowania z niemiecką kadrą wykładowców. Mój ojciec był entuzjastą języka niemieckiego, uważał, że ten język ma przyszłość jako wiodący w Europie i nawet postanowił aby jego dzieci zawczasu przysposobić do przyszłych studiów. W tym celu zatrudnił w naszym domu, nauczycielkę języka niemieckiego, Freulein – „Frylinkę”, którą tak czule nazywaliśmy później, gdy przejęła rolę bardziej opiekuńczą nad nami. Natomiast tatusiowy sposób picia herbaty, nie wiele miał wspólnego z niemieckimi wpływami. Wciąganie tego, naówczas bardzo popularnego, płynu ze szklanego spodeczka, nie zawsze udawało się bez rubasznego siorbnięcia i dobitnie świadczyło o rosyjskich nawykach. Perswazje ze strony naszej mamy, że to nie wypada pić herbatę w ten sposób, nie dawały rezultatu. Nabyte zwyczaje szły w parze z czynnościami zaparzania herbaty i ceremonią jej picia i popijania w ciągu dnia. Sprzęt, służący w tym celu odgrywał, najważniejszą rolę. Samowary i czajniki, dzisiaj to dziwnie brzmi. Kojarzy mi się to z  dzisiejszym „samo-chodem”. Ani jedno, ani drugie „samo” nie warzyło, czy „samo” chodzi. W pierwszym przypadku aby warzyć (gotować) wodę dostarczano energii w postaci zwęglonych i rozżarzonych kawałków drewna. W drugim wypadku aby samochód mógł poruszać się dostarcza się do jego silnika paliwa płynnego a czasem nawet stałego, które poddane spalaniu się dostarcza samochodowi potrzebnej energii. Wynalazki, Wynalazki! Wszystkie genialne na swoje czasy i na aktualne możliwości.

Myślę również o maszynach parowych, lokomotywach, statkach i wielu innych, wzbudzających szacunek. Samowar też był wynalazkiem, wspaniałym i do tego nie służył wojnie. Słyszałam o fabryce samowarów w rosyjskim mieście Tuła. Może było więcej takich fabryk. Pomimo różnych  rozmiarów, zasada działania była wszędzie taka sama. Zadaniem samowaru było nie tylko zagotowanie wody na jednorazowa „herbatkę”. Samowar mieścił w sobie dużo większą ilość wody niż zwyczajny imbryk i utrzymywał długo jej właściwą temperaturę. Można było napoić naraz dużą gromadkę rodziny lub licznych gości albo przesiadywać „pod” samowarem, rozkoszując się aromatem i smakiem herbaty, rozmyślać, tworzyć wiersze, śpiewać lub słuchać muzyki, prowadzić rozmowy towarzyskie. Samowar, niby gorące serce domostwa. Samowar – miejsce do odpoczynku a nawet do wyznań miłosnych. Jak  podaje przyśpiewka, usłyszana kiedyś przez naszych przodków, może w jakimś kabarecie Petersburskim a może Moskiewskim. Dodam jeszcze, że podczas picia herbaty posładzano – „zagryzano” sobie kawałkami cukru, po rosyjsku: „na prykusku”. Przy wszystkich swoich zaletach, na dawne czasy praktycznych,  samowar jest równocześnie bardzo ładnym naczyniem i pojawia się nadal w niektórych domach, ale już w innej roli, jako pamiątka po dziadkach albo, zdobyty na targach ze starociami lub w sklepach z antykami, – element dekoracyjny. Cały jest zbudowany z mosiądzu, w kształcie stojącego cylindra o średnicy ok. 25cm (rozmiary wydobyte z głębokiej pamięci), który ma w środku, wmontowany szczelnie, mniejszy cylinder o średnicy ok. 12cm . W pierwszym umieszcza się wodę przeznaczoną na herbatę, w drugim rozżarzony węgiel drzewny. Dolna część samowaru umocowana jest na cokole z czworokątną podstawą. Umożliwia to podstawianie szklanek pod kranik umieszczony w dolnej części cylindra. W górnej części samowaru następuje zwężenie zamykające cylinder, i mały  otwór z wentylkiem do nalewania wody. Cylinder wewnętrzny nie ma zwężenia co służy do napełniania go żarzącym się węglem. Wokół otworu, piękna wymodelowana barierka, umożliwiała ustawianie nad żarem czajniczka do zaparzania czaju-herbaty. W ten sposób uzyskiwano wspaniały i właściwy herbacie aromat. A czajniczek, został zaadoptowany przez polskie kuchnie. Używamy go jeszcze do zaparzania herbaty. Czasem miesza się nazwy czajnika z „imbrykiem”, który – przeważnie służy do gotowania wody, czyli spełnia rolę dawnego samowaru. Rola czajniczków, też już się kończy i wypierają je torebki napełnione herbatą. Wszystko ma przebiegać szybko i nie skomplikowanie. To, że trochę ekstraktu z papierowej torebki przenika do ludzkiego organizmu , nikt się tym nie martwi i nie analizuje jego szkodliwości. Dużo gorszymi  truciznami nasyca się teraz konsumentów, cichaczem przy akompaniamencie zachęcającej reklamy.

