Z radością i szczęściem pod rękę
LEAD Technologies Inc. V1.01
Poesi är en port direkt till själen. Słowa znanego szwedzkiego poety a jakby o Niej, młodziutkiej warszawiance Zosi, piszącej po spacerze w Alejach wiersz o radości:
W piękny słoneczny dzień,
Gdy wszystko się śmieje,
Gdy wszystko jest takie młode, świeże, piękne,
Iść na samotny spacer daleko w Aleje,
Z radością i własnym swym szczęściem pod rękę.
Mieszkała w Niej polskość Tuwimów i Słonimskich, korczakowska miłość, mieszkała wrażliwa dusza humanisty z kości i krwi.
Zofia Wróblewska, z domu Rozenthal, urodziła się 19 sierpnia 1920 roku w Warszawie, zmarła w Sztokholmie 8 grudnia 2005-go roku. Pozostawiła w smutku trzech synów, Mariana, Gabrysia, Romka, ich żony, wnuki. Żegnali Ją przyjaciele i znajomi, oraz uczennice, uczennice, uczennice…
Całe życie Zofii wypełnione było nauką. Początkowo własną, ukończyła pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim, potem, aż do emerytury, nauczaniem innych. W czasie niemieckiej okupacji uczyła na tajnych kompletach i udzielała korepetycji. Tuż po zakończeniu wojny pracowała w szkolnictwie podstawowym, potem wiele lat w Studium Pomaturalnym, a także wykładała na Uniwersytecie Warszawskim. Po emigracji do Szwecji, w 1970 roku, uczyła nauczycieli języka ojczystego w sztokholmskiej Lärarhögskolan. Napisała wówczas podręcznik uwzględniający specyfikę nauki języka polskiego na obczyźnie. Działała społecznie, razem z mężem Michałem „Miszą” Wróblewskim (w latach 30tych ubiegłego wieku bursistą i młodszym wychowawcą u Janusza Korczaka) stworzyli Sztokholmski Komitet Korczakowski.
I ciągle tęskniła za Warszawą. Za teatrami, książkami, ulicami, ludźmi. Emigracja odcięła Ją od energii napędzającej wrażliwość Jej duszy, od polskiej kultury. Pisała więc listy, setki pięknych listów wysyłanych pod wiele adresów na całym świecie, ale głównie do Warszawy. W ostatniej woli prosiła aby nad jej trumną zagrano „Piosenkę o mojej Warszawie”.
Gdy odwiedzała Ciechocinek, coroczna tam wizyta budziła łańcuch aktywności Jej uczniów. Nawet nie zawsze uczniów, ich dzieci i wnuków. Witali Zofię na Okęciu morzem kwiatów, dopytywali się o zdrowie, a potem ktoś z młodszych wiózł ją aż do Ciechocinka, pod same drzwi pensjonatu.
Jej odejście obudziło wspomnienia i wrażliwość wielu ludzkich serc. Pisze Lena Zarzycka, siostrzenica Zofii: Nauczyła mnie wielu rzeczy – czytać na głos, lubić poezję, rozumieć literaturę XIXgo wieku, interpretować teorię Freuda, grać w kanastę. Jednak najważniejszą lekcją cioci Zosi był jej sposób bycia, szanowanie przyjaciół, wychowanków, znajomych, oraz ludzi-którym-trzeba-pomóc, nazywała siebie „fabryką zmartwień”. Pisze Irena Rybczyńska-Holland: Najważniejszą cechą w postawie Zosi była miłość do ludzi. Do tych najbliższych, ale nie tylko. Zosia pochylała się z troską nawet na tymi, którzy – w potocznym rozumieniu, nie zasługiwali na to, byli odrzuceni. Była człowiekiem dużego formatu.
Cieszę się ogromnie, że dziś świeci słońce,
Że kwiaty pachną i piękna jest pogoda,
Że ludzie tacy radośni,
Bo weszła w nich wiosna,
Że jestem młoda, taka młoda,
Że niebo takie niebieskie,
Że piękny jest świat,
Że jest mi tak radośnie,
Że mam szesnaście lat.
asz
