Żelazko_na_duszę

Podczas rozmyślań nad banalną częścią mojej egzystencji doszłam do wniosku, że chaos, bałagan, brud-kurz i rozpad są wieczne. Porządek, ład, czystość są chwilowe i krótki jest ich byt. Prawidłowa działalność człowieka polega na ciągłej walce z chaosem. Chyba właśnie tu leży sens naszego życia.

Konstruujemy, budujemy, urządzamy, sprzątamy, czyścimy, układamy. Może zostaliśmy stworzeni by zaprowadzić wreszcie porządek i zwalczyć chaos. Jeszcze daleka droga przed nami. Jak zwalczyć coś co jest wieczne? Jak zwalczyć zło, skoro potrafi przenikać ono nie tylko każdą strukturę świata ale i nasze najgłębsze komórki.  Chociaż chaos, brud, choroby nazywam złem a porządek, czystość, zdrowie (materialne i duchowe) – dobrem, to nie mogę zaprzeczyć wypadkom gdy, jak mówi przysłowie: „nie ma tego złego co by nie wyszło na dobre”. Czasami, czasami! Typowym przykładem chaosu jest wojna. Może być nawet skrupulatnie zaplanowana, według zasad ładu, to celem jej jest zdobycie władzy poprzez napaść, niszczenie i zabijanie. Zdarza się czasem, że chaos wojenny przyczynia się do powstania nowych rozwiązań służących nie tylko przemysłowi wojennemu. Ktoś może wnioskować, że to wojna, chaos przyczyniły się do postępu. Owszem, wzmożona aktywność umysłów w ekstremalnych warunkach sprzyja tworzeniu i wyszukiwaniu nowych wynalazków, lecz nie można, wobec takiego zjawiska, usprawiedliwiać wojny. Człowieka stać na wspaniałą twórczą działalność w okresach pokoju. Przynosi ona dużo więcej korzyści powołaniu naszego życia. Może wydawać się to zbyt górnolotnym twierdzeniem, bo nie zdajemy sobie na co dzień sprawy z tego, że większość naszych czynności, skromnych, prozaicznych czy wielkich, wspaniałych to realizacja ciągłej walki z chaosem. Potrzeba tej realizacji jest elementem człowieczeństwa. Budujemy domy, miasta, maszyny, wszystko aby ułatwiać, uładzać życie. Od wielkich projektów do małych skromnych, domowego użytku. I to od wieków, ciągle, wytrwale, z postępem. Może należałoby przeprosić ewentualnego czytelnika za to, że po takim patetycznym wstępie chcę przytoczyć żelazko do prasowania jako przykład jednego z narzędzi służących do tak wzniosłych celów. Może niezauważalnego  w ogólnej walce, ale bardzo konkretnego i bardzo potrzebnego do utrzymania ładu. Nie ludzie od wielkich spraw, nie wielcy przedsiębiorcy lecz zwykłe praczki, szwaczki i krawcy, gospodynie domowe, a później już fabryki materiałów tkackich i fabryki ubrań, wiedzą w jaki sposób można pognieciony, pozbawiony blasku i potrzebnej formy materiał przetworzyć w piękną tkaninę czy ubranie, wszystko w imię tak potrzebnej estetyki. Pierwsze żelazko, które ujrzałam wśród stosów śnieżnobiałej pościeli, pachnącej wiatrem i sosnami, było żelazko na węgiel. Tak się w domu mówiło.

Żeliwne, dość duże, z otworami po bokach i pokrywą umieszczoną na zawiasach, tak aby można było otwierać jego wnętrze. Pokrywa miała drewnianą rączkę, bezpieczne umocowaną dość wysoko nad rozgrzanym do czerwoności ciałem żelazka. Energię cieplną tego ciała uzyskiwano z rozżarzonych węgli powstałych podczas spalania polan drzewnych, w piecach domostwa. Dokładnie tak samo jak do samowaru. To było pierwsze żelazko jakie pamiętam. Prasowanie jest uwieńczeniem całego procesu prania. Główną rolę Praczki spełniała Anielcia. Dzielna i silna potrafiła podołać wysiłkom jakie wymagało pranie i prasowanie. Najpierw wybierała z kosza chaotycznie stłamszoną brudną bieliznę i poddawała ją namoczeniu. Po czym prała ręcznie, posługując się gorącą mydlaną wodą i tak zwaną metalową tarką. Ten sposób był już dużym postępem w porównaniu z obrazkami przedstawiającymi kobiety piorące nad rzeką i trące bieliznę na kamieniach. Więc, co za postęp – Anielcia miała do dyspozycji gorącą wodę, nagrzaną na piecach, i tarkę w drewnianej balii. Po praniu gotowała bieliznę w dużym kotle na dworze. Po tym zabiegu następowało płukanie bielizny. Czasem w pobliskim jeziorze, gdzie, za tamtych czasów woda była tak czysta jak woda do picia. Po płukaniu bielizna wracała w baliach na wozie do domu i pozbawiana nadmiaru wody za pomocą wykręcania w silnych uściskach Anielcinych dłoni. Suszenie odbywało się na dworze gdzie słońce i wiatr latem oraz mróz w zimie (za pomocą zjawiska sublimacji) usuwały z niej resztki wody. Czasem bielizna a najczęściej obrusy, były krochmalone i wymagało to dodatkowej pracy. Po płukaniu zanurzano obrusy w roztworze wodnym krochmalu, wykręcano i suszono z resztą bielizny. Słowo „bielizna” odpowiada znaczeniu tej nazwy. Wszystkie tkaniny białe lniane i bawełniane poddawane były powyższym procesom i przy okazji prania bardziej wybielane. Czasem jeszcze dodatkowo układane na trawie podczas słonecznych dni. Wypada nadmienić że Anielcia nie była pozostawiona całkiem bez pomocy bo domownicy, w razie potrzeby, pomagali przy praniu. Zapłatą był cudowny zapach wypełniający cały dom, uczucie czystości i jasność bieli. Szczególnie zimą, przed bożym Narodzeniem będzie na czasie wspomnieć o świątecznym kisielu z żurawin, który nie różni się wiele od krochmalu Anielci. Mąka kartoflana, zagotowana w dowolnej ilości wody pęcznieje i zamienia się w bezbarwny żel nadający się nie tylko do usztywniania bielizny, ale do wielu produktów spożywczych, a tym samym do przygotowania świątecznego kisielu. Gorący sok  żurawinowy zaprawiony mąką kartoflaną i przegotowany z dodatkiem cukru, daje po ostudzeniu pyszny deser wigilijny. Dodatek śmietanki lub mleka podwajał smakowitość.