Pozostaje nam podziwianie stojących bezczynnie samowarów i czajników, ich solidne wykonanie, zdobnictwo, wszystko co kiedyś powstało w trosce i szacunku do człowieka. Te samowary nas przeżyją gdy wszystkie naczynia elektryczne dawno trafią na wysypiska i nasze sumienia może się obudzą kiedyś z mocnym postanowieniem aby powrócić do solidnej roboty i porzucić chęć gromadzenia zysków bezwzględnie i łapczywie. Tak, przeżyją, ale już w innej roli niż buzująca, rozgrzana czerwonym węglem maszyna produkująca gotowaną wodę, czy szumiący ciepłem dobrodziej. Przeżyją jako pamiątka po dziadkach, nawet jeszcze po rodzicach, którzy dziedziczyli takie przedmioty z pokolenia na pokolenie. Przeżyją jako nieodzowny element, nawet nowoczesnego mieszkania, który powoduje specyficzny, domatorski nastrój i przyciąga swoją pięknością. Wszystko zależy od pomysłowości ich właścicieli. W moim rodzinnym domu, miałam możność przyglądać się codziennie takiemu najbardziej popularnemu egzemplarzowi z fabryki w Tule, chyba to był numer 1, oznakowany całą gamą medali, świadczących o licznych nagrodach jakie zdobywał na wystawach. I słusznie, bo był piękny. Stał na swoim stoliku w pokoju stołowym przy dużym „gdańskim „ zegarze, dalej od stołu i może było mu trochę smutno. To już były te czasy gdy duże imbryki stały się popularnym naczyniem używanym, w kuchni do gotowania wody. Małe czajniczki, służyły nadal do zaparzania herbaty, czyli do uzyskiwania esencji herbacianej, ale już nie panowały na wierzchołku samowaru lecz też urzędowały w kuchni. Czasem powracała nam chęć na herbatę samowarową, więc powtarzano cały proceder według starych reguł, ale najczęściej samowar stał osamotniony, może nie zupełnie, bo podczas posiłków rodzinnych zawsze ktoś zerkał przyjaźnie w stronę staruszka. Był taki dzień gdy nasza mama wpadła na szalony pomysł. Wspaniały pomysł. Główną rolę w realizacji tego pomysłu, odegrał nasz samowar. W domu było dużo gości, którzy wybrali się saniami na kulig i powrócili trochę zmarznięci, poturbowani i oblepieni śniegiem bo wywrotki na takiej imprezie były obowiązkowe a woźnica był nagradzany pieniężnie . Gdy dom zapełnił się znowu gwarną  rzeszą, mama zaprosiła wszystkich do zastawionego stołu i częstowała gorącym płynem, prosto z samowaru. Rozległy się okrzyki i poruszenie było duże gdy okazało się, że zamiast herbaty w filiżankach ział ogniem najprawdziwszy żmudziński Krupnik. Kiedyś spróbowałam, słodki był, palący, aromatyczny, ale przełknąć…., chyba nie udało się, nawet kropelki, żadnemu dziecku. Dorośli podołali temu zadaniu i temperatura rozmów przy stole wzrosła okazale a humory! Ho, ho, śmiano się bez przerwy. To był pierwszy przykład zastosowania samowara. Mogę przytoczyć jeszcze dwa.

Mój syn, który ma bardzo bliski kontakt z naturą i wszystkie swoje dni najchętniej spędzałby tylko tam gdzie jest las, łąka , woda i niebo otwarte nad głową, postanowił kiedyś zabrać ze sobą swój samowar  na wieś. Tak też zrobił, rozbił obozowisko na dywanie mchu, napełnił samowar krystaliczną wodą ze źródełka i wewnętrzny cylinder żarzącymi się węglami z ogniska. Tak przygotowana herbatka smakuje najlepiej, aromatem zachwyca i rozgrzewa nie tylko ciało, ale i myśli. Trzeci sposób hołubienia samowara, to sposób domowy. Będąc u moich młodych kuzynostwa w Warszawie uchwyciłam piękny moment wypoczynku i odprężenia, jakim się oddają w pieleszach domowych przy kominku i samowarze. Właśnie taki zestaw jest idealnie dobrany. Ogień w kominku i samowar w pobliżu, tworzą wspaniałą domową atmosferę. To skupienie nad każdą chwilą jest spełnieniem posłania: Carpe diem. Widać w zaczytaniu Kuzyna i w oczach  Kuzynki. A kot, pieszczoch już przeszedł samego siebie!

Mam takie przesłanie do posiadaczy samowarów – nie wyrzucajcie ich, popatrzcie na nie czule i uświadomcie sobie, że to jest ten „najcieplejszy” element w waszym domu. Na jeszcze cieplejsze odczucia można uwarzyć krupniku. Mam receptę mojej mamy – jeśli ktoś ciekawy.

Ja, na rozgrzanie stosuję herbatki. Nie posiadam samowaru, ale w zupełności wystarcza mi wyobrażenie że herbata którą zaparzyłam jest identyczna z tą….. kiedyś z samowaru, bo umieszczam w małym czajniczku dowolną ilość sypkiej herbaty i zalewam świeżo zagotowaną wodą. W ten sposób uzyskuję świetny aromat naparu. Po 5-10 minutach esencja herbaciana jest gotowa, mogę ją rozcieńczać gorącą wodą i popijać z dużej szklanki. Wtedy mogę oddać się obrzędowi picia herbaty, medytacji, odprężeniu i również gromadzenia sił. Herbata jest bardzo ważnym napojem w moim życiu, nie wyobrażam sobie egzystencji bez możliwości wypicia kilku szklanek herbaty dziennie. To chyba dziedziczony nawyk po przodkach, którzy pili herbatę, przesiadując przy samowarze, niewyczerpanym źródle herbaty. Dzisiaj herbata potrafi dodawać mi nie tylko animuszu, również łagodzi moje animozje. Choćby  te jakie posiadam w stosunku do noblowych wynalazków. Chyba przemyśliwania przy herbacie wpłynęły na łagodniejszą ocenę działalności rodzinki Noblów. Stare przysłowie powiada że „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Może w tym powiedzonku jest dużo przesady ale też trochę prawdy, bo dynamit pomaga ludziom budować drogi, tunele, eksploatować cenne złoża naszej planety, a nitrogliceryna wchodzi w skład lekarstwa, które często ratuje ludzkie życie. Więc złagodniałam w swoich ocenach, zawdzięczam to seansom herbacianym. Nie mogę tylko uwolnić się od myśli że duże pieniądze nagrody Nobla powinny być elementem zwalczającym nędzę i wojny a nie przydzielaną gratyfikacją osobom nawet godnym wielkiego szacunku i uznania. Cóż, co roku wypełnia się wolę Alfreda Nobla, przyznaje nagrody, wręcza się je podczas wspaniałej uroczystości, urządza się bankiet, bal i jak tu podważać taki testament i taką tradycję.

Ponieważ nie potrafię ożywić Donatora aby go przekonać do zmiany testamentu, więc zaparzę herbatkę, zasiądę w fotelu i posłucham preludiów Fryderyka Szopena. Bardzo aktualne w tym roku i przysparzają dużo dobroci i radości życia.

Teresa Järnström Kurowska

PS: Może wojny zginęłyby z powierzchni ziemi, gdyby nagrodą Nobla odznaczać muzykę?

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer