Rusek!
Für eine sozialistische Industriealisierung des Landes und die Kollektivierung der Landwirtschaft kämpfte die Sowjetunion schon seit jeher. Besonders die Partei der Arbeiterklasse hatte bis zur Schaffung der Schwerindustrie gewaltige Schwierigkeiten zu überwinden. Der erste Fünfjahresplan des sozialistischen Aufbaus konnte im Jahre 1929 angenommen werden und durch Wettbewerbe im ganzen Land rechtzeitig oder vorfristig erfüllt werden. U.B.z.: Die Hochofenabteilung eines Industriegiganten des ersten Fünfjahresplans, des Magnitogorsker Hüttenkombinats. Aufn. : Illus 6664-50
Pytałem ojca o Magnitogorsk, ale on mi mówił tylko, że tam było zimno i nie było co jeść. Ale jak było?
– Ale jak wyglądało to miasto? – pytałem.
– Mieszkaliśmy w barakach – mówił – w drewnianych barakach, w pomieszczeniu gdzie spaliśmy stała rozżarzona ciepłuszka, czyli piecyk, okna zasłonięte były szmatami, ale tylko w zimie. Naokoło śnieg prawie po sam dach, biało, wyjdziesz na zewnątrz – zamarzniesz, a do pracy trzeba iść bo zginiesz, a tu noc czarna i przebijaj się przez śnieg. Na wiosnę już jako tako, kartoszki można sadzić, tylko wokoło błocka tyle, że możesz się utopić. Z fabryki przynosiłem