Najlepszego obrazu jeszcze nie namalowałam
Nad obrazami Danki Jaworskiej unosi się atmosfera tajemnicy, odczytywanych palimpsestów, zaginionych kultur. Nie jest to malarstwo ani w pełni abstrakcyjne, ani przedstawiające. Jego wyznacznikiem jest piękno i tajemnica. Jaworska urodziła się w Warszawie w 1951 roku. Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie, później studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i ENSAD, (Ecole Nationale Superieure des Arts Decoratifs) w Paryżu. Wkrótce wyjechała z Polski na stałe.
Jakie były te pierwsze lata? Łatwe, czy ciężkie? Czy decyzja o emigracji była czymś stymulującym w twoim życiu? – Przyjechałam do Szwecji w 1975 roku do Marka, który został moim mężem – mówi Danka Jaworska. – Przedtem mieszkałam i studiowałam we Francji, gdzie swobodnie posługiwałam się językiem francuskim. W Szwecji przeszkadzało mi, że ja z natury gaduła, potrzebująca kontaktu z ludźmi i rozmów, nie mogłam się porozumieć z otoczeniem. Podstawowego szwedzkiego uczyłam się z programów telewizyjnych dla dzieci, a potem szybko się rozgadałam. Tuż po przyjeździe było zbyt wiele codziennych zmagań z przystosowaniem się do życia w nowym kraju, by od razu odczuć stymulację do pracy artystycznej. Szczęśliwie jestem optymistką i jednocześnie wierzę, że gdziekolwiek przyjadę, to ode mnie samej zależy jak odnaleźć się w nowych warunkach. “Rzadko gorący temperament, emocjonalne widzenie świata, ekspresyjne wyrażanie siebie, łączy z pracowitością, doskonale opanowanym warsztatem. Jej talent musi się sprawdzać” – tak pisał o jej twórczości historyk sztuki Wacław Janicki.
– Gdziekolwiek jadę, to po trzech dniach organizuję sobie dom i szybko zaczynam się czuć jak u siebie. Ważne jest dla mnie, by w nowym miejscu znaleźć sobie możliwość do pracy. Może to być działanie artystyczne lub pomoc tym, którzy właśnie w tym momencie chcą ją ode mnie przyjąć. Pamiętam jak kilkanaście lat temu pojechałam do Domu Pracy Twórczej w Grecji. Będąc tam przez kilka tygodni z powodzeniem przygotowałam dużą wystawę moich prac i jednocześnie przeżyłam fantastyczne wakacje. Parę lat temu pojechałam z moją przyjaciółką Krysią Axman do Nepalu. W Katmandu pomagałyśmy naszemu przyjacielowi dentyście współpracującemu z organizacją Lekarze Bez Granic. Codziennie przed południem pracowałyśmy w gabinecie stomatologicznym, nabierając z czasem podstawowych umiejętności, Krysia jako pomoc dentystyczna, a ja prowadząc kartotekę pacjentów. Przez klinikę otwartą dla wszystkich i bezpłatną przewinęło się setki osób, Nepalczycy, uciekinierzy z Tybetu, mnisi i mniszki z pobliskich klasztorów buddyjskich.
W ciągu tych paru tygodni miałyśmy wielką radość, że mogłyśmy być przydatne, a zarazem przeżyć wspaniałą przygodę spotykając nowych ludzi, poznając inną kulturę, tradycję i wędrując po górach. Zostało nam wspomnienie na całe życie. Do Katmandu wróciłam po kilku miesiącach. Zainspirowana kulturą postanowiłam przeznaczyć mój pobyt na pracę artystyczną. Zabrałam ze sobą parę pędzli, nożyczki, puszkę kleju stolarskiego i aparat fotograficzny. Resztę materiałów znalazłam na miejscu. W ciągu miesiąca powstały collage z nepalskich przepięknych, wyjątkowo kolorowych, ręcznie robionych papierów, duże obrazy ze zszywanych z kawałków jedwabiu i brokatu. Prace te do dziś pokazuję na wystawach.
Często wspominam jakie ciepło i przyjaźń mnie spotkała w Nepalu. Mimo że jest tam wiele niesprawiedliwości, sytuacji i zachowań, których ja, jako Europejka, nie mogę zrozumieć i zaakceptować, to jednak jako gość byłam wspaniale przyjęta. Podobnie potraktowano mnie w Szwecji. Ja sama staram się, by zachować się stosownie do zaproszenia, “wejdź w mój dom, drzwi są otwarte”. Nie krytykuję cudzego domu i cudzych wyborów, tylko dlatego, że mi nie odpowiadają, jednak zapytana o sąd odpowiem zgodnie z tym, co czuję i na czym się znam. Stale szukam nowych form wyrazu. Eksperymentuję na blasze aluminiowej, na desce, czy tak jak podczas pobytu w Katmandu, bawię się papierem i tkaniną. Szukam stymulacji w pracy. Lubię odkrywać nowe techniki, zaskakiwać samą siebie. Zajmuję się też grafiką, sitodrukiem, litografią, technikami stosowanymi w metalu.
Karol Irzykowski: “Indywidualność cenna jest nie jako jeszcze jeden nowy, odrębny okaz, lecz wtedy, gdy daje coś obiektywnie cennego, gdy wyłania z siebie wartość”.
– Od paru lat współpracuję wspólnie z Tadkiem Szymońskim i architektami, pomagając im rozwiązywać problemy kolorystyczne i stylistyczne wnętrz. Z Tadkiem znamy się ze studiów na akademii. Te wspólne lata bardzo nam procentują, podobnie jak wyniesione ze studiów przygotowanie do pracy zespołowej. W pracy ze sztabem ludzi odnalazłam przeciwwagę do mojego samotnego tworzenia w pracowni. Zarówno jedna jak i druga praca, daje mi ogromnie dużo satysfakcji. Przez 25 lat pobytu w Szwecji miałam ponad 70 wystaw indywidualnych, w Europie i na świecie. Jako projektant wnętrz jestem dumna z kilku realizacji. Już dwa lata bierzemy udział przy przebudowie pomieszczeń biurowych Svenska Spel w Sundbybergu i w Visby, wcześniej stworzyliśmy nowe pomieszczenia biurowe dla Scandinavian Leisure Group w budynku Dagens Nyheter w Sztokholmie. Te kilkusetmetrowe powierzchnie urządziliśmy jako otwarty krajobraz z przewaga elementów śródziemnomorskich i azjatyckich. Projektując wnętrza możemy nie tylko realizować nasze pomysły i eksperymentować. Satysfakcje przynosi też stworzenie miejsc pracy, do których ludzie przychodzą codziennie z radością.
Józef Czapski: „Malarstwo jest muzyczną rozkoszą, tonów najrzadszych, najprostszych, z których malarz tworzy obraz świata…” – Malowanie jest samotnością. Poza tym jest tak, że tego co malujesz, nie musisz zaraz sprzedać. Nie ma tego musu. Ja maluje, bo ja to lubię. Poza tym wydaje mi się, że obraz jest moim sposobem komunikacji z ludźmi. Kiedy jest się w pewnym wieku, to dochodzi się do wniosku, że nie wszyscy muszą nas lubić. Musiałabym pozbawić się części osobowości, żeby być lubianą przez wszystkich. Tak samo jest z malarstwem. W momencie, kiedy się poddam temu, co ludzie by chcieli, to zatracę siebie. To nie ma najmniejszego sensu. Gdy mam mieć wystawę i właściciel galerii pyta się: ”Co będzie?”. To ja mówię, że nie wiem, że to będzie niespodzianka również i dla mnie. To jest rozwój, który się dokonuje. A najpiękniejszy obraz? Najpiękniejszy obraz może namaluję jutro…
Twórczość Danki Jaworskiej ma niezwykle humanistyczny charakter. Jej obrazy są przesycone ciepłem i kolorem, a centralną postacią malarstwa jest zawsze postać kobieca pokazywana tak abstrakcyjnie, że każdy może się z nią utożsamić. – Najbardziej lubię to, co maluję dziś. Nie namalowałam obrazu. Mówię sobie, że pora wziąć się za ceramikę. Bo jak mi oczy wysiądą to muszę mieć inną możliwość pracy. Czyli tak jak Georgia O’Keeffe – jak jej już przestały oczy pracować, to zaczęła robić piękną ceramikę. Maluje na płótnie, na papierze, na desce, na płycie aluminiowej… Mam cały zestaw na tkaninach, które wyglądają jak stare chorągwie. Nie należy się bać, trzeba próbować. Robić to, co potrafię, a raczej to, czego nie potrafię jeszcze. Kopiowanie samej siebie jest najmniej twórcze. Śmiało można powiedzieć, że są pewne figury, pewne nastroje, które powtarzam. To ma raczej związek z moim charakterem. Nie mam potrzeby namalowania bukietu kwiatów, pomimo że kiedyś to przyjdzie. Mam też ciągoty do abstrakcji: pragnę wybrać złoty środek. Robię dyptyki, albo tryptyki; jeden jest dosyć realistyczny, drugi zaczyna być powierzchnią abstrakcyjną. Symbolika, kaligrafia, której poświęcam teraz dużo czasu, to też jest wyzwanie. Danka Jaworska wystawiała swoje prace w Szwecji, Polsce, Niemczech, Szwajcarii i we Włoszech. Jej obrazy reprezentowane są w wielu muzeach w Europie, Ameryce, Japonii i Australii. – Czy to cokolwiek przedstawia? Tak, dokładnie to, co ty na ten temat myślisz. I to, z czym ty to sobie skojarzysz. Na tym właśnie polega dialog. Ja coś ci daję, ten obraz do przemyślenia, a ty wracasz, ze swoimi reakcjami, ze swoimi przewartościowaniami. To jest właśnie mój specyficzny sposób rozmowy, kontakt z innymi.
Opr. Michał Moszkowicz

