Tygiel
Była szkoła, Technikum na ulicy Lastadia, w Gdańsku. Uczono tam chemii i technologii spożywczej, imienia Marii Skłodowskiej-Curie. Brzmiało to dumnie i nadawało szkole pozycję prestiżową. Począwszy od dyrektora, wszyscy nauczyciele i większość uczniów a na końcu też państwo dozorcowie, całe szkolne społeczeństwo zgodnie głosiło, że ich szkoła jest najlepszą ze szkół na Wybrzeżu. Było im dobrze z tym i mieli też dużo racji. Technikum Przemysłu Spożywczego i Chemicznego cieszyło się ogólnym uznaniem.
Mieściło się ono w starym budynku byłej niemieckiej szkoły, chyba też jakiegoś gimnazjum. Budynek, choć stary, nie przypomina rudery, przeciwnie, to czteropiętrowy gmach, ciągnący się wzdłuż ulicy Lastadia, równolegle do biegu kanału rzeki Motławy, tuż za zielonym skwerkiem, wysadzanym drzewami. Nad kanałem, w małym budyneczku, znajdowała się kajakowa przystań. Między budynkiem szkoły a nabrzeżem, zwrócony wejściem do skwerku, stoi drugi okazały budynek, gdzie był internat, szkolna stołówka i lekarski gabinet. Godność iście napoleońską przedstawiał Dyrektor Technikum. Wystarczyło wejść do środka budynku szkoły, minąć dyżurkę i stanąć w foyer, przed szerokimi schodami, prowadzącymi na pierwsze piętro; tak, ..tyle wystarczyło aby poczuć na sobie baczne i przenikliwe spojrzenie. Przychodzień unosił głowę do góry i ukazywała mu się postać mężczyzny w ciemnym płaszczu, z jedną ręką wsuniętą za połę płaszcza na piersi i drugą schowaną za plecami. Brakowało mu tylko napoleońskiego kapelusza, ale to nie było ważne. Wszyscy wiedzieli, że on jest naszym Napoleonem. On też w to wierzył. Wyróżniał się od wszystkich z całego grona nauczycielskiego tym że znał język francuski i jawnie uwielbiał Edith Piaf, i jeszcze tym, że jego żona podzielała męża zamiłowania. Nic więcej nie zdradzał swoim szkolnym kolegom i koleżankom. Tak jakby pozostawiał im miejsce na domysły i plotki. Ciekawa to była postać i odważna. Bo kto to widział, żeby jakiś dyrektor szkoły (musiał być partyjnym, bo inaczej nie byłby dyrektorem za czasów Polski Ludowej) postępował tak nietypowo.
W jego wystąpieniach były poruszane sprawy organizacji pracy w technikum, sprawy konkretne, dotyczące nauczycieli i uczniów, ale nigdy to co miałoby charakter propagandowego żargonu prominenta, jakim posługiwali się inni dyrektorzy czy nauczyciele. Jego wypowiedzi były krótkie, rzeczowe a postanowienia i rozkazy nie podlegające dyskusji. Jednak zawsze uwzględniające dobro uczniów na pierwszym miejscu i na drugim, nauczycieli. Potrafił być groźny i niedostępny lub miły i pomocny. Raz, a może nie tylko raz, wymierzył lanie jakiejś uczennicy lub uczniowi, gdy „ono” łajdaczyło się, czy kradło i rodzice nie mogli dać sobie z dzieckiem rady. Do wszystkich zwracał się „na ty”, a cała armia do niego: „Panie Dyrektorze”. Był jak ojciec dla wszystkich w szkole, lecz trzeba było się strzec, gdy wziął kogoś „na muszkę”. Nie lubił gdy szkolne Kuratorium narzucało mu jakieś sprawy albo umieszczało na „jego terenie”, bez uzgodnienia, nowych nauczycieli. Najprawdopodobniej nie miał zaufania do tej instytucji, choć musiał ją respektować. Były jakieś powody do niepokoju i zawsze srożył się na hasło Kuratorium. Ilekroć dzwonił telefon, z tamtąd, przewidywał kłopoty. Tym razem kłopoty, spowodowane też przez Kuratorium, nie zaczęły się od telefonu lecz od nagłego przybytku chemiczek (podobno głowa od tego nie boli), a skończyły się na telefonie z Kuratorium. Najpierw, któregoś dnia zgłosiła się do niego młoda magister chemii z prośbą o zatrudnienie jej w TPSiCh. Dyrektor dysponował jednym wolnym etatem nauczyciela chemii, kandydatka wywarła na nim bardzo pozytywne wrażenie, więc przyjął ją do pracy. W tym samym czasie inna młoda chemiczka zgłosiła się do działu zatrudnienia w Kuratorium w celu poszukiwania pracy w szkolnictwie. Przyjął ją starszy pan „zaciągający”, podczas rozmowy, z wileńska. Była zdesperowana, chciała koniecznie uciec z pracy w przemyśle, gdzie panował chaos i warunki nieludzkie. Starszy pan przejął się jej sytuacją i obiecał jako rodaczce-wilniuczce załatwić pracę w pobliskim technikum. Miała się zgłosić do dyrektora TPSiCH na ul. Lastadia. Pobiegła tam jak na skrzydłach. Zachmurzona mina dyrektora ochłodziła nieco jej entuzjazm, lecz nie pozbawiła nadziei. Dyrektor kiwnął głową potakująco, wezwał swego zastępcę i polecił mu aby zajął się tą chemiczką i wprowadził w zakres jej obowiązków. W ten sposób Technikum uzyskało dwie nowe chemiczki. Nikt nie wiedział w jaki sposób dyrektor zmienił jeden wolny etat w szkole na dwa i kto dzwonił do niego. Nowe chemiczki starały się jak mogły, było wiele pracy dla nich obu i zostały mile przyjęte przez cały zespół nauczycielski. Jedynie dyrektor wyraźnie faworyzował swoją „wybrankę” a tą „z kuratorium” unikał. Coś kryło się za sprawą dwóch nowych chemiczek, ale dopiero po latach, gdy obie nie pracowały już w TPSiCh, wyjaśniona została przyczyna dyrektorskiej tajemnicy. Póki co początki pracy, dla obu, były trudne, gdy do każdej lekcji należało przygotowywać prospekt, przeprowadzić lekcje, poprawić klasówki (to co najmniej). Sprawy wychowawcze też zabierały im dużo czasu, ale nie narzekały, gdyż ten rodzaj pracy dawał im wiele zadowolenia. Czuły, że znalazły się na właściwym dla nich miejscu.
Po kilku miesiącach pracy i oddychania tym co było wolnością w porównaniu z przemysłową niewolą, wybuchła „afera gazowa”. Wtedy, może nie nazwano by aferą tego zdarzenia, które spadło na głowę jednej z nowych chemiczek, niby ciężki kamień. Zaraz, po pierwszych lekcjach, dyrektor zwołał wszystkich nauczycieli na zebranie i zawiadomił, że w laboratorium chemicznym kurki gazowe nie zostały, po wczorajszych ćwiczeniach, dokładnie zakręcone i wydzielający się gaz mógł spowodować eksplozję. Podobno zauważyła to jedna z nauczycielek. Po wypowiedzeniu tego zdania, dyrektor zwrócił się do rzekomej winowajczyni czyli do chemiczki przysłanej z kuratorium: „wczoraj ostatnie ćwiczenia przeprowadzała Pani i nie zastosowała się do obowiązujących przepisów, mogło to spowodować ogromne nieszczęście”. Po chwili dodał:” jeśli komuś nie odpowiada praca tutaj, to może ją opuścić”. Oskarżona zdołała wypowiedzieć tylko kilka słów wyjaśnienia, że zaraz po zakończeniu
ćwiczeń pozamykała i sprawdziła wszystkie kurki gazowe i że w tej czynności towarzyszyli uczniowie, po czym rozpłakała się. Co za hańba, co za kompromitacja i zawiedzione nadzieje na spokojną i wydajną nareszcie pracę. Najbardziej bolało to, że została niesłusznie oskarżona. Teraz tylko czekać na wymówienie. Dyrektor wyszedł z pokoju nauczycielskiego a dobra, kochana magister wychowania fizycznego zaopiekowała się zrozpaczoną chemiczką i pocieszała ją jak tylko mogła. Dnie mijały, nauka w klasach wypełniała dni, radość przebywania z młodzieżą koiła żal i niepokój. Po dwóch miesiącach, dyrektor znowu zwołał zebranie wszystkich nauczycieli. „Potępiona” chemiczka przygotowała się na najgorsze i w myślach żegnała się ze szkołą. Toteż zdziwienie jej było ogromne gdy usłyszała nieoczekiwaną wypowiedź Dyrektora: „przepraszam koleżankę za niesłuszne oskarżenie w sprawie niedokręconych kurków gazu w laboratorium chemicznym”….i po małej przerwie „dziś wiem, że koleżanka nie popełniła błędu. Jeszcze raz bardzo przepraszam”. Od tego czasu