Soczewka
SOCZEWKA. Choć jej nazwa brzmi tak skromnie i pieszczotliwie, niby rzodkiewka, marchewka, kalarepka, brukselka itp., to nie ma ona nic wspólnego z jarzynami czy innymi produktami spożywczymi. Poza jednym, jedynym wypadkiem.
Istnieje pewna roślina, od wieków znana, której nasiona zaliczano do podstawowych potraw i nawet wytwarzano, z nich mąkę. Roślina ta nazywa się SOCZEWICA (lens esculenta), należy do rodziny bobowatych-motylkowatych. Jej nasiona są bardziej strawne i bardziej pożywne niż groch. Soczewicę, jako roślinę, i jej nasiona zwane też Soczewicą, znano w Egipcie już 3000 lat p.n.e., następnie w epoce brązu na Bliskim Wschodzie, skąd „przywędrowały” do Europy około 2000 lat p.n.e. . Największym uznaniem, potrawa z soczewicy, cieszyła się wśród Żydów, Greków i Rzymian, jak również w dawnej Polsce. Swą popularność zawdzięczała, też (o dziwo!) dzięki polskiemu słownictwu a dokładnie jej nazwa służyła do testów ludności na „polskość” (odpowiednik szyboletu). Przykładem tego jest króciutka opowieść o buncie mieszczan Krakowa, którzy opowiadali się za zniemczonymi książętami śląskimi i wojsko Łokietka zabijało wszystkich, którzy nie mogli poprawnie wymówić trzech kolejnych słów: SOCZEWICA, miele, młyn. To nie były żarty! ( a w nawiasie: gdyby tak teraz poprosić polską młodzież o szybkie powiedzenie tych prostych, w gruncie rzeczy słów,….? Eh, nie byłoby chyba tak źle.
Teraz zbliżam się do istotnej sprawy „pokrewieństwa” między Soczewką a Soczewicą (w nasionach). Polega ono na kształcie. Małe, okrągłe i spłaszczone nasionka Soczewicy, o średnicy około 6 milimetrów są wypukłe na obu swych płaszczyznach, tak samo jak SOCZEWKA podwójnie wypukła, która występuje np. w oku lub wytwarzana jest przez człowieka. Taką najprostszą soczewkę można nazwać matką wszystkich innych rodzajów soczewek i dużo bardziej skomplikowanych urządzeń, powiększających lub zmniejszających pole obserwacji, na skutek zdolności przepuszczania, załamywania, skupiania czy rozpraszania świetlnych promieni. Już w latach 1230-35 Robert Grosseteste z Oxfordu opisał właściwości soczewek w następujący sposób: „pokazują bardzo odległe przedmioty jako bardzo bliskie, mogą sprawiać by bardzo odległe przedmioty były wielkości takiej jaką chcemy widzieć, umożliwiają też przeczytanie bardzo małych liter”.
Drobny szczegół, jak podobna budowa dwóch różnych ciał, przyczyniła się do powstania pokrewieństwa nazw. Musiało to się stać bardzo dawno temu. Nazwa „soczewka” pochodzi od słowa „soczewica”. Oba pojęcia są bardzo stare. Od dawien dawna szlifowano kamienie szlachetne i wyrabiano cenne ozdoby, z czasem stosowano również szkła. Bardzo często miały one kształt nasion soczewicy lecz różniły się od pierwowzoru tym, że były prawie lub całkiem przezroczyste. Podczas wykopalisk na wyspie z Gotland znaleziono takie wyroby. Niby pra, pra soczewki choć wtedy służyły do celów zdobniczych. Stopniowe odkrywanie zakresu możliwości soczewek przyczyniło się do powstania ogromnej dziedziny wiedzy, czyli Optyki. Definicja przedstawia optykę jako naukę o świetle i jego oddziaływaniu z materią. Soczewka służy nie tylko optyce, ale również akustyce, elektronice i wielu innym kierunkom nauki, przemysłu i twórczości. W XI wieku żył w Mezopotamii astronom Alhazen, zwany ojcem optyki, zajmował się zjawiskami rozszczepiania i załamywania światła, co miało ogromny wpływ na rozwój nowożytnego teleskopu.
Przez wiele lat pracujemy na skomplikowanych urządzeniach, stykamy się z maszynami, które służą do produkcji, do wykonywania wielu zadań, do prac naukowych w każdej dziedzinie naszego życia, lecz często nie uświadamiamy sobie, że wszystkim, dosłownie wszystkim rządzą prawa fizyki. Poznanie i respektowanie tych praw chronić może przed popełnianiem błędów a czasem przed nieszczęśliwym wypadkiem. A nauka fizyki jest w gruncie nauką o naturze i służy poznawaniu tych wszystkich zjawisk, które leżą u podstaw wszelkiej działalności człowieka, jego egzystencji i rozwoju. Kiedyś, w szkole i na studiach nie lubiłam fizyki. Nudziła mnie i miałam trudności z materiałem teoretycznym, który nam wbijano do głów. Dzisiaj wiem dlaczego. Większość wykładowców nie kochała fizyki i sami nie wiele z niej rozumieli. Odkryłam tą zależność gdy sama zostałam nauczycielką. Przedmioty które lubiłam i które mnie interesowały potrafiłam łatwo i w ciekawy sposób przekazać uczniom. Uczniowie to odczuwali i rezultaty szkolenia były pomyślne. Gorzej mi szło gdy nie zgłębiłam dokładnie tematu i nie polubiłam. Nie mogłam wtedy wymagać zbyt wiele od młodzieży. Musiałam później nadrabiać swoje błędy. Nie było z tym większych trudności, ponieważ zasięg moich przedmiotów nauczania, nie wymagał aż tak obszernego materiału dowodowego. Co innego z kierunkiem: FIZYKA. Gdybym miała władzę, posłałabym wszystkich potencjalnych nauczycieli fizyki (może i nie tylko), początkowo na łono natury, aby mogli zaangażować się uczuciowo, przeżyć bezpośredni kontakt z naturą podziwiać uniwersalność i niezawisłość fizyki. Uczyć się analizować zjawiska, które występują w przyrodzie; np. dlaczego krople rosy świecą w słońcu, dlaczego na płaskiej powierzchni łączki rzeczka płynie w korycie tworzącym meandry, dlaczego echo nie wszędzie występuje jednakowo wyraźnie, jak tłumaczyć występowanie błyskawic i piorunów podczas burz, siłę wiatru…..i tak dalej.
Drugim etapem przysposabiania nauczycieli fizyki powinny być objekty naukowe, gdzie abiturienci będą mogli poznawać przykłady twórczej myśli ludzkiej i wyniki prac nad zastosowaniem praw fizyki w połączeniu z matematyką, chemią, biologią, optyką, etc. – itd. ; do tworzenia całego szeregu nowych aparatur i rozszerzania horyzontów myślenia. Tak przygotowani nauczyciele mają wiele do powiedzenia na lekcjach fizyki i potrafią przelać na uczniów swą miłość do przedmiotu nauczania. Wtedy lekcja staje się przeżyciem, zaciekawia i zapada w pamięć. Nie miałam szczęścia spotkać takiego nauczyciela, który wzbudziłby we mnie entuzjazm do tego przedmiotu. Nie zastanawiałam się nad przydatnością i znajomością fizyki. W wieku dorosłym, gdy studiowałam i później pracowałam, wykorzystywałam do analiz mikroskopy i inne aparaty analityczne, posługiwałam się szkłem powiększającym, oglądałam gwiazdy w planetarium na Śląsku, patrzyłam przez lunetę, oglądałam zaćmienie słońca przez zadymione szkło, lecz nie interesowała mnie głębiej tajemnica ich działania. Mogę całkiem bezkarnie zwalić, całą winę na moich byłych nauczycieli i wykładowców. Dzisiaj korzystam nadal z dobrodziejstw rozwoju nauki i techniki, które czerpią wiedzę w oparciu o prawa