Mężczyzna i kanarki
Właśnie zajęci zajęci byliśmy nadawaniem bagażu w drodze do Thessaloniki, gdy usłyszeliśmy głuche uderzenie o kamienną posadzkę holu lotniczego. Ciemnowłosy, niewysoki mężczyzna o wyglądzie obcokrajowca krążył niezgrabnie wokół ukrytego w papierze pakunku, który przed chwilą roztrzaskał z impetem o podłogę. Wokół leżały odłamki potłuczonego plastiku i drewna przemieszane z lekkimi, bladożółtymi obłoczkami czegoś powiewnego, lecz trudnego do zidentyfikowania na odległość.
”Ptaszki, ptaszki w klatce” powiedziała panienka ekspediująca bagaż, widząc nasze zaskoczone miny.
”Co takiego?” wykrzyknął mój towarzysz.
”Pe-te-a-es-zet-ka-i” przeliterowała zdenerwowana panienka, lekko zniecierpliwiona powolnym pojmowaniem przez nas sytuacji. Zabraliśmy w pośpiechu bilety i podbiegliśmy w stronę rozbitej klatki. Kilka osób zatrzymało się w pobliżu. Inna panienka w uniformie stewardessy biegała bezradnie dokoła, podczas gdy sprawca wypadku dawał upust swym uczuciom gestykulując gwałtownie i wykrzykując gniewnie nieartykułowane frazy w niezrozumiałym dla nas języku. Małe puszyste obłoczki u naszych stóp okazały się pierzem. Wśród piórek leżało kilkanaście kanarków, niektóre nieruchome, martwe lub tylko oszołomione, inne trzepoczące się bezradnie na grzbietach, z drgającymi bezsilnie nóżkami.
Z grupy osób pasażerów oczekujących opodal na ławce podniósł nagle się mężczyzna o oliwkowej cerze i jakby w poczuciu współodpowiedzialności za wydarzenie począł zbierać leżące kanarki. Kilka ptaszków zmieściło się w jego rozpostartej dłoni. Większość, ze zwróconymi ku górze brzuszkami, nie dawała znaku życia. Jeden, nienaturalnie spokojny, leżał błyskając szeroko otwartymi koralikami oczu. Świadkowie wydarzenia stali wokół, ale w ciszy, nie znajdując słów, lub, co bardziej prawdopodobne, nie mając odwagi na aktywną reakcję.
Okrucieństwo w stosunku do zwierząt to jedna z niewielu sytuacji, w której potrafię się emocjonalnie zaangażować do tego stopnia że jestem gotowa postąpić gwałtownie a nawet nieracjonalnie. Niewiele myśląc przerwałam więc panującą ciszę napastliwymi pytaniami:
”Jak mogłeś tak postąpić? Co one zawiniły? Czy nie masz żadnych ludzkich uczuć?” Mój towarzysz natychmiast przyłączył się do oskarżeń.
Mężczyzna nadal był wzburzony. ”To wy nie macie serca” wykrzyknął po szwedzku. ”To wy jesteście zwierzęta”.
Stewardessa wyraźnie się zaniepokoiła, czy nasza napaść nie spowoduje dalszych przejawów gwałtowności ze strony mężczyzny. ”On ma takie dzikie spojrzenie. Pewnie jest pod wpływem narkotyków.”
Dla nas był to tylko prymitywny człowiek, rozdrażniony do granic wytrzymałości ponieważ, jak się okazało, nie pozwolono mu wziąć ręcznego bagażu w postaci klatki z kanarkami na pokład samolotu. Widocznie nie znał lub nie zrozumiał obowiązujących przepisów. Irytację jego można było zrozumieć, ale nie fakt że swą wściekłość, w okrutny sposób, wyładował na bezbronnych istotach, które wprawdzie były przyczyną konfliktu ale same nic nie zawiniły.
Mężczyzna był zdecydowany i konsekwentny w swojej furii. Demonstracyjnie podniósł z podłogi kilka nieruchomych ptaszków i wrzucił do kosza od śmieci.
”W Szwecji nie postępuje się w ten sposób”- odważyła się zaoponować jedna z obserwatorek, widząc że agresja mężczyzny skierowana była wyłącznie na kanarki.
”Tak nie postępuje się nigdzie” – dorzuciłam dydaktycznie, bardziej ubawiona niż zirytowana tą nacjonalistyczną gradacją etyki.
”Tak się nigdzie nie postępuje” – zgodziła się ze mną obserwatorka.
Przypatrywałam się z bliska zabójcy kanarków i nagle uderzyło mnie, że coś w jego wyglądzie, czego nie potrafiłam określić, odbiegało od normalności. W tym momencie ujrzałam jak mój towarzysz wskazuje na pierś mężczyzny i wypowiada dalsze słowa potępienia. Jak się później okazało wskazywał na krzyż zdobiący ową pierś i odwoływał się do chrześcijańskich uczuć jego właściciela. Nie zwróciłam wtedy jednak uwagi na krzyż. Widziałam tylko wyciągnięty palec skierowany na nienaturalnie wypukłą pierś mężczyzny i nagle uświadomiłam sobie że ten człowiek jest garbaty. Niski wzrost, karłowata sylwetka i podświadome odczucie fizycznego defektu znalazły swe wytłumaczenie. I zrobiło mi się żal nie tylko kanarków, ale i ich mordercy. Ile cierpienia i rozczarowań musiała pomieścić ta zniekształcona pierś. Być może chwila bólu, jaką przeżyły kanarki była nieistotnym drobiazgiem w stosunku do tragedii
tego człowieka. A teraz napotkał jeszcze jedną przeszkodę w swoim na pewno już pełnym niepowodzeń życiu. Nie pozwolono mu zabrać kanarków w podróż samolotem.
Zrozumiałam wściekłość i rozgoryczenie mężczyzny, ale nadal uważałam jego postępek za okrutny. Kanarki nie były winne, mimo że to one stanowiły przedmiot sporu. To ludzie i przepisy, a może przede wszystkim natura i samo życie są okrutne. Gdyby gwałtowna reakcja mężczyzny skierowana była na ludzi, gdyby zagroził komuś rękoczynem, zbił szybę czy nawet porwał się na kogoś, nie miałabym mu tego za złe. Reakcja taka byłaby wprawdzie równie prymitywna i gwałtowna, ale bez elementu barbarzyństwa, jak to dobitnie uświadomił mężczyźnie mój towarzysz.
Garbaty mężczyzna poruszał się nadal nerwowo wśród obłoczków piór. Dwóch policjantów zbliżało się zdecydowanym krokiem w jego stronę. My podążyliśmy w kierunku kontroli paszportowej. Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu garbatego mężczyzny nie było wśród pasażerów.
