Zaawansowane technologie
Technika, bez pytania o pozwolenie, wtargnęła w nasze życie i zawładnęła nim na dobre i na złe. Nie sposób w krótkim felietonie wyczerpać tak ogromny temat. Ograniczę się więc tylko komentarza na temat telewizora, pralki i komputera. W dziedzinie telefonów komórkowych brak mi doświadczenia; należę do kategorii osób z gatunku na wymarciu, nie posiadających komórki. O nadużywaniu telefonów komórkowych napisano już tomy. W metrze niemal wszyscy wpatrują się w ekraniki jakby oczekiwali objawienia. Żyją w wirtualnym świecie bez kontaktu z rzeczywistością. Ale trochę mi wstyd kiedy raczkujące niemowlę przesuwa paluszkiem obrazki na ekranie telefonu, jakby to była najnaturalniejsza rzecz, dziwiąc się pewnie, że nie można tak robić na kartce papieru.
Moje dzieciństwo i młodość upłynęły praktycznie bez techniki. Lodówka pojawiła się kiedy poszłam do szkoły, telefon założono nam dopiero przed mą maturą a telewizora jeszcze nie było kiedy po studiach opuszczałam dom rodzinny. Ale mieliśmy odkurzacz. Ojciec, pedant na punkcie higieny, zjawił się z nim pewnego dnia w domu i dumnie zademonstrował działanie. Byłam wtedy małym dzieckiem, przeraziła mnie siła ssania, bałam się, że wciągnie mi rękę. Krytyczna mama wykazała dużą dozę sceptycyzmu, nigdy odkurzacza nie używała i przy sprzątaniu posługiwała się nadal szczotką do zamiatania. Odkurzacz przeszedł w stan spoczynku i rozmontowany na części spędził resztę żywota na półce w szafie.
Kiedy w Szwecji wprowadziliśmy się do własnego mieszkania telewizor był pierwszym meblem, czarno-białym aparatem z masywnym lampowym kineskopem, którego instalacja polegała na podłączeniu do prądu i gniazdka anteny. Służył nam wiernie przez lata, tylko raz odmawiając współpracy. Wtedy rezolutnie odkręciłam tylną płytkę i dostrzegłam, że jedna z lamp się nie pali; odlutował się przewód doprowadzający prąd. Nie miałam lutownicy więc połączyłam lampę z przewodem gumką-recepturką. Pomogło. Kiedy nadeszła pora aby wymienić telewizor na kolorowy znajomy odkupił od nas ten stary i, mimo braku gwarancji na gumkę, cieszył się nim przez dobrych kilka lat. Nowy aparat poza kolorem posiadał parę dodatkowych kanałów, ale nie miał pilota. Instalacja była nadal dziecinnie prosta: antena i prąd.
Technika nie stała w miejscu, kanałów było coraz więcej a ich odbiór wymagał nowszego aparatu. Nasz trzeci telewizor posiadał już pilota, odnalezienie nowych kanałów zajęło mi nieco czasu, ale sama instalacja nadal była prosta. Z biegiem czasu aparat skompletowany został parabolą i magnetowidem. Parabola była prezentem od przyjaciela na okrągłe urodziny Małżonka, instalacja stanowiła cześć prezentu i dokonał jej ofiarodawca. Pierwszy magnetowid podłączyłam bez większego trudu, potrafiłam także oglądać w telewizji nagrania z kamery wideo i przegrywać je z miniaturowych taśm na te standardowej wielkości eliminując nieudane fragmenty. Magnetowidy mają krótki żywot. Następny, z pewnym wysiłkiem, udało mi się samej podłączyć. Kiedy po paru latach zaczął rwać taśmy nadszedł czas na trzeci magnetowid. Instalacja przekroczyła moje umiejętności. Poprosiliśmy o pomoc kolegę, który posiadał identyczny model. Panowie zabrali się do dzieła, ja wyszłam na zakupy. Wróciłam po dwóch godzinach. Panowie nadal głowili się nad zawiłościami instalacji. Po dodatkowej godzinie, we trójkę udało się nam tchnąć iskrę życia w oporną machinę.
Daleko mi do technicznego geniusza, ale myśląc logicznie i przy odrobinie cierpliwości byłam w stanie korzystać z osiągnięć nowoczesnej technologii. Niestety do czasu. Wspólnota mieszkaniowa podjęła decyzję zainstalowania światłowodu w naszym osiedlu. Prace trwały całe lato. Zrujnowano trawniki, zerwano asfalt z ciągów pieszych, rowy, kratery i kopce gruzu przypominały księżycowy krajobraz. Światłowód nie polepszył jakości telewizyjnego obrazu, natomiast rachunki za instalację będą przez wiele lat uszczerbkiem dla domowego budżetu. Na tym jednak nie koniec. Techniczna rewolucja nie ma granic. Zaplanowano nadawanie programów telewizyjnych w innym systemie, nie analogowym tylko cyfrowym (a może odwrotnie). Do odbioru wymagany był płaski telewizor. Termin zmiany systemu stale przesuwano więc zwlekaliśmy z kupnem. I wtedy wydarzyło się nieszczęście. Małżonka potrącił samochód. Przy upadku uszkodził sobie kolano i stopę. Wylądował w szpitalu. Jedną nogę włożono w gips, drugą usztywniono metalową szyną, co unieruchomiło go na sześć tygodni. Dwa dni później stary telewizor wyzionął ducha. Ostatecznie i nieodwołalnie. Co robić? Bez telewizora Małżonek zanudzi się w czasie rekonwalescencji na śmierć. Podjęłam heroiczną decyzję. Na własną odpowiedzialność, radząc się tylko sprzedawcy, kupiłam płaski telewizor. Instalacji musiał dokonać specjalista. Zajęło mu to dobre parę godzin, powracał kilkakrotnie aby wymienić lub skompletować dodatkowe wyposażenie. Instalacja i obsługa nowoczesnego telewizora wymaga dyplomu z wydziału informatyki na Politechnice. Ja kończyłam biologię na Uniwersytecie. Małżonka, z zawodu architekta, technika interesuje jeszcze w mniejszym stopniu niż mnie. Specjalista zademonstrował nam skomplikowaną procedurę uruchamiania aparatu oraz sposób nagrywania i odgrywania programów, którego chyba nigdy nie uda mi się zgłębić. Do nagrywania magnetowid okazał się zbędny. Pełnosprawny aparat wraz ze stertą taśm wylądował na śmietniku.
Pewnego dnia Małżonek przypadkowo nacisnął niewłaściwy guzik na pilocie i wszystkie programy, satelitarne i kanałowe, zginęły. Zadzwoniłam do sklepu. „Skontaktuj się z pomocą obsługi technicznej” – poradzili. Po długim oczekiwaniu połączono mnie z pracowniczką mówiącą po angielsku. Do obsługi po szwedzku kolejka była jeszcze dłuższa. Obawiałam się, że będzie mi trudno wytłumaczyć problem bowiem moja znajomość technicznego słownictwa jest ograniczona. Pracowniczka pojęła o co chodzi, ale chyba nie do końca. „Telewizor się popsuł” – oświadczyła. „Należy zadzwonić do serwisu od reperacji. Naprawią w ramach gwarancji.” Zadzwoniłam. Technik mógł przyjść dopiero w następnym tygodniu. Uprzedzono mnie jednak, że jeśli nie jest to wina telewizora będę musiała zapłacić za fatygę. Zaryzykowałam. Jeśli to nie wina telewizora to czyja? Sąsiada, plam na słońcu czy huraganu na Pacyfiku?
Przyjaciel, lekarz, który odwiedził nas w czasie weekendu, przyzwyczajony do leczenia skomplikowanych stanów niemocy, uzdrowił telewizor. Po dwóch drinkach i wielokrotnym naciskaniu pilota telewizor ożył. Ale od czasu do czasu zaskakuje nas dziwnymi informacjami w rodzaju „poważny błąd” lub „kanał niedostępny” czy „ jestem w trybie uśpienia”, z którego nie daje się wybudzić. Nie lubię nowego telewizora, nie mam do niego zaufania. Ale nowoczesna technologia tym razem okazała się ratunkiem. Odkryłam, że wiele programów telewizyjnych można obejrzeć na komputerze, na żądanie, o wygodnej dla widza porze. Telewizor stał się zbędny.
Nieszczęścia chodzą parami. Zaraz po telewizorze zepsuła się pralka. Stara pralka wyposażona była w praktyczny program suszenia bębnową suszarką. Ręczniki suszone w ten sposób stają miękkie i puchate. Jedyną wadą tego stanu jest fakt, że zajmują więcej miejsca w bieliźniarce. Szukałam więc pralki z takim programem. Sprzedawca zaproponował mi model, gdzie rzekomo można samemu decydować w wszystkich parametrach. Pralkę mogłam obejrzeć tylko na obrazku. Wyglądała jak większość pralek. Największą jej zaletą była 5-letnia gwarancja. „Może się przydać” – pomyślałam. Pralkę zainstalowało dwóch specjalistów, przetestowało podstawowe funkcje i poinformowało skrótowo o jej działaniu. Szczegółów należało szukać w broszurce instrukcji obsługi grubości podręcznej encyklopedii. Nie znoszę aparatów, które wymagają studiowania instrukcji obsługi.
Chrzest bojowy przeszłam przy pierwszym praniu. Zaraz po uruchomieniu na świetlnym ekraniku pojawło się polecenie „sprawdź dopływ wody”. Nie lubię kiedy aparat wydaje mi polecenia. Powinien mnie słuchać a nie wdawać się w dyskusje. „Głupia pralko” – mówię do niej. „Podłączył cię specjalista a ty mi zawracasz głowę. Sprawdź sobie sama”. Usłuchała ale zemściła się przy następnym praniu. Pralka żąda aby wybrać program zanim załaduje się pranie. Nim to uczyniłam odruchowo zamknęłam lukę, bo tak robiłam w starej pralce. Luka nie dała się potem w żaden sposób otworzyć. Instrukcja obsługi na niewiele się przydała. To nie Google gdzie można napisać pytanie i natychmiast dostaje się odpowiedź. Małżonek zaproponował aby puścić najkrótszy program z nadzieją, że po zakończeniu luka da za wygraną. I rzeczywiście, przechytrzyliśmy pralkę bo tak też się stało. Nie wspomniałam, że luka jest z ciemnego szkła. Nie rozumiem dlaczego. Chciałoby się mieć wgląd w to co w pralce się dzieje. Kiedyś pokazano w telewizji jak rodzice sadzają dziecko przed pralką i maluch z fascynacją wpatruje się w wirujący bęben z praniem. Wiele telewizyjnych programów dostarcza równie stymulującej rozrywki. Nasza pralka nie nadaje się do tego celu.
Następne pranie miało zakończyć się suszeniem ręczników. Pralka poinformowała, że będzie ono trwało 2,5 godziny. „Idiotyzm” – pomyślałam. Ręczniki wyschną na pieprz i bedą pogniecione. Pralka uparła się przy swoim wiec w końcu poddałam się. Po pewnym czasie usłyszałam dziwny dźwięk. Pralka wirowała ręczniki i to na wysokich obrotach. Nie wiadomo po co. Na ekraniku pojawiła się informacja o wirowaniu. Po angielsku. Nasza pralka to poliglotka. Potrafi komunikować się w kilkunastu językach. Widocznie postanowiła potrenować angielski. Dobrze, że nie grecki lub fiński, bo byłby kłopot. Kiedy zakończyła suszenie, mimo pochmurnej pogody, wywiesiłam pogniecione ręczniki w ogródku aby przynajmniej nabrały świeżego zapachu. Poszłam na zakupy. W drodze powrotnej zaczął kropić deszcz. Przyspieszyłam kroku. Ręczniki zamokły, wilgoć wygładziła wszystkie załamania. Natura naprawiła to co zepsuła pralka. Suszenia dokończyłam pod dachem.
Kolejne pranie nie obyło się bez komplikacji. Maszyna nie dała się włączyć. „Zamknij lukę”- brzmiało polecenie. Sprawdziłam lukę, kilkakrotnie. Była zamknięta, ale pralka upierała się przy swoim. Opróżniłam pralkę, raz jeszcze wybrałam program i tym razem poszło lepiej. Z komunikatu na ekranie wynikało, że pierze. Zbyteczna informacja. Wiadomo, że pierze a nie telefonuje czy sprząta. Zwlekam z następnym praniem, niepokoję się czym machina mnie tym razem zaskoczy.
Nie zdradzę producenta pralki poza tym, że ma nazwę na C, ale nie będę odradzać innym kupna. Są osoby lubiące wyzwania oraz masochiści i tym może pralka dostarczyć wiele stymulujących przeżyć.
Z komputerami zawarłam znajomość w pracy pod koniec lat 80-tych, kiedy zaczęły wchodzić w użycie. Pierwszym był Mackintosh, niewielki, z małym ekranem i bez internetu. Był właściwie udoskonaloną maszyną do pisania. Edytor tekstu umożliwiał wycinanie, wklejanie i dowolną kolejność pisanych fragmentów oraz wybór czcionki. Sekretarki mozolnie przepisujące na maszynie ręczne manuskrypty stały się zbyteczne. Następny model Mackintosha był już większy, z dużym ekranem, barwnymi ikonami, internetem i pocztą elektroniczną. Nie będę wyliczała zalet tych udogodnień, wszyscy je znamy, doceniamy i korzystamy z nich niemal każdego dnia. Polubiłam Mackintosha. Oprogramowanie było przyjazne dla użytkownika. Niestety po kilku latach kierownictwo mego miejsca pracy wymieniło Mackintosha na PeCet. Jest to komputer dla miłośników komputerów zafascynowanych jego funkcjami i możliwościami. Czyli nie dla mnie. Komputer używam jako narzędzie do pisania, szukania informacji i kontaktów pocztą elektroniczną. Liczne funkcje, których ilość w miarę upływu czasu ciągle rośnie, ukryte są przed okiem użytkownika. Niestety nie rodzimy się z wiedzą o ich istnieniu. Grafika stale się zmienia, niemal codzienne zaskakuje zmianą układu. Potrzebuję stabilności a nie irytujących niespodzianek. Czasem strajkują podstawowe funkcje komputera.
Nie lubię mego komputera, ale uzależniłam się od niego i korzystam z jego nieobliczalnych usług. Pierwszą czynnością po obudzeniu jest włączenie machiny. Nowe listy w elektronicznej skrzynce pocztowej potwierdzają me istnienie. Dostaję maile więc jestem.
Teresa Urban