fizyki. Mam też więcej czasu na przemyślenia. Często fotografuję i moje zdjęcia wyglądają całkiem profesjonalnie bo aparaty fotograficzne są ulepszone. Zaprzyjaźniłam się z komputerem a on ułatwia mi przenoszenie moich myśli na pisane słowa i treści. Naukowe i odkrywcze audycje telewizyjne poszerzają obszar moich wiadomości. Teraz kocham fizykę choć nadal nie wiele wiem o niej. Ale ją czuję we wszystkim. To nie jest czymś nadzwyczajnym i często dotyczy nie tylko czystej fizyki. Wszyscy ludzie mają takie poczucie, tkwi ono chyba na granicy intuicji- podświadomości i prowadzi czasem do wielu odkryć. Dimitrij Mendelejew, znany astronom, przewidział i obliczył istnienie nieznanych jeszcze wtedy pierwiastków, nawet ustalił ich położenie w tzw. Układzie Okresowym Pierwiastków, zwanym obecnie Mendelejewa. Leonardo da Vinci, nie tylko wspaniały artysta malarz i rzeźbiarz, ale również genialny wizjoner. Cała masa jego projektów i konstrukcji opierała się na prawach fizyki; przewidział samoloty. Juliusz Verne, pisarz, przewidział łodzie podwodne. Przytoczyłam tylko kilka przykładów, ale jest ich ogromnie dużo i obejmują one różne dziedziny naszej egzystencji. Z biegiem czasu ludzkość realizuje swoje wizje i marzenia, poszerza horyzonty i dalej marzy i poszerza…., i……tak bez końca.
Podczas spotkania w Instytucie Polskim, w dniu 5 czerwca 2010 roku jeden z uczestników zebrania zwrócił się do mnie z zapytaniem co rozumiem pisząc o egzystencji człowieka jako „zawieszeniu między dwoma nieskończonościami”. Zdziwiło mnie to pytanie, gdyż mam takie przekonanie, że dzięki szerokim środkom przekazu, wszędzie docierają wiadomości o urządzeniach, które badają światy mikro i makro, nieuchwytne „gołym” okiem człowieka. Od czasu gdy skonstruowano mikroskop (około 1590 roku przez Zchariasza i Hansa Janssenów w Holandii), co umożliwiło odkrycie i poznawanie bakterii i mikrobów, poczyniono dalsze postępy: zdołano dotrzeć do atomu. Następnie jeszcze bardziej udoskonalono aparaturę, co umożliwiło poznawanie budowy atomu i jeszcze mniejszych jego cząstek. Wnikanie do głębi nadal trwa.
Dzisiaj naukowcy nie wiedzą jak długa jest ta „podróż”. Odkrywanie głębszych obszarów prowadzi do wniosku, że przestrzeń mikro jest nieskończenie wielka. Drugą nieskończonością zajmują się teleskopy. Galileusz – Galileo Galilei, ur. W 1564 roku, pierwszy badał nocne niebo przez lunetę, która przybliżała przedmioty tysiąckrotnie. W XVII wieku Jacob Metius i Zachary zbudowali teleskop, który przybliżał 2000 razy. Encyklopedia Popularna PWN podaje taką definicję teleskopu: „astronomiczny przyrząd optyczny zwiększający kąt widzenia i ilość energii promienistej dopływającej od obserwowanego obiektu do oka lub innego odbiornika promieniowania”. Ten aparat też przeszedł długą drogę od zwykłej lunety i pierwszych nieskomplikowanych teleskopów i w miarę udoskonalania, do olbrzymów, które wnikają coraz głębiej w obszar wszechświata i odkrywają jego nieskończoność. Czyli świat mikro oglądany przez mikroskop i świat kosmosu oglądany przez teleskop, to są te dwie nieskończoności, na progu których egzystujemy i staramy się do nich przybliżyć. Nieskończenie?
Teresa Järnström Kurowska
