Ja, invandrare
Powoli wsiąkam w glebę szwedzkiej egzystencji. Odmierzam kroplę po kropli jak mała chmura co miała wiatrem wracać na Wschód, by paść uległą w ramiona utęsknionej ziemi.
Proces trwał długo. Działo się to nie za przyczyną braku zdolności przyswajania sobie nowego świata, w którym się znalazłam, lecz z kilku innych przyczyn. Bolesna tęsknota za ludźmi, za naturą, za kulturą i za możnością uczestniczenia we wspólnym życiu w Polsce sprawiała, iż zajęta byłam ciągłym planowaniem powrotu.
Patrzyłam na wszystko nowe, co mnie otaczało, jak turystka, krytykując na każdym kroku. Ponieważ z natury jestem przekorna, mój upór sprawił, iż nie akceptowałam swego położenia i starałam się zachować dla siebie mój polski świat. Tylko nienawiść do reżymu komunistycznego tłumiła moją tęsknotę. Ta Polska, z której byłem dumna, to było coś zupełnie innego niż narzucona jej władza. Tego wielu Szwedów, jeszcze w latach siedemdziesiątych, nie potrafiło odróżniać.
Powoli jednak wszystko blednie. Tęsknota już nie dusi w gardle i nie boli, powraca tylko czasem nostalgicznymi falami, daje się znieść. Rozczarowania i żale też wyblakły. Myślę: mają (czy mamy) nareszcie wolną Polskę – można spokojnie spać. Dom imigranta, takiego jak ja – po dwudziestu latach – staje się prawdziwym domem. Czyli takim, którego już nie chciałoby się opuścić. Nie mam powodów do narzekań. Życie moje stało się bogatsze.
Mam teraz trzy ojczyzny. Nieśmiertelną Polskę po drugiej stronie Bałtyku, małą Polskę w moim szwedzkim domu i w kontaktach z rodakami mieszkającymi w Szwecji, w Europie i Polsce, oraz trzecią ojczyznę: Szwecję, a właściwie ”ciotczyznę”, jak ją nazywam. Bo we właściwym tego słowa znaczeniu, ojczyzną być nie może.
Należę do tej, licznej zresztą, grupy imigrantów, którym nie umożliwiono uzyskania jakiejś pozycji zawodowej, pomimo rozpaczliwych starań. O integracji z kulturalnym społeczeństwem w Szwecji, tak jak to się działo w Polsce, nie było mowy. Mój pogodny obecnie tryb życia zawdzięczam jedynie człowiekowi, z którym się związałam i sobie samej.
Nauczyłam się wiele podczas tych wszystkich lat i doceniam to w pełni. Nauczyłam się tolerancji i pokory, a równocześnie nabrałam zaufania do siebie samej, odzyskałam poczucie odwagi i wolności. Jest to niewątpliwie zasługą ludzi tej ziemi. Podziwiam ich, nawet jednostkowe, zaangażowanie w niesienie pomocy społeczeństwom dotkniętym jakimś nieszczęściem, podziwiam takt i spokój w kontaktach międzyludzkich, podziwiam organizację pracy, począwszy od kuchni poprzez rolnictwo, biura, pocztę, szpitale aż do przemysłu. Dobrze się czuję, gdy nikt nie prawi mi komplementów i nie okłamuje. Podoba mi się to, iż życie jest prostsze, łatwiejsze i bardziej otwarte.
Oczywiście często buntuję się przeciw schematyczności, ślepemu przystosowaniu do zarządzeń, braku wyobraźni w wielu wypadkach. Do dziś celowo nie używam pewnych słów i zwrotów w języku szwedzkim ponieważ budzą we mnie niechęć. Ale w całości polubiłam ten język, lubię słuchać ludzi, którzy władają nim z elegancją, mam też ulubione słowa szwedzkie. Na przykład słowo ”njuta” chętnie przeniosłabym do mowy polskiej. Te dwa języki mieszają się razem w jakiś, typowy dla każdego imigranta, konglomerat.
Wiem, że nigdy nie będę władała językiem szwedzkim bezbłędnie. Zaakceptowałam to, iż mam swój język szwedzki, bo jestem ”invandrare”. OK! Trzymam się przy tym jednej zasady: staram się mówić bardzo wyraźnie, co ułatwia mi tutejsze kontakty. Szwedzkie radio i telewizja były i są nadal moją szkołą.
Lubię tę szkołę. To ciągłe odkrywanie. Dzięki wybranym przeze mnie programom naukowym, a nawet niektórym rozrywkowym, uczę się i ”wsiąkam” w kulturę szwedzką. Ludzie z ekranu to moi znajomi. Peterowi Harrysonowi chyba poślę wierszyk dopingujący by wreszcie odwiedził swoją mamę. Powelowi Rammelowi hołd za mistrzowski repertuar, gdzie wyrafinowany tekst zespolił z dowcipem. Jonasowi Gardelowi wyrazy podziwu za nieokiełzaną dramaturgię jego recitali, za geniusz narratorski, za odwagę, za jego wstrętną gębę, miny i gestykulację, która szokuje i oczarowuje. Za, za, za!
Przyznaję się do grzechu iż często opuszczam programy polskiej telewizji na rzecz szwedzkich programów. Chciałabym ujrzeć i w polskiej odpowiedniki tego co mi się tutaj podoba. Zachwycają mnie w Telewizji Polonia programy muzyczne i krajoznawcze, ale nie odkryłam jeszcze niczego co by mnie zafascynowało. Niewątpliwa wartość tkwi we wspomnieniach o Starszych Panach, w monologach Michnikowskiego…
Ale jak długo można oglądać i słuchać tego samego? Nostalgia, nostalgia i w wielu programach brak inicjatywy nowatorskiej. A ja oczekuję świeżych dowodów rozwoju kulturalnego wolnej Polski. Jeżeli jestem w błędzie, proszę wybaczyć. Wszystko nie da się uchwycić egzystując ”pół na pół”.
Taki już los imigranta.
Teresa Järnström-Kurowska
