Skorpionowe banialuki
Nie mam już celów ani dążeń. Co mam? Mam potrzebę pisania. Omijam z premedytacją „twórczość” bo co to za twórczość, godzina dziennie, do tego wczesnym rankiem? Prawdziwy twórca co dnia śpi do południa! Więc kto jestem ja? Bezmyślnym zaspokajaczem pragnień, takim alalustrem odbijającym w przypadkowy sposób wszystko, co się nawinie do zobaczenia.
O czym tu pisać? O czasie? Nie, bo nie jest to czas przyjazny „czasowi”. Świat? Świat wydaje się zakończony, sprawa zamknięta, zamek z piasku gotowy do zmycia falą czasu. Tragedia? Nie, to nie ta konwencja. Patos? Patos śmieszny jest i tu nie na miejscu, bo nigdy na miejscu. Dusza i konwencja zbawienia? Czyli tak wszystko, że nic? Należałoby może opracować własną koncepcję zbawienia i tu od razu myśl: Może właśnie na tym polega idea zbawienia?
Tak jak nie wiem czego potrzebuję duchowo, tak wiem czego wymaga ode mnie moje ciało. Znam je i wiem jak się z nim obchodzić, żeby było w porządku i wszystko się udało. Wiem, ale brak mi samodyscypliny i cierpliwości, wiec jest jak jest.
Cele? Cele wielkie, cele małe. Umyć zęby, posłać łóżko, napisać arcydzieło. Tęsknota? O tak! Subtelne i wielorakie chcenia, których niestety w żaden sposób nie zaspokoiłem i nigdy nie zaspokoję. Przetrwać, oto zadanie na dziś. Pożądania? Daj pan spokój.
Wiara? Rodzaj doświadczenia zdobywanego zwiadem, by rozpoznać istnienie sił wyższych. Mi bardzo konweniujące zajęcie, pod warunkiem że bez religii. Bliższy mi, jak koszula ciału gombrowiczowski dylemat: Człowiek twórcą formy. Miotanie się w nieznanych i nierozszyfrowywalnych kierunkach.
Zodiak? O tak! Znaki zodiaku należy traktować absolutnie poważnie. Wyczytałem tam przeraźliwie prawdziwe fakty, o przebywaniu w sferach niezwykłych. Własne doświadczenia mówią mi, że takie terytorialne rozszerzenia są możliwe. Doświadczać, ale nie wywyższać się. Zostawiać przestrzeń dla wahań. Jako klasyczny Skorpion czepiam się całe życie moich wrogów. Na całe szczęście tylko pamięcią. Niesłychanie świeżą pamięcią, czepiam się najdrobniejszych, całe wieki temu na mnie poczętych grzeszków. Koszmar.
Śmierć. Śmierć dwa razy się nie zdarza. Banalne zdanie, na całe szczęście nie moje. Śmierci ty moja, przyjaciółko serdeczna, niesłusznie byłoby i z krzywdą dla ciebie wierzyć, że osobno jesteśmy. Nie jesteśmy. Razem jesteśmy i żadne tam, że ty mnie unicestwiasz, to ja ciebie całe życie podkarmiam.
Pacholęciem chowałem się tam, gdzie statki się kołyszą. Miłoszowi pięknie się kołysały okręty, wielki poeta miał uroczą obsesyjkę okrętów. Jeszcze nie zająłem się odpływaniem, ale tu wszystko już znam na wylot, czas zatem zwolna rozpoznawać teren tam.
Co teraz? Teraz wróciłem z poniedziałkowego tenisa, kończę ten, jak mawia mój przyjaciel Zygmunt B. prztyk, i zabieram się do zapisania na czysto.
Andrzej Szmilichowski
