beach-6479464_1280

Był lipiec 1995 roku. Płynęłam statkiem z Gdańska do Oxelösund. Stojąc na górnym pokładzie płakałam i równocześnie modliłam się. Wszystko stał się tak nagle. Policzyłam moje długi, czterokrotnie przekraczały emeryturę. Stojąc na balkonie dziesiątego piętra widziałam ostatnie wyjście: z balkonu w dół.

Przez trawnik biegła Agnieszka, moja sąsiadka, która mieszkała w Szwecji. Nie, to nie była ona, to była jej siostra, Jola. Poprosiłam o spotkanie. Kilka informacji i następnego dnia kupiłam bilet na prom do Szwecji. W tajemnicy przed wszystkimi, a przede wszystkim przed moimi dziećmi Justyną i Piotrkiem. W następnym tygodniu pojechałam do mojej Mamy  koło Szczecina, pożegnałam się, od mojego brata Mietka oraz mojej siostry Ani ze szwagrem dostałam trochę pieniędzy na drogę.

Miałam małą torbę oraz rower. Wszyscy ze zdziwieniem patrzyli na mnie, dlaczego ludzie wiozą rowery ze Szwecji do Polski, a ja odwrotnie. Myślałam jednak, że skoro drogie są środki komunikacji miejskiej, będę jeździła na rowerze.

W Sztokholmie był straszny upał. W przewodniku po Szwecji kupionym w Gdańsku znalazłam adres schroniska młodzieżowego na Starym Mieście, na statku af Chapman. Kupiłam trzy noclegi, a następnego dnia na rowerze rozpoczęłam poszukiwania polskiego kościoła. W niedzielę poszłam na Mszę św.  Oraz do spowiedzi, do księdza Mariana. Ksiądz przyniósł mi wieczorem całą siatkę chleba i bułeczek, był dla mnie bardzo serdeczny i udzielił kilku cennych rad.

Z tablicy ogłoszeń spisałam kilka adresów i wielu perypetiach z moim nieszczęsnym rowerem, zamieszkałam w Tyresö u wspaniałej pani Janeczki. Pracy nie było więc chodziłyśmy czasami razem, a czasami ja sama, na jagody, których było w bród. Pewnego razu otrzymałam numer telefonu do pana Zdzisława, nieżyjącego już wspaniałego Polaka z Wadowic. W bezpośrednich kontaktach ostry, czasami nieprzyjemny, ale jako nauczyciel i kierownik bardzo pomocny, troskliwy i cierpliwy, gdy dawał nam czasami pracę. Miał swoje panie do pracy, mnie z początku traktował nawet niechętnie, ale bardzo wiele mnie nauczył.

/…/ Dopiero ze Szwecji odezwałam się do moich dzieci. Piotrek był już żonaty, wszystkie ich awantury były spowodowane pretensjami o pieniądze i wódkę, o to, że tak źle go wychowałam. Miał już jednak 28 lat i nie mogłam za niego odpowiadać. Było mi przykro, ponieważ chciałam jak najlepiej, ale on zawsze o wszystkim decydował sam. Justyna miała 23 lata i właśnie postanowiła, że zamieszka w moim mieszkaniu z chłopakiem, co mi się bardzo nie podobało. Nie mogłyśmy dojść do porozumienia. Nie chciała się uczyć, chciała mieć tylko markowe modne spodnie i buty, na co zupełnie nie było mnie stać. Ale moja córka pracowała już w pubie jako kelnerka, była dorosła , więc mogłam wyjechać. I już nie kłóciła się ze mną, jakby nie wierzyła, że stać mnie jeszcze na takie śmiałe szukanie wyjścia z mojej trudnej sytuacji.

W dniu wyjazdu miałam 53 lata. Byłam na wcześniejszej emeryturze. Po ukończeniu wydziału ekonomicznego Uniwersytetu Łódzkiego pracowała w Radzie Miasta Łodzi, potem w Zjednoczeniu Przemysłu Bawełnianego, a od 1970 roku jako nauczycielka w średnich szkołach zawodowych. Na studiach kochałam chłopaka, Leszka, z Przemyśla, skończył nasz wydział dwa lata przede mną, odwiedzał mnie w moim rodzinnym domu. Zobaczył, że moja rodzina była bardzo biedna. Mieszkaliśmy wtedy w małej pegeerowskiej wiosce, w której moja mama była nauczycielką. Miałam czworo rodzeństwa, a mój tata często lubił wypić. Leszek ożenił się z dziewczyną z Przemyśla, której mama była krawcową, a bracia milicjantami. Płakałam długo, ale wyszłam za mąż za pięknego młodego Ryszarda, który niestety nie miał żadnego wykształcenia i całe nasze życie dostosowane do tego, że tata pracuje i uczy się. Pewnego razu szedł w sobotę na zajęcia do swojego technikum ekonomicznego w systemie wieczorowym. Z małym Piotrusiem odprowadzałam go do bramy. Stała tam nasza dozorczyni i spytała: Dokąd muns posed? Odpowiedziałam, że do szkoły, ponieważ ja mam tytuł magistra, i on też musi skończyć studia. Uc pani menza, uc, a jak się wyucy, to paniom w dupe kopnie. I tak się stało.

Zostawił mnie pierwszy raz, wrócił, urodziłam Justynę, a gdy miała cztery lata, zakochał się w koleżance z pracy, młodej mężatce z dzieckiem. Po wielu latach, po trzyletnich rozprawach rozwodowych, wyprowadził się do niej. Był rok 1982. Strajki, głód, kartki na żywność i mydło. Ryszard skończył studia prawnicze, zarabiał bardzo dobrze. Jego syn chodził do prywatnej szkoły, a my byliśmy głodni.

Pensje nauczycielskie były bardzo mizerne. Dorabiałam na różne sposoby. Jeździłam z prelekcjami Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, wieczorami do północy pracowałam w centrali telefonicznej, potem zaczęłam szyć na maszynie. Towarów było mało, szyłam staniki po 5 złotych za sztukę, dziewczęce sukieneczki po 7 złotych. Po tygodniu zarobiłam na zrobienie zakupów na niedzielę. Regularnie, co dwa miesiące, oddawałam za pieniądze krew, po 400 mililitrów. W każde wakacje organizowałam młodzieżowe hufce pracy przy obsłudze ośrodków czasowych, zimą zimowiska. Aby przeżyć i zarobić trochę pieniędzy. Nie miałam wakacji dla siebie, ani niedzieli, gdy szyłam i szyłam. Aby było na chleb.

Gdy w 1995 roku na wiosnę zachorowałam, po ciężkiej operacji kobiecej myślałam, że umrę. Otrzymałam skierowanie do Ciechocinka do sanatorium na zabiegi kobiece. I to był najpiękniejszy okres w moim życiu, ponieważ przez dwa tygodnie przeczytałam 52 książki. Był maj i bzy i wyzdrowiałam.

Jestem w Szwecji, w Sztokholmie. Co za cudowne miasto! Każda ulica inna, przepiękne stare domy, niesamowita architektura Starego Miasta. Wszędzie czysto. Gdy wchodzi się do sklepu mówią ci „hej” i uśmiechają się. W każdą niedzielę chodzę do kościoła i na Mszy św. Płaczę, tęsknię za Polską, za domem. A potem spacer na Hötorget, na niedzielny bazar do McDonaldsa na kawę i paj za 10 koron. Wtedy wszystko jeszcze było tańsze, bilet miesięczny kosztował 300 koron, noclegi u Polaków były po 1000 koron za miesiąc… Największym horrorem były wyjazdy i przyjazdy do Polski i z Polski. Te pytania, kontrole, czasami zakaz wjazdu do Szwecji. Dlatego jeździłam przez Malmö i Berlin. I nigdzie nikt nie miał do mnie pretensji ile mam bagażu, dopiero w Polsce na odcinku Kutno-Łódź musiałam płacić za nadbagaż.

Pewnego dnia stojąc na stacji metra Gamla Stan, oglądałam mapę Starego Miasta. I z wrażenia mało nie upadłam. Znalazłam nazwę Svindersvik. Svinder – tak brzmiało nazwisko panieńskie mojej Mamy. Wieczorem zatelefonowałem do niej. Mama powiedziała mi, że mój dziadek zawsze opowiadał, że pochodzimy ze szlacheckiej rodziny, która wyemigrowała nad nadniemieńską ziemię ze Szwecji przez Kurlandię. To było fascynujące. Znalazłam o tej nazwie zatokę, muzeum, ulicę oraz szkołę. W Archiwum Miejskim otrzymałam do obejrzenia księgę sprzed 400 lat, z której wynikało, że przed 400 laty z Holandii przyjechał Johan von Svinder, który zamieszkał na Götgatan 42 i należał do parafii Marii Magdaleny. Kiedy umarł w 1655 roku pochowany został przy kościele w kwaterze 302.

Inni Svinderowie, a było ich wielu, byli z zawodu najczęściej kupcami, adwokatami i bankierami. Znalazłam informację, że Anna von Svinder wyszła za mąż za Karola Oxenstjerna, a wiadomo, że była to w Szwecji jedna z najbogatszych rodzin XVII i XVIII wieku. Przeczytałam wszystkie trzy książki profesora Petera Englunda (tłumaczone na polski przez Wojciecha Łysiaka) i doszła do wniosku, że moi przodkowie przybyli z Holandii na początku XVII wieku, ponieważ byli bogaci i pożyczali królowi pieniądze na prowadzenie Wojny Trzydziestoletniej. Po abdykacji królowej Krystyny, kiedy zaczęły się prześladowania katolików, a moi przodkowie zawsze byli katolikami, Svinderowie musieli opuścić Szwecję i dlatego znaleźli się w Kurlandii.

Ojciec mojej mamy, Bronisław Svinder, urodził się w 1892 roku w Hryckiewiczach i służył do mszy w kościele oddalonym od Hryckiewicz o 5 kilometrów, w Krzemienicy Wielkiej. I w tym kościele była księga, w której zapisywano chrzty. W rejestrze  zapisano wielu Svinderów, począwszy od Karola von Svindera. Potem już nie pisano von. Gdy moja mama miała sześć lat, wieś Hryckiewicze liczyła około 200 rodzin i niemal połowa to byli Svinderowie. Wielu z nich to bardzo dzielni ludzie. /…/ Ostatni Svinder, zgodnie z informacjami w archiwum, wyemigrował ze Sztokholmu w 1900 roku „do Rosji, do miasta Łódź”.

Sztokholm. Pewnego dnia pan M. Zaproponował mi, abym zamieszkała u niego. Nie zgodziłam się, więc powiedział, że już  na godzinę, raz w miesiącu robiłyśmy zestawienie i oddawałyśmy 15% całej sumy. To było za to, że dawał nam pracę, że otrzymywałyśmy dokładne instrukcje jak dojechać, co robić i kiedy przyjść następnego dnia. Dzisiaj wspominam go bardzo serdecznie. Wyrzucił mnie ze swego grona, ale na wieść o tym kilka rodzin zbuntowało się i wręcz zażądało, bym wróciła. Pan Zdzisław nazwał to złodziejstwem. Było mi przykro, ale na rynku pracy rządzi prawo dżungli. /…/

Nadszedł 2004 rok.  Weszliśmy do Unii Europejskiej. I dzisiaj mam prawo pobytu na pięć lat, mam numer personalny, zarejestrowałem własną firmę, płacę niewielki podatek do Urzędu Podatkowego. I jestem bardzo szczęśliwa, że mogę iść do lekarza i nie płacić bajońskich sum, jak kiedyś, gdy złamałam rękę i za 1200 koron lekarz szwedzki na żywca wykręcał mi śruby wrośnięte przez sześć tygodni w kość ręki.

Najpierw po roku mojego pobytu, przyjechał do pracy mój syn. Zaaklimatyzował się, ale jego żona nie wytrzymała rozstania i małżeństwo rozpadło się. /…/ Później przyjechała moja córka oraz mój wnuczek. Mają numery personalne, po sześciu miesiącach otrzymali 3-pokojowe mieszkanie, córka ma własną firmę sprzątającą, ale – gdy opanuje lepiej język – zmieni zawód.

Po roku otrzymałam pracę w szkole, na razie dwie godziny. Ale moim marzeniem jest uczenie polskich dzieci języka polskiego i historii, ponieważ jest mi coraz trudniej pracować fizycznie. /…/ Przyzwyczaiłam się do tego, że mieszkam w Szwecji, że mogę kupić sobie to, na co mam ochotę, że już nigdy żaden starszy pan w polskim ośrodku, w OPON-ie nie powie mi: O czym mam z panią rozmawiać, jak pani nie ma pobytu? Od tego czasu nigdy tam nie wróciłam, taki miałam o to żal. /…/

Któregoś dnia, gdy będę miała więcej czasu, odgrzebię więcej sekretów z historii mojej rodziny. Chciałabym wiedzieć, dlaczego w ciągu niespełna 10 lat tak wiele dzieci z rodziny Svinderów, czy Karl von Svinder przyjechał do Kurlandii jako uciekinier, a może jako żołnierz uciekł spod Połtawy i trafił do Hryckiewicz?

Cieszę się, że żyję w dzisiejszych czasach. /…/ Kocham Szwecję i tu będę mieszkała. Do Polski mam ogromny żal, wstydzę się polityków, którzy nie potrafią pomóc ludziom biednym, zabierają podatki od nędznych emerytur, nie potrafią wybrać mądrego i pięknego prezydenta. Mamy tyle młodych mądrych ludzi, najwyższy czas na dokonanie mądrych zmian.

Krystyna Gardiasz

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer