Z ARCHIWUM NGP: Słów parę o tym jak Cegielski bierze się za Sztokholm
Jeszcze jedna dyplomatyczna kadencja dobiega końca. Tym razem po sześciu latach dyrektorowania w sztokholmskim Instytucie Polskim z dyplomacją żegna się Piotr Cegielski. Dla polskiej kultury uczynił więcej niż ktokolwiek inny przed nim, a następcy będą mieli kłopot by mu dorównać. To co Cegielski robił w Instytucie, czynił oczywiście po pierwsze z myślą o sobie, ale musiał lubić to co robił, inaczej by mu nie wyszło tak jak wyszło. Cegielski opuszcza dyplomację na dobre i otwiera w Sztokholmie firmę: Galleri Konsthandel & Publikationer, która na początek wydała oryginalny album wspomnieniowy (z fascynującym zdjęciem PC na końcu!), która zajmie się, oprócz płócien malarskich, działalnością wydawniczą i inną, słowem menadżerskim wprowadzaniem polskiej kultury w krwioobieg Sztokholmu. Huczne pożegnanie w Instytucie Polskim komentuje Andrzej Szmilichowski.
Pamiętam jakby to było dziś, wychodziliśmy z młodym i szczupłym (drugie ma z odzysku, pierwsze z lekka przechodzone) Piotrem Cegielskim z restauracji promu „WAWEL” – który już nawet na żyletki się nie nadawał – a za nami biegło cichnące echo (wszystkim się zdawało, że klezmer gra jeszcze, a to w płucach grało) „Dwudziestolatki, dwudziestolatki, to ja i ty”.
Piosenkę tę chrypiał – a za nim wyli, wrzeszczeli i ryczeli na prywatkach nagrzani „Czystą Wyborową” młodzieńcy – Maciek Kossowski, który został wokalistą z przymusu, bo mu nie wyszło z jazzem. Grał w gdańskim „ŻAKU” na trąbce i doprowadzał do rozpaczy różnych Namysłowskich, Urbaniaków, Tomaszewskich i Nahornych, którzy na jego widok uciekali w popłochu z estrady, to co miał robić? Dwudziestolatki!
Płynęliśmy do ojczyzny osobno ale razem i wybijali czas gadając przy piwie o kulturze i czym innym. Cegielski był wówczas młodzieniaszkiem i korespondentem Interpressu, przyjechał na miejsce Marka B, kto przypuszczał iż w przyszłości (stosunkowo dalekiej, lekko licząc ze dwadzieścia lat) będzie najlepszym dyrektorem jakiego nosiła instytutowa ziemia?
Piotr uczynił, przez sześć lat dyrektorowania w sztokholmskim Instytucie, dla polskiej kultury więcej niż ktokolwiek inny przed nim, a podejrzewam że także i po nim. Kto dziś, posiadający odpowiednie kompetencje, ma ochotę jechać na placówkę do Sztokholmu? Możliwości zarobkowe mniejsze niż w kraju, plus ogromne ryzyko wypadnięcia, po czterech latach nieobecności, z rynku pracy. Ci, których umiejętności pozwoliłyby czegoś w Sztokholmie dokonać, już gdzieś pracują i to za lepsze pieniądze. Najlepszym dowodem na kłopoty MSZ-u w tej kwestii są kolejne konkursy na stanowisko dyrektora Instytutu, z których nie udaje się wyłowić odpowiedniego kandydata (na szczęście dobry Bóg uchował nas przed paroma kandydatami emigracyjnej produkcji!).
Trzeba przyznać, że oprócz talentu organizatora, który niewątpliwie ma, Cegielskiemu dopisało szczęście w postaci wyjątkowo dobrego czasu. Los skumulował mu bowiem w odpowiednim miejscu i czasie potrzebne do odniesienia sukcesu ingrediencje, a mianowicie: doświadczenie długoletniego korespondenta „Gazety Wyborczej” (był nim przez lata na Szwecję i Niemcy), znajomość miasta i ludzi (kontakty!), niezbędne języki obce (włącznie z egzotycznym szwedzkim).
To co Cegielski robił w Instytucie, czynił oczywiście po pierwsze z myślą o sobie, ale musiał lubić to co robił, inaczej by mu nie wyszło tak jak wyszło. Myślenie o sobie nie jest naturalnie żadnym zarzutem, nonsens! To prawo natury, jak pory roku, odruch Pawłowa, jednojajowe kaczory, jak Passent w „Polityce”.
Tu pozwolę sobie na chwilę proroczenia. Otóż w niedalekiej przyszłości niechybnie okaże się, że dla tak wielkich indywidualności jak Instytut Kultury Polskiej i magister Piotr Cegielski, Sztokholm jest za mały! Piotr (zaglądając do wypełnionego interesującymi telefonami notesu) nareszcie spełni moje długoletnie marzenia o nowoczesnym, znającym się na rzeczy i niezależnym od kogokolwiek menażerze kultury. Widzę go już jak grasuje z łapą pełną interesujących propozycji po Sztokholmie, sprowadzając Instytut do stanu w jakim był przed Erą Piotrową, mianowicie wypełnionego marazmem skansenu, po którym nocami krążą duchy minionej epoki.
Swoją drogą MSZ ma o czym myśleć. Z jednej strony mają świadomość, że Instytuty (jest ich bodaj siedem na świecie), ten przyciężki relikt Systemu, wykorzystały swoje możliwości, z drugiej piętrzy się wielkość problemu. Likwidacja wymagałaby między innymi znalezienia innej funkcji dla budynków, a są w większości ładne i atrakcyjnie położone. Można by je naturalnie sprzedać, ale kto sprzedaje dobre nieruchomości? No i węzełek.
Ale wracajmy do PC. Pierwiosnek już wytknął łebek z ziemi, Cegielski opuścił bowiem dyplomację na dobre i otworzył w Sztokholmie firmę: Galleri Konsthandel & Publikationer, która na początek wydała oryginalny album wspomnieniowy (z fascynującym zdjęciem PC na końcu!), która zajmie się, oprócz płócien malarskich, działalnością wydawniczą i inną, słowem menadżerskim (patrz proroctwo!) wprowadzaniem polskiej kultury w krwioobieg Sztokholmu. Czego wszystkim Czytelnikom „Nowej Gazety Polskiej” i sobie, szczerze życzę w roku przyszłym i dalszych.
ASz 2006