zapanowała obopólna przyjaźń. Uszczęśliwiona chemiczka odrzucała w myślach chęć rozwiązywania zagadki: kto w szkole widział odkręcone kurki gazowe, lub je sam odkręcił i doniósł do Dyrektora fałszywe oskarżenie. Tego nie dowiedziała nigdy. Trudno byłoby podejrzewać kogoś z grona nauczycielskiego, wszyscy byli bardzo serdeczni i koleżeńscy, choć istniał między nimi wyraźny podział; na partyjnych (tak to potocznie nazywano) i na bezpartyjnych. W kierownictwie Technikum pracowały osoby partyjne lub skoligacone z osobami partyjnymi, a reszta, to była mieszanka bezpartyjna z partyjną, tzw. „profesorowie”. Wszyscy z wyższym wykształceniem i z przysposobieniem nauczycielskim. Partyjni otaczali „opieką” swoich bezpartyjnych. Wyglądało to na prawdziwą przyjaźń i bezinteresowność.
Dwie nowe chemiczki wpadły w to małe, szkolne społeczeństwo niby przysłowiowe śliwki w kompot. To znaczy, nie wiedziały co było ukryte na dnie. Każda pozyskała przyjaciółkę i początkowo nie zdawały sobie sprawy na czym polegały takie przyjaźnie. Pewnego dnia, jednej z „nowych” zaproponowano aby wstąpiła do partii. Poczuła się jak uwięziona w sieci. Nagabywania, ze strony wyznaczonego partyjnego opiekuna, nasilały się. Nie wiedziała w jaki sposób mogłaby się wykręcić z takiej „propozycji”, bez przykrych konsekwencji. Znowu zawisła nad nią groźba utraty pracy, i znowu przyszło wybawienie. A było to tak. W stołówce, na obiedzie zjawiły się trzy partyjne koleżanki j dosiadły do stołu gdzie siedziała już ewentualna kandydatka partyjna. Koleżanki, całkiem głośno, relacjonowały wiadomość o anonimie, który dotarł do Technikum i szkalował Dyrektora. Oburzona tym faktem ew. kandydatka nie powtrzymała się przed wyrażeniem ostrej krytyki i swojej opinii na temat anonimów. Należy wyrzucać je do kosza oraz to, że tolerowanie anonimów świadczy o słabości organów władzy. Po takiej wypowiedzi nastała cisza i nikt już nie zabierał głosu przy stole. Koleżanki wnet opuściły stołówkę. Chemiczka siedziała jeszcze przy stole, zaskoczona swoją spontanicznością i trochę przestraszona. Koleżanki o czymś rozmawiały, już po drugiej stronie sali, przy drzwiach. Od owej chwili nikt nie proponował nowej chemiczce aby wstąpiła do partii. Może koleżankom partyjnym nawet zależało na tym, miały teraz pretekst, aby nie powiększać grona konkurentek do stołków dyrektorskich. Czyli wszyscy byli zadowoleni a najwięcej delikwentka – nie wylali z pracy i dali spokój z tym partyjnym nagabywaniem. Widocznie doszli do wniosku, że owej chemiczki poglądy nie są adekwatne do partyjnych wymagań. W szkole gotowało się od plotek, wybuchła znów inna afera, tym razem, podsłuchowa. Któraś z nauczycielek przyłapała kuratoryjnego inspektora na podsłuchiwaniu rozmów w damskiej ubikacji. Szeptano po cichu. Może to inspektor produkował anonimy, ukryty w wychodku? Było lepiej nie rozpatrywać tej sprawy głośno. Dużo swobodniejsze rozmowy prowadzono w kawiarniach, na ulicy Długiej. Spotykały się tam też dwie znajome „nowe chemiczki”. Ich przyjaźń rozwinęła się do tego stopnia, że bez obawy mogły mówić to czego nigdy nie odważyłyby się w szkole. Pomimo ogólnej złej atmosfery, za czasów kłamstwa, zaprzeczenia i nienawiści, która przenikała też do Technikum, i powodowała czasem szkody w tej społeczności. Pomimo tego, można było
ich szkołę porównać z bezpieczną przystanią. Nie zwalniano przyjętych już raz nauczycieli, starano się każdej i każdemu zapewnić stałą ilość godzin i udzielano pomocy w każdym wypadku. Cały partyjny dyrekcyjny zespół miał duże zasługi, w tym względzie. Były też poprzeczki trudne do przeskoczenia, lecz w wielu wypadkach trzeba było zaakceptować realia. Na przykład konieczność uczestniczenia w różnych wiecach i w uroczystościach, jak obchody Wielkiej Rewolucji Październikowej. Może jakiś rewolucjonista sowiecki uważałby taką rocznicę za swoje święto, ale nikt w tamtej szkole,… na pewno. Tam wszyscy się zmuszali, to było widać, partyjni i niepartyjni. Zmuszano też młodzież. Przecież ciążył nad każdą instytucją jak i nad szkołami obowiązek wykazania przyjaznego stanowiska do organów Polski Ludowej i do rewolucyjnych tradycji ZSRR. W Technikum, co roku, wyznaczano osoby odpowiedzialne za przygotowanie „spektaklu”. Ironią losu albo prowokacją partyjnjnych kolegów, mogło być wyznaczenie jednej z „nowych” chemiczek i klasę, której była wychowawczynią na reprezentantów szkoły podczas uroczystego pochodu. Tego jeszcze brakowało. Migały się jak mogły, cały czas lat swojej pracy, uczyły przedmiotów, na szczęście nie związanych z koniecznością jakiejś propagandy komunistycznej.
Program wychowawczy realizowały na akcjach pomocy, na odwiedzaniu domów małego dziecka, na opiekowaniu się zabytkowym wiatrakiem na Żuławach, na wycieczkach i temu podobnych akcjach. A tu nagle takie zmartwienie i odpowiedzialność, bo ludzie będą patrzyli na to co potrafi Technikum. Może Dyrektor miał racje, że wyznaczył chemiczkę do tego zadania. Gorzej mogło być gdyby to byli szkolni historycy, którzy bezwstydnie demonstrowali swoją partyjność (z pewnością nie szczerze, ale bezczelnie). Więc, chyba wybór chemiczki był po myśli Dyrektora choć to nie było po myśli chemiczki. Na szczęście jej klasa była klasą maturalną, uczniowie inteligentni i przyjaźni. Po naradzie postanowiono to wystąpienie połączyć z pamięcią o wielkiej polskiej uczonej, patronce szkoły a więc Marii Skłodowskiej-Curie (pomijając propagandowe hasła). Obmyślono duży tygiel, ustawiony na ciężarówce i strzeliste promienie (choćby radu albo polonu, ho, ho!). emanujące z wnętrza tygla i wokół stojący uczniowie. Wszystko bardzo pomysłowe, tygiel da się wykonać z mocnego posklejanego papieru na drucianym szkielecie. Największy kłopot sprawiało wymyślenie jakiejś imitacji promieniowania. Nie udało się zastosować nawet dużej ilości ręcznych latarek bo ich światło jest prawie niewidoczne podczas dnia. Co tu robić? Wszyscy zastanawiali się czym można by zastąpić promieniowanie. Dym najlepiej unosiłby się z tygla, ale przecież katastrofą mogłoby się skończyć palenie ogniska w tyglu, na ciężarówce. Wreszcie, jest! Gaśnica przeciwpożarowa, śnieżna. Która dymi? Nie, nie dymi, tylko to dwutlenek węgla mrozi. Gdy wydobywa się z gaśnicy (pod wpływem gazu wypychającego) powstaje w powietrzu mgiełka (śnieg), którą można porównać z dymem. Po odpowiednim przeszkoleniu, wyznaczono jednego z dorosłych ludzi do odkręcenia kurka gaśnicy, tylko wtedy i na chwilę, gdy ciężarówka zbliży się do trybuny. Tak też się stało. Ciężarówka zwolniła przed trybuną, kurek w gaśnicy został odkręcony, biały dymek zamienił się w chmurkę, która skierowała się prosto ku osobistościom na trybunie. To ten złośliwy wiatr sprawił takiego figla. Kaszlanie na trybunie było sygnałem do natychmiastowego wyłączenia gaśnicy. To już chyba lepiej popisaliby się historycy ze swoimi transparentami. I polegać tu na bezpartyjnych! Jeszcze władze oskarżą ją o sabotaż. Szczęśliwie winę zwalono na podmuch wiatru i znowu się upiekło. Chociaż aplauzów nie było i pozostała obawa, że mogą pokpiwać z nieudanego projektu, co za nieudacznica…. pewnie uczniowie używają teraz, za wszystkie klasówki i dwóje. Kolejna nauczka, nie wychylać się, nie wychylać. Chociaż w najgłębszych zakamarkach myśli chemiczki, tliły iskierki radości: „trochę im się dostało”.
Nadchodziły zmiany, stary porządek zaczął się rozpadać. Ci głośni cichli a ci cisi stawali się słyszalnymi. Wrzało i bulgotało w Tyglu historii, wyrzucało zabójczymi oparami. Nikt nie mógł przewidzieć czy wszystkim wyjdzie ten zamęt na zdrowie. W rezultacie wyszedł…, ale tylko tym co się należało. Dwie „nowe chemiczki” już zdążyły nie być dłużej nowymi, Dyrektor Technikum przeszedł na emeryturę, Uczniowie tamtych lat, rozproszyli się po świecie. Wszystko się pozmieniało, jedno rozpadło-inne powstało. Tygiel historii wreszcie wywarzył Nowe.
W tym Nowym obie chemiczki znalazły się już jako emerytowane nauczycielki. Ich przyjaźń stała się jeszcze bardziej otwartą i wtedy, dopiero wtedy, ta była protegowana przez Kuratorium, dowiedziała się jaką niedźwiedzią przysługę wyrządził jej miły, starszy pan
Wilniuk, owego czasu gdy starała się o pracę. Tenże pan zadzwonił do Dyrektora TPSiCh i zawiadomił, że przysyła nową chemiczkę do pracy, dyrektor powiedział, że już nowa chemiczka jest przyjęta i nie ma więcej miejsca aby zatrudnić jeszcze jedną, wtedy pan z Kuratorium powiedział że tą pierwszą nie należy zatrudniać a ta, która zgłosiła się do niego, została skierowana przez Komitet Wojewódzki Partii. To bardzo zdenerwowało Dyrektora-Napoleona i stanowczo powiedział, że nie będzie zmieniał swego stanowiska, że ta, którą zatrudnił, pozostanie w jego szkole a jeśli Kuratorium chce aby przyjąć też tą drugą, to niech przydzieli jeszcze jeden etat. Tak też się stało. Wiadomo, jak tu lubić taką, co na siłę trzeba było przyjąć do pracy. Co ją łączy z „władzami? Należało mieć się na baczności. To myślał Dyrektor? No, no… zaczynała pracę w takiej aureoli! Gdyby wiedziała o tej intrydze, spaliłaby się ze wstydu. A tu uczynny, dobry pan chciał pomóc. Zastosował bardzo nieładny chwyt, choć takie postępowanie było możliwe w tamtych czasach. (Cel uświęca środki?) Kompletnym przeciwieństwem, nie typowym na tamte czasy, była postać Dyrektora TPSiCH. Należy mu się dobra pamięć. Tym bardziej teraz, dzisiaj, to dzisiaj…, które zaczyna często przypominać wczorajsze. Czyżby znowu zaczynało wrzeć w Tyglu historii? Czyżby dokonane przemiany były niepełne? Czy nie wszystkie zło wyparowało? Nawet nie chce się o Tym myśleć.
Popatrzmy jak kwitną lipy. Miód będzie!
Teresa Järnström Kurowska