Ostatnim etapem domowej akcji: „pranie”, był proces prasowania. Pomijam czynność maglowania, którą czasem stosowano i która nigdy nie daje tak  pożądanych efektów jak prasowanie. Widzę Anielcię wśród białych płacht. Co rusz unosi je do góry, wyprostowuje, wysoko nad głową, niby rozwarte skrzydła anioła. Pomyślałam, że zaraz uleci do góry, ale ona układa płótno na desce do prasowania, unosi z podstawki żelazko i rozpoczyna gładzenie nim powierzchni materiału. I tak przez długie godziny przeplatają się moje fantastyczne wizje z prozaicznymi czynnościami prasowania. Żelazko, którym prasowała Anielcia, pamiętam dobrze, zbyt często przyglądałam mu się. Próbowałam sama nim prasować, ledwo mogłam je unieść, było bardzo ciężkie. Wielki podziw budziła we mnie siła i sprawność Anielci. Potrafiła nie tylko pracować na tak ciężkim sprzęcie i do tego z anielską cierpliwością, lecz co pewien czas oczyszczać jego wnętrze z nagromadzonego popiołu. Wychodziła za każdym razem na dwór i wahadłowym ruchem powodowała wydmuchiwanie resztek nie spalonych węgielków i popiołów z wnętrza żelazka. Po czym wracała do czynności prasowania. Nie mogłam zrozumieć jak jej się udawało nie zaprószyć, nie zabrudzić nie spalić bielizny, która po prasowaniu była nadal nieskazitelnie czysta. Dużo większym ulepszeniem i ułatwieniem tego rodzaju pracy stały się tak zwane żelazka na duszę. „Duszą” był żeliwna bryłka o kształcie wnętrza żelazka, nagrzewana do czerwoności w paleniskach domowych pieców. Za pomocą długich mocnych szczypców wyjmowało się ją z pieca i wkładało do wnętrza żelazka. Jeszcze inny pomysłowy sposób nagrzewania żelazek, już na skalę drobnego przemysłu, poznałam dopiero nie tak dawno w jednym ze sklepów tzw. loppis. Zachwyciłam się pomysłowością. Na okrągłym, żeliwnym piecyku, umieszczono osiem płaskich żelazek w pozycji półleżącej. Rozniecany ogień w środku piecyka, rozgrzewał żelazka, które można było ciągle zamieniać z ochłodzonych na bardziej rozgrzane. Piecyk, dziewiętnastowiecznym zwyczajem ma ładnie uformowane podium z ozdobami, drzwiczki do napełniania go materiałem palnym (z pewnością drzewnym) i na górze otwór, który miał służyć do odprowadzania dymu z piecyka. To były czasy…… początków industrializacji!! Takich przykładów, z pewnością jest  wiele. Porównuję często przykłady dawnej dbałości o czystość i schludny wygląd ubrań, pościeli, bielizny haftowanej z pietyzmem, poddawanych czynnościom prania, godnym obrządku religijnego. Dziwi mnie stan obecny, gdy dzięki nowoczesnym maszynom kwestia prania czy prasowania nie wymaga wielkiego wysiłku lub nakładu czasu a wygląd naszych powłok zewnętrznych i temu podobnych jest bardzo często niechlujny i niedbały. Czy pociąga nas wątpliwy czar chaosu? Nowoczesne żelazka nie mają „duszy”. Mają wodę w środku. Podobnie do gazowanej u wielu głów na wielkich stanowiskach.

Teresa Järnström Kurowska

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer