Mężczyzna i kanarki

0
bird-5285011_1280

Właśnie zajęci zajęci byliśmy nadawaniem bagażu w drodze do Thessaloniki, gdy usłyszeliśmy głuche uderzenie o kamienną posadzkę holu lotniczego. Ciemnowłosy, niewysoki męż­czyz­na o wyglądzie obcokrajowca krążył niezgrabnie wokół ukrytego w papierze pakunku, który przed chwilą roztrzaskał z impetem o podłogę. Wokół leżały odłamki potłu­czo­­­­nego pla­stiku i drewna prze­mie­szane z lekkimi, bladożółtymi obłoczkami czegoś powiewnego, lecz trudnego do zidenty­fikowania na odległość.

”Ptaszki, ptaszki w klatce” powiedziała panienka ekspediująca bagaż, widząc nasze zaskoczo­ne miny.

”Co takiego?” wykrzyknął mój towarzysz.

”Pe-te-a-es-zet-ka-i” przeliterowała zdenerwowana panienka, lekko zniecierpliwiona po­wol­nym pojmowaniem przez nas sytuacji. Za­­braliśmy w pośpiechu bilety i podbiegliśmy w stro­nę rozbitej klatki. Kilka osób zatrzymało się w pobliżu. Inna panienka w uniformie stewardes­sy biegała bezradnie do­koła, podczas gdy sprawca wypadku dawał upust swym uczuciom ges­tykulując gwałtownie i wykrzykując gniewnie nieartykułowane frazy w niezrozumiałym dla nas języku. Małe puszyste obłoczki u naszych stóp okazały się pierzem. Wśród piórek le­żało kilkanaście kanarków, niektóre nieruchome, martwe lub tylko oszołomione, inne trze­po­czące się bezradnie na grzbietach, z drga­jącymi bez­silnie nóżkami.

Z grupy osób pasażerów oczekujących opodal na ławce podniósł nagle się mężczyzna o oliw­kowej cerze i jakby w poczuciu współodpowiedzialności za wydarzenie począł zbierać le­żące kanarki. Kilka pta­sz­ków zmieściło się w jego rozpostartej dłoni. Większość, ze zwróco­ny­mi ku górze brzuszkami, nie dawała znaku życia. Jeden, nienaturalnie spokojny, leżał błys­kając szeroko otwartymi ko­ralikami oczu. Świadkowie wydarzenia stali wokół, ale w ciszy, nie znajdując słów, lub, co bardziej prawdopodobne, nie mając odwagi na aktywną reakcję.

Okrucieństwo w stosunku do zwierząt to jedna z niewielu sytuacji, w której potrafię się emo­cjo­nalnie zaangażować do tego stopnia że jestem gotowa postąpić gwałtownie a nawet nie­racjonalnie. Niewiele myśląc przerwałam więc panującą ciszę napastliwymi pytaniami:

”Jak mogłeś tak postąpić? Co one zawiniły? Czy nie masz żadnych ludzkich uczuć?” Mój towarzysz natychmiast przyłączył się do oskarżeń.

Mężczyzna nadal był wzburzony. ”To wy nie macie serca” wykrzyknął po szwedzku. ”To wy jesteście zwierzęta”.

Stewardessa wyraźnie się zaniepokoiła, czy nasza napaść nie spowoduje dalszych przejawów gwałtowności ze strony mężczyzny. ”On ma takie dzikie spojrzenie. Pewnie jest pod wpły­wem narkotyków.”

Dla nas był to tylko prymitywny człowiek, rozdrażniony do granic wytrzymałości ponieważ, jak się okazało, nie pozwolono mu wziąć ręcznego bagażu w postaci klatki z kanarkami na pokład samolotu. Widocznie nie znał lub nie zrozumiał obowiązujących przepisów. Irytację jego można było zrozumieć, ale nie fakt że swą wściekłość, w okrutny sposób, wyładował na bezbronnych istotach, które wpraw­dzie by­ły przyczyną konfliktu ale same nic nie zawiniły.

Mężczyzna był zdecydowany i konsekwentny w swojej furii. Demonstracyjnie podniósł z po­d­­łogi kilka nieruchomych ptaszków i wrzucił do kosza od śmieci.

”W Szwecji nie postępuje się w ten sposób”- odważyła się zaoponować jedna z obserwatorek, widząc że agresja mężczyzny skierowana była wyłącznie na kanarki.

”Tak nie postępuje się nigdzie” – dorzuciłam dydaktycznie, bardziej ubawiona niż zirytowana tą nacjonalistyczną gradacją etyki.

”Tak się nigdzie nie postępuje” – zgodziła się ze mną obserwatorka.

Przypatrywałam się z bliska zabójcy kanarków i nagle uderzyło mnie, że coś w jego wyglą­dzie, czego nie potrafiłam określić, odbiegało od normalności. W tym momencie ujrza­­łam jak mój towarzysz wskazuje na pierś mężczyzny i wypowiada dalsze słowa potę­pie­nia. Jak się póź­niej okazało wskazywał na krzyż zdobiący ową pierś i odwoływał się do chrześ­cijań­skich uczuć jego właściciela. Nie zwróciłam wtedy jednak uwagi na krzyż. Widzia­łam tyl­ko wy­cią­­gnięty palec skierowany na nienaturalnie wypukłą pierś mężczyzny i nagle uświado­mi­łam so­bie że ten człowiek jest garbaty. Niski wzrost, karłowata sylwetka i pod­świa­­dome od­czucie fi­zycznego defektu znalazły swe wytłumaczenie. I zrobiło mi się żal nie tylko ka­nar­ków, ale i ich mordercy. Ile cierpienia i rozczarowań musiała pomieścić ta znie­kształ­­co­na pierś. Być mo­­­że chwila bólu, jaką przeżyły kanarki była nieistotnym dro­biaz­giem w sto­sunku do tra­gedii

te­go człowieka. A teraz napotkał jeszcze jedną przeszkodę w swoim na­ pew­no już peł­nym niepowodzeń życiu. Nie pozwolono mu zabrać kanarków w podróż samo­lo­tem.

Zrozumiałam wściekłość i rozgoryczenie mężczyzny, ale nadal uważałam jego postępek za okrut­ny. Kanarki nie były winne, mimo że to one stanowiły przedmiot sporu. To ludzie i prze­pisy, a może przede wszystkim natura i samo życie są okrutne. Gdyby gwałtowna reakcja męż­czyzny skierowana była na ludzi, gdyby zagroził komuś rękoczynem, zbił szybę czy na­wet porwał się na kogoś, nie miałabym mu tego za złe. Reakcja taka byłaby wprawdzie rów­nie prymitywna i gwałtowna, ale bez elementu barbarzyństwa, jak to dobitnie uświadomił mężczyźnie mój towarzysz.

Garbaty mężczyzna poruszał się nadal nerwowo wśród obłoczków piór. Dwóch policjantów zbliżało się zdecydowanym krokiem w jego stronę. My podążyliśmy w kierunku kontroli pasz­­­portowej. Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu garbatego mężczyzny nie było wśród pasa­że­rów.

 

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer