ZYGMUNT BARCZYK: Potęga szmiry
Wiersz Zbigniewa Herberta „Potęga smaku”, nas, ludzi Pierwszej Solidarności, zaszokował. Nagle zrozumieliśmy nasze zachowania, poza schematami do których przywykliśmy.
Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa…..
Okazuje się, że nie zabrakło nam dobrego smaku. Wiem, upraszczam. Odwaga cywilna była ważna, lecz estetyka okazała się pomocna. „Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”, powiada Poeta. Odmówiliśmy szmirze parcianej rzeczywistości socjalizmu realnego. A że to już nie był stalinizm to, mimo że niektórzy dostali wciry, wystarczyło by w pozycji wyprostowanej pójść tropem… dobrego smaku.
…Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji
w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu…
Potęga smaku, przy całej predylekcji dla piękna, którego przyjęcie pomaga w odrzuceniu kłamstwa ideologii, przekracza pułap estetyki, wkraczając w domeny moralności. Antoni Słonimski powiadał: „Gdy nie wiem co robić, na wszelki wypadek wolę zachować się przyzwoicie”. Wtedy dopiero zadziała potęga smaku chroniąc nas przed złymi wyborami. Herbert rozumiał szerokie znaczenie dobrego smaku. W tym samym wierszu powiada, że „w gruncie rzeczy była to sprawa smaku /tak smaku/, w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia”.
Dzisiaj mamy trudniej, świat znacznie bardziej zakręcony niż w czasach dwubiegunowej zimnej wojny. Politycy wiedzą jak zabełtać ludziom w głowach, wyzwolić niskie instynkty.
Potrafią uruchomić wewnętrzną bestię, która ponoć drzemie w każdym z nas, tak jak i poezja, tyle, że ta druga, jak się okazuje, łatwo z nas ulatuje, kiedy w grze niskie instynkty.
W gęstej aurze globalnego kotła wydarzeń jesteśmy więźniami mediów. Nie tylko społeczne konflikty, ale i kataklizmy stały się medialnymi spektaklami. Dzięki nim jesteśmy za spiskami lub przeciw zmowom, sekundujemy demonstrantom, lub występujemy przeciw protestom, częstowani przy tym chętnie widokiem krwi ofiar, krajobrazem zniszczenia. Poddani jesteśmy czarciemu urokowi afer na najwyższych szczeblach, ale i dostajemy gotowe dossier na wrogów, których nam wykreowano.
Trudno odróżnić wartość nowej sztuki performatywnej, w wydaniu polityków i podjudzonych przez nich tłumów, od intryg w serialach kryminalnych i w filmach katastroficznych. Kiedy media tworzą polityczne widowiska, skazani jesteśmy na wszędobylską szmirę. Obecną i w dużych i w małych sprawach.
Tak jest i w Polsce. Jarosław Kaczyński potrafi bez zmrużenia oka wskazać bezużyteczną jego zdaniem część społeczeństwa. Na zlotach partyjnych PiS przeklina się „Tuska-Niemca” i agenturalność jego władzy. Nie jest istotnym, czy Kaczyński tak myśli. Istotne jest to, że taka narracja PiS przyjmowana jest chętnie przez jego wyborców, choć nie jest niczym innym niż orwellowskim seansem nienawiści. Seansem, właśnie. Tu nie chodzi o dowodzenie racji, lecz o uruchomienie wśród swoich zwolenników pogardy dla drugiej strony politycznej sceny.
Premier Węgier, wskazuje Europę jako winną podsycania ognia wojny Rosji z Ukrainą, nie wspominając o winie agresora. I znów nie jest ważne, co Orban myśli. Ważne, że takim stanowiskiem zjednuje wielu pragnących dołożyć Brukseli i „europejczykom”.
Front Narodowy we Francji, ekstremalne grupy w innych krajach, jak chociażby AfD w Niemczech, którego politycy nie cofają się przed nazwaniem Polaków Afroamerykanami Europy (i co na to ich polscy frakcyjni koledzy z Konfederacji w Parlamencie Europejskim?), w tym co głoszą, mają „parę pojęć jak cepy” tworząc westernową wizję świata, którą podają w formie seansów nienawiści. Wmówienie ludziom winowajcy, wroga – niezależnie od jego realnej mocy – to najważniejsza amunicja w walce politycznej. I co ważne, wystarczy: „dialektyka oprawców, żadnej dystynkcji w rozumowaniu”.
Zakłamywanie świata poprzez narrację, tworzenie zdarzeń performerskich, wypiera z obiegu klasyczną politykę. Kolejny przykład z Polski. Nienawistne spektakle pogardy tzw. narodowców, antysemickie burdy Brauna (ponad 7% procent sondażowego poparcia!), mimo głosów oburzenia, stale zyskują na popularności. Czyli… opłaca się pójść tą drogą. Nawet rządząca koalicja zdaje się doceniać znaczenie szmiry w przekazie, jeśli prostacki reel premiera Tuska „dobry ten żurek” winduje go na lidera kliknięć na tiktoku. Tusk wie co robi, kiedy grzmi na politycznych przeciwników: „Tworzycie obóz zdrady narodowej!”. Seanse medialne na pasku polityki. Nawet TVN24 uwierzyła, że warto zniżyć się do prymitywu komentarzy TVP info z czasów Kurskiego, tyle że w wersji a rebours, bo to napędza własny elektorat. Obie strony wielkiej polityki wiedzą, że polityczny performance dziś wszystkim. Fenomen popularności Brauna, ale i sukcesy AfD, Nigela Farage, Frontu Narodowego i wielu innych, pokazują jak skutecznie przy pomocy mediów można zagospodarować demony tkwiące w ludziach.
Wydarzenia sterują wyborem wroga. Przemoc Izraela wobec ludności Gazy skłoniła wielu w świecie do demonstracji propalestyńskich. Ludzie mają prawo do protestu. Wielu jednak skorzystało z okazji, by już bez skrupułów ujawnić swój antysemityzm, udając, że chodzi tylko o Izrael, a nie dostrzegając terroru w wydaniu Hamasu. Malowniczo ten dylemat ukazują demonstranci na niektórych amerykańskich i francuskich campusach.
Kolejny przykład: „Polska była pierwszym krajem, gdzie Żydzi byli zmuszani do noszenia opasek, które służyły odróżnianiu ich od reszty ludności” – podał w listopadzie w serwisie X Instytut Yad Vashem. Przypadkowy lapsus. „Składnia pozbawiona urody koniunktiwu”, czy może coś więcej się za tym kryje? Może chodzi o powrót do tzw. językowych nieporozumień z „polskimi obozami”? Znowu jest pogoda dla takich seansów?
Szmira może przyjąć zatem formę żenady. Inny przykład? Urzędujący prezydent największego mocarstwa w gabinecie owalnym, w tym samym, w którym wcześniej jego wiceprezydent obrażał prezydenta Ukrainy wytykając mu m.in. nieodpowiedni strój, zgorszony pytaniem jakie otrzymał od dziennikarki ABC, mówi jej: „Jesteś złym człowiekiem i złą dziennikarką, a Twoja stacja to fabryka fałszerstw”. Innym razem “New York Times” nazywa “szmatą” i “wrogiem ludu”, zaś jego dziennikarkę “brzydką zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
W świat płynie przykład z góry: chamskie zachowanie na salonach jest OK. Ten sam prezydent celowo przy tym używa języka nie wykraczającego poza poziom sześcioklasisty. O „Rzeźniku z Kremla” mówi, że był kiedyś jego fanem a komplementując go, że good guy z niego, nie zająknie się nawet, że jego idol jest ściganym aktualnie zbrodniarzem wojennym. Problemów z niesfornymi dziennikarzami i ze swoim lansem nie ma za to Kreml, który, po prostu, wszystkie media wprzęgnął w przemysł trolli.
Trudno dziś o krytykę polityczną wynikającą ze sporu o wartości, z konfliktu racji. W modzie jest spektakularne wywoływanie strachu, ale i pogardy. Czy to wobec uchodźców, czy różnorakich odmieńców seksualnych, czy wobec podejrzanych elit, albo tych z lewa albo tych z prawa, w zależności kto pisze scenariusz. Inny przykład, to tzw. wokeizm i inne popularne dziś izmy. Mają na celu wskazanie wroga tam, gdzie rządzą „niemoralne” lewicowe elity. Przyznajmy zarazem, że pycha i pogarda środowisk lewackich, okazywana tradycyjnym postawom i symbolom, wznieciła niechęć środowisk mainstreamu. Czyli się doigrali (weźmy chociażby stawianą w wielu krajach kwestię swobodnego wyboru płci).
Klasyczna krytyka, jak i walka polityczna, mieszczą się w kanonie dobrego smaku. I w kanonie demokracji. To oczywiste, że ma się prawo nie lubić Unii Europejskiej, czy burzyć się na medialny przekaz, kiedy mniejszości pogardzają większością. Chodzi o coś innego. Klasyczne zapasy zastąpiła wolna amerykanka: wszystkie chwyty dozwolone. Wolno szczuć bezkarnie! Internet w tym względzie okazał się wygodnym dla wszystkich ściekiem do wylewania pomyj.
Jest jeszcze gorzej, bowiem media głównego nurtu pojęły wartość gospodarowania pogardą. Wielu producentów narracji wychodzi dziś z założenia, że wiedzieć co jest prawdą, a co fałszem, nie jest już ludziom potrzebne. W gąszczu nadawców informacji można sądzić, że przeciwnicy szczepionek mają tyle racji co ich zwolennicy, zaś śledzący spiski wiedzą tyle, co ci, którzy spiskom w organizowaniu świata nie dają wiary. Im łatwiejszy, za sprawą internetu, dostęp do danych, tym większy brak poszanowania dla trudu ustalania faktów i szukania prawdy.
Dobry smak i przyzwoitość mogłyby stanąć na drodze temu, co wyprawia się dziś w mediach, na ulicach, w polityce… Ale nie staną. Żeby mogły wrócić do gry trzeba autorytetów w polityce, społeczeństwie, w rodzinie, trzeba promotorów rozwagi, mentorów, mediów broniących… dobrego smaku. Tylko… kto tego jeszcze potrzebuje?
Poeta w przytaczanym wierszu powiada:
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów.
Zygmunt Barczyk
