DSC_0351

Nazwisko Buczek poznałem dawno temu, kiedy podczas pobytów w Polsce zawsze odwiedzałem Marka Gaszyńskiego, jednego z najlepszych znawców muzyki w Polsce. Na przyjęciach urodzinowych w ogrodzie, obok jego domu, tradycyjnie odbywały się wielogodzinne opowiadania na temat jazzu.

Spotykali się tam wybitni wykonawcy tego gatunku muzyki. Marek był ekspertem w tej dziedzinie i jego wiadomości wciągały mnie do „krainy jazzu”. Przyznaje, że ten styl muzyki był mi zupełnie obcy. Przy cichym akompaniamencie organów, za którymi zasiadał mistrz Krzysztof Sadowski, często podchodzili nowi muzycy ze swoimi instrumentami i grali razem z nim. Kilka utworów śpiewała Lilianna Urbańska, a Marek zaczynał swe unikalne opowiadania. Jak pamiętam i domyślałem się ważności faktów poruszanych niemal zawsze, była to orkiestra Wicharego i zaraz, na samym początku opowiadania po krótkim namyśle i nieco podniesionym głosie Marka, padało właśnie nazwisko Buczek. I imię które utkwiło mi w pamięci – Bruno.

Bruno Buczek – to nazwisko słyszałem potem wiele razy. Nawet tu w Szwecji, kiedy spotykałem Mietka Wadeckiego, założyciela jazzowego zespołu Warszawscy Stompersi. On również z wielkim szacunkiem wspominał to nazwisko. Zapytałem z czystej ciekawości, kto to był, że o nim tak głośno. Wychowałem się na rock & rollu i pop muzyce, a jazz był tak dla mnie obcy i o znanych nazwiskach nie miałem zielonego pojęcia. Mietek niemal się zirytował, kiedy zapytałem, kim był Bruno Buczek. „To ty tego nie wiesz. On grał z nami w Stompersach! Ale to nie wszystko – orkiestra Wicharego skupiała najzdolniejszych muzyków, a Bruno był przysłowiowym „królem puzonu”. Każdy chciał mieć go w swojej grupie muzycznej. Bruno mieszkał w Szwecji, w Malmö, jak przyjedzie do Sztokholmu, to się spotkamy i go poznasz lepiej”.

Dla mnie, jako nowicjusza w jazzowym klimacie, było to wielkim marzeniem. Niestety, Brunona nigdy nie spotkałem. Odszedł dość wcześnie do „niebieskiej orkiestry”. Zmarł w 2015 roku zostawiając w mojej pamięci wielką pustkę niedopowiedzianej historii o kimś bardzo ważnym w muzyce jazzowej.

Po paru latach mój kolega, znany muzyk i kompozytor Zbyszek Bizon, zaprezentował mi film nagrany w Polsce podczas tournée Czerwono-Czarnych z okazji 60. lat powstania tego zespołu. Pod koniec filmu przewijają się nazwiska wykonawców i zaraz po Ryszardzie Poznakowskim i Zbyszku Bizonie, wielkimi literami pojawia się Vivian Buczek. Cofnąłem ten film wiele razy i odsłuchiwałem go. Viviana wcieliła się w rolę Kasi Sobczyk i Helenę Majdaniec. Oczarował mnie jej głos i swoboda, z jaką poruszała się ta młoda dziewczyna w repertuarze lat 60-tych. Już wtedy wiedziałem, że to gwiazda, ale jeszcze nie wiedziałem, że to piosenkarka jazzowa. I to wielkiego kalibru.

Dosłownie parę dni później Marek Gaszyński dzwoni do mnie z prośbą o kontakt z rodziną Bruno Buczka. Poszukiwał materiałów do nowej książki o tematyce jazzowej i raz jeszcze pada to nazwisko. Zadzwoniłem do Vivian. Odebrała telefon przemiła osoba, ale zorientowałem się, że miała zbyt mało czasu, żeby coś więcej opowiadać o swoim tacie, którego już z nimi nie było. Zaprosiła mnie na swój koncert w Sztokholmie na Huddinge Jazz Festiwal w roku 2024. Festiwal odbywał się w amfiteatrze w parku. Przyszedłem dużo wcześniej z gazetą dla Vivian, w której pisałem o początkach jazzu w Polsce o Warszawskich Stompersach, o jej ojcu i już wtedy wspomniałem o niej w moim artykule. Aż wstyd mi się zrobiło, że tak mało o niej wiedziałem i do tego spotkania zupełnie nie byłem przygotowany.

Dwie godziny przed występem Vivian Buczek zgromadziło się, lekko licząc, 1000 osób. Na scenie zbierała się 20-osobowa orkiestra Sandviken Big Band. Podkreślam raz jeszcze, że to elitarny styl w muzyce, na który publiczność nie przychodzi przypadkowo. Poznałem wtedy fotografów, którzy specjalizują się w zdjęciach znanych wokalistów i wokalistek jazzowych i podążają za nimi niemal krok w krok podczas ich tournée. Jednym z nich był Tommy Jonzon, który podczas dwugodzinnego koncertu opowiadał mi o Vivian. Był bardzo zdziwiony, że wiem o niej tak mało. Jego opowiadania o jej koncertach wzbudziły we mnie jeszcze większą ciekawość poznania jej wielkiej kariery i sukcesu w tej trudnej branży muzycznej.

Od tej pory rozmawiam z Vivian od czasu do czasu i śledzę jej trasy koncertowe. Fotograf Tommy prezentuje jej zdjęcia niemal z każdego występu. Coraz częściej pojawiały się zdjęcia Vivian z Victorią Tołstoj, Rogerem Pontare i najbardziej znanymi muzykami jazzowymi w Szwecji. To przykład wielkiego sukcesu, który tworzy tylko talent.

W przypadku Vivian to talent odziedziczony po rodzicach. Jej mama Krystyna była również wybitną wibrafonistką. Grała w żeńskim zespole Klipsy akompaniującemu Mieczysławowi Foggowi. Tak, to odlegle czasy, ale wartościowe dla Vivian, kiedy jeszcze była dzieckiem. W jej domu oprócz rodzinnej harmonii muzyka była bardzo ważna. Wraz z mamą i tatą odbywały się pierwsze lekcje gry na instrumentach. Jej mama grała również na fortepianie i mała Vivian już w wieku 5 lat znakomicie opanowała ten instrument.

Vivian często opowiadała w swoich wywiadach o tym, że urodziła się w Malmö, ale zawsze podkreślała swe polskie korzenie. Jej rodzice przeprowadzili się do Szwecji na stałe w 1970 roku. Vivian urodziła się w 1978 i od najmłodszych lat miała muzykę w duszy i we krwi, ponieważ wychowywała się w muzycznej rodzinie, gdzie jazz blues soul i swing płynęły nieustannie. Podobnie jak polska i szwedzka tradycja jazzowa, która ukształtowała jej dwujęzyczne dzieciństwo z tradycjami jazzowymi dwóch krajów.

Jej przygoda z muzyką zaczęła się dość wcześnie pobrzękiwaniem na pianinie. Interesowała się wtedy białymi i czarnymi klawiszami w tym instrumencie, które przy uderzeniu wydawał dziwne dźwięki. To był ważny sygnał dla jej rodziców i postanowili rozwijać jej pasję. Już jako pięcioletnie dziecko zaczęła naukę na tym instrumencie. Ale kiedy rozpoczęła edukacje w szkole podstawowej, nastąpiło lekkie zmęczenie muzyką spowodowane jakby zazdrością, że jej rodzice właśnie przez muzykę nie mieli wystarczająco dla niej czasu. Ponownie poczuła magię muzyki mając 18 lat i rozpoczęła swą pasję na studiach w Wyższej Szkole Muzycznej w Malmö. Wtedy też zaczęła pierwsze występy wokalne przed prawdziwą publicznością. Niemal od razu przypadł jej do gustu jazz, ten nie najłatwiejszy styl w muzyce. Jej decyzję przeważyła wolność w interpretacji. Właściwie ten sam numer można zaśpiewać podobnie, ale inaczej, dodając od siebie coś nowego – podkreśla Vivian.

Trudno jest ją sklasyfikować i połączyć z kimś, kto inspirował ją od początku. Ale zauważalny jest u niej wpływ Elli Fitzgerald. Zaczęła też próbować i tworzyć własne kompozycje. Ale do tego potrzeba spokoju i wiele czasu. Utwory skomponowane przez nią zdobyły uznanie szwedzkich krytyków jazzowych. Przecież wraz ze swym ojcem, puzonistą Bruno Buczkiem, Vivian skomponowała pierwszy utwór „Once You Love”. Często w swych tekstach opowiada o życiu z perspektywy kobiety, nadając głos kobiecym doświadczeniom w oparciu o osobiste muzyczne wzorce. Są to niemal opowiadania: jak to być mamą, córką, przyjaciółką i partnerką. O tym jak to jest pochodzić z innego kraju. Doświadczenia, które wielu z nas może uznać za bliskie. Vivian w swoich programach oddaje hołd swoim największym inspiratorom – Elli Fitzgerald, Monice Zetterlund, Ninie Simone i innym.

Vivian Buczek to dynamiczna, spontaniczna wokalistka, ceniona w Szwecji i za granicą. Wyraźnie rządzi na scenie i opanowała idee jazzu z pokorną naturalnością, niezależnie od tego, czego się podejmuje. W ostatnich latach Vivian stała się jedną z najlepszych wokalistek jazzowych w Szwecji. Jej muzykalność ma w sobie cudowne i szczere wyczucie tego stylu. Od wielu lat współpracuje z czołowymi szwedzkimi muzykami i tu wyjątkowo muszę wspomnieć Claesa Crona, Jana Lundgrena i trębacza Petra Asplunda. Właśnie z jego udziałem miałem okazję obejrzeć i wysłuchać ostatniego koncertu w sztokholmskim klubie jazzowym Fasching w programie świątecznym “The Christmas Feeling”. Vivian ubóstwia również bogaty dorobek muzyczny Michela Legranda wykonując pełne empatii interpretacje. Program zawdzięcza swą nazwę kompozycji Petera Asplunda „Le Grand Michel”. To nic innego jak hołd dla kompozytora. Vivian otacza się bardzo często najlepszymi muzykami, którzy zasługują na szczególne uznanie za inspirujące akompaniamenty i dobrze skomponowane partie solowe. Są to często dwudziestoparoosobowe big-bandy jazzowe. Jest niezwykle ceniona nie tylko za śpiew, ale za humor i uśmiech, co nie jest zawsze popularne na szwedzkich scenach. Kiedy tylko wkracza na scenę publiczność się uśmiecha, bije brawo, często wstając, żeby ja przywitać.

Kiedyś podczas naszej rozmowy chciałem się więcej dowiedzieć o jej podbojach w Polsce. Zawsze bywając w Warszawie odwiedza klub jazzowy Tygmont. Występowała tam z Wojciechem Karolakiem i śpiewała wraz z Andrzejem Dąbrowski. W lecie 2025 roku wystąpiła w dwudziestej pierwszej edycji programu ENERGA LADIES JAZZ FESTIVAL 2025 w Gdyni.
A jakie ma Vivian marzenia? Odpowiedziała mi skromnie, że marzy koncertować po całym świecie i śpiewać w wielu krajach przy akompaniamencie światowych muzyków jazzowych. Z wielkim powodzeniem podbiła już Londyn, występując w najsławniejszym klubie jazzowym Ronnie Scott`s Jazz Club. Z wielkim zainteresowaniem odbyły się jej występy w Hiszpanii w Barcelonie, gdzie otrzymała bardzo pozytywne recenzje.

Życzę jej, aby została kolejną królową światowego jazzu. W najbliższej przyszłości chciałbym ją podziwiać na najbardziej znanym w Europie festiwalu jazzowym w Montreux.

Marek Lewandowski 

Foto: M.Lewandowski

 

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer