Cały Lwów na mój głów…
„Szczęśliwi, którym w siwych latach życia wolno cieszyć się widokiem znajomych wzgórz i dolin, i drzew znajomych. Mnie, któremu jak wielu moim Rodakom drogę do ukochanych stron rodzinnych zamknięto, niech chociaż pamięć pozwoli przywołać ich wspomnienie”.
Przygotowując się do podróży do Lwowa, przeczytałem kilkanaście książek wspomnieniowych i mam blade pojęcie o tym „bardzo przyjemnym mieście”, jak również dostrzegam ironię historii, że było ono jako Leopolis – semper fidelis – zawsze wierne.
Jak kiedyś wyglądało to polskie miasto, gdzie urodzili się wybitni polscy poeci i pisarze jak Leopold Staff, Marian Hemar, Zbigniew Herbert, Teodor Parnicki, Jan Parandowski? Dlaczego dziś o polskości Lwowa świadczą wyłącznie Cmentarz Orląt i olbrzymi cmentarz Łyczakowski, gdzie od 1786 roku pochowano ponad pół miliona ludzi a wśród nich Marię Konopnicką, Artura Grottgera czy Gabrielę Zapolską?
Lwowianie w Bytomiu, we Wrocławiu czy gdziekolwiek na świecie, skorzy są do opowieści o swojej młodości wpisanej w mury tego wspaniałego miasta. A co człowiek, to inne spostrzeżenia i przeżycia. Wszystkie te spisane i mówione relacje, zawierają wspólne westchnienie – tam było po prostu pięknie …
Nie da się porównać ze Lwowem Wilna. Ciężar sentymentalny, wspomnieniowy to jedno, wielkość miast to drugie. Każde jest legendą, miejscem magicznym nie tylko dla byłych mieszkańców. Byłem w obydwu i Wilno „miłe miasto” widzę bardziej tajemniczym, w dalszym ciągu romantycznym. W Wilnie czuję się mniej obco niż we Lwowie, ale to może dlatego, że Lwów odkryłem dla siebie kilka miesięcy temu i tak naprawdę nie poznałem.
Polska przytuliła się do Europy, do źródeł własnej łacińskiej kultury a tym samym jako obszar kulturowy oddaliła się od państw nieunijnych. Odwiedzanie Lwowa, ma zatem inny wymiar, niż podróż do Wilna.
Tamtego świata już nie ma. Mają go pod powiekami nieliczni i tylko oni mogą powiedzieć jak wyglądała cukiernia Zalewskiego przy Akademickiej i tylko oni mogą pamiętać wystrój kawiarni Szkockiej przy tej samej ulicy. W wymienionej cukierni jest dziś sklep ze słodyczami i uprzejme ukraińskie sprzedawczynie wyjaśniły nam, jak wyglądał lokal i na oko było widać, że wiedzą o tym z trzeciej ręki. Tu by można dyskutować, czy właściciel cukierni nazywał się Zaleski czy Zalewski, przy jakiej ulicy było kino Kopernik i czy knajpa Atlas była najlepsza w mieście i co notowali w wielkiej księdze uczeni bywalcy kawiarni Szkockiej. A czy to możliwe, żeby figura Matki Boskiej przy dzisiejszym pl. Mickiewicza a dawnym Mariackim była kopią tej sprzed blisko 200 lat?
Nostalgia i pamięć o Kresach Wschodnich wciąż fascynuje i mimo, że ilość entuzjastów raczej maleje, to wciąż do nich przyłączają się młodzi. To cieszy, że dzieci i wnuki dawnych lwowian tropią stare ślady po zabudowaniach, zapomniane od 60 lat adresy lokali, sklepów czy kin. Że grupy miłośników Lwowa jednoczą się w kluby, by badać przeszłość i wspominać.
Zeszłego roku byłem w Gdańsku i widziałem wiekowych Niemców oglądających miasto, a w Sopocie żywo rozprawiających o szczegółach architektonicznych dobrze im znanego domu. Podobne sceny dostrzegłem we Lwowie. Tyle, że w polskich przewodnikach po niemiecku, przedwojenni niemieccy gdańszczanie mogą przeczytać, jak przed wojną nazywała się ulica Monte Cassino, a Polacy we Lwowie muszą polegać na własnej pamięci lub książkach przywiezionych ze sobą. Polskość została we Lwowie najpierw rozjechana przez sowieckie czołgi a później wmieciona do wagonów przesiedleńców.
Słynny lwowiak Stanisław Lem wspomina: „…Lwów opuściliśmy w 1945 roku, ponieważ alternatywa pozostania oznaczała przyjęcie sowieckich paszportów. Utraciliśmy właściwie wszystko, gdyż moi rodzice wierzyli do ostatka, że Lwów pozostanie polski. Teraz zaś, aczkolwiek nie mam na to jednoznacznych dowodów, jestem pewien, że Stalin oddał Lwów wraz z Galicją Wschodnią pod sowieckie panowanie nie z miłości do Ukraińców, lecz tylko po to, ażeby sowieckie terytorium, w ten sposób zdobyte, jako najbardziej wysunięte na zachód stało się dobrym przyczółkiem do ataku na Europę Zachodnią”.
Wróciłem ze Lwowa i staram się zapomnieć o sowieckich śladach w tym mieście. Upłyną lata, zanim Ukraina upora się ze swoją wojenną i powojenną przeszłością. Wróciłem i nie mogłem znaleźć odpowiedniego określenia na opisanie miasta. Wreszcie wpadłem na myśl, że jest ono o numer większe od Krakowa. Po prostu większe. Kamienice są wyższe o jedno, dwa piętra i podobnie strojne, podobne tramwaje na ulicach wyłożonych kostką bazaltową pamiętającą czasy cesarzy austriackich i na wszystkim podobny krakowskiemu świerzb komunizmu – nalot spalin samochodowych i węglowych.
Wierzyć się dziś nie chce, że po Lwowie we wczesnych latach 30tych urządzano uliczne wyścigi samochodowe a na ich trasie szyny tramwajowe zalewano gipsem, żeby nie było poślizgu. Nie chce się wierzyć, że za zaboru austriackiego mogli Polacy świętować rocznicę bitwy pod Racławicami, że zezwolono na wystawienie Panoramy na ten właśnie temat. Wszystko w tym mieście miało swojską tradycję, obyczaj, swój rytuał, dowcip i język. Właśnie młody lwowianin, leży od 80 lat jako Nieznany Żołnierz w Warszawie.
Przyglądałem się ludziom na ulicach, w sklepach czy w czasie spaceru w parku. Żadnej fantazji, o której tak wiele słyszałem od wspominających lwowiaków. No, może u młodzieży widać powiew nowoczesności. Przechodnie są przeciętnie szarzy, sylwetki i twarze jakby z przedmieścia i zupełny brak ludzi starych. A jeśli spotykałem wiekowych lwowian, to mógłbym spokojnie zagadać do nich po polsku. Jedna z takich pań, wyjaśniła mi świetną, nieco staroświecką polszczyzną przyczyny takiego wyglądu ulicy: – proszę pana, kiedy Polacy zostali zmuszeni do wyjazdu po wojnie, do ich mieszkań wprowadzali się Rosjanie przybyli z daleka a okoliczne wsie ukraińskie wyludniły się. To od kogo mieli się nauczyć życia w mieście? Wieśniak uczył wieśniaka jak być mieszczaninem!
Zatem sprawdziło się powiedzenie Stanisława Lema: – kamienie są , ale tamtych ludzi nie ma!
Bo atmosferę, barwę, ruch, przyjazny gwar „śniadankowych handelków”, bazarów czy podłych knajp tworzyli mieszczanie z dziada pradziada. Nawet tacy, jakich opisała Gabriela Zapolska w „Moralności pani Dulskiej”. Ten świat rozpłynął się i nie powróci.
Lwów przed wojną liczył nawet 360 tys mieszkańców a w czasie pierwszej okupacji sowieckiej ponad pół miliona. Dzisiejsze miasto próbuje dźwigać się z sowieckiego bałaganu. W sklepach pełno towarów a żeby handel szedł, mogę zwracać się do sprzedawczyni nawet po polsku. Chyba nikogo to nie razi. Na mieście, w sklepach, słychać język polski z Polski, a pełne „mrówek” autobusy próbują ukryć przed polskimi celnikami kartony papierosów.
„Dziś, gdy z taką zachłannością staramy się odtworzyć w pamięci nasze minione lata, gdy z taką dociekliwością szuka się swoich korzeni, poszukuje się powodów, które ukształtowały nasze dzisiejsze życie, nasz dzisiejszy sposób myślenia, naszą pozycje w otaczającym nas świecie, naszą świadomość – pamiętniki stają się podręcznikiem, słownikiem, dzięki któremu łatwiej przychodzi nam tłumaczyć koleje naszego losu.” Tak napisał lwowianin Wojciech Dzieduszycki w przedmowie do książki Kazimierza J. Nahlika „We Lwowie i na Pokuciu”, z której cytat umieściłem na początku felietonu.
W moich lekturach trafiam na szczegółowe opisy lwowskich podwórek, podmiejskich gospodarstw, dworów, folwarków, szczegółowe relacje z wypraw krajoznawczych, szkolnych wycieczek. Wiem, że wyłącznie za pomocą tych wspomnień, mogę odtworzyć drobny ułamek tamtych czasów i dlatego chłonę te opisy a czasami udaje mi się pójść śladami autora.
Francuski marszałek Foch będąc kiedyś we Lwowie powiedział: „W chwili kiedy wykreślano granice Europy, biedząc się nad pytaniem, jakie są granice Polski, Lwów wielkim głosem odpowiedział: Polska jest tutaj!”. Bo też miasto wielokrotnie bohatersko udowadniało swą przynależność do Polski i do Europy i za to marszałek Piłsudski udekorował 22 listopada 1920 roku herb Lwowa orderem Virtuti Militari.
Dziś szyldy i nazwy ulic pisane cyrlicą kojarzą mi się źle. Niecały1 procent Polaków nie stanowi w życiu miasta przeciwwagi dla 20 procent Rosjan i reszty Ukraińców. Może wielu z nich wie o polskim rodowodzie miasta, ale władza wciąż stara się wykreślać z oficjalnych podręczników i przewodników informacje o polskości. I tak niedawno ktoś mi doniósł, że lansuje się jako twórcę pomnika Adama Mickiewicza pewnego rzeźbiarza ukraińskiego. Faktem jest, że „Natchnienie”, ten chyba najpiękniejszy pomnik poety, jest dłuta Tadeusza Popiela z 1904 roku a ukraiński artysta miał wtedy 10 lat.
W 1939 roku, generał Langer poddał Lwów, powołując się na rozkaz naczelnego wodza: – „z Sowietami nie walczyć”. Profesor Paweł Wieczorkiewicz z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego jest zdania, że chociaż obrona całych Kresów Wschodnich po 17 września 1939 roku przed napaścią sowiecką była niemożliwa, to należało stworzyć tam symboliczne Westerplatte. Aby świat się dowiedział, że tam się bronią Polacy i to jest polskie miasto. By udowodnić prawo do tej ziemi. „Może właśnie to Lwów powinien był być tymi Termopilami. Były bowiem spełnione wszelkie warunki ku temu, aby go bronić. Należało to zrobić chociażby po to, żeby później jakieś chruszczowy, czy inna swołocz, nie opowiadały o „ukraińskim mieście” i żeby ten argument nie był gładko łykany przez Amerykanów i Brytyjczyków”.
Z kolegą, jechaliśmy przez Lwów taksówką i chyba kierowca wziął nas za Mołdawian, bo swobodnie wyrażał swoje poglądy. Narzekał na brak ulg podatkowych, chwalił decyzję prezydenta o ruchu bezwizowym turystów z krajów Unii na Ukrainę. A o Polakach powiedział – przyjeżdżają tu do nas i mówią że Lwów jest ich. A niech se mówią!
Tadeusz Urbański
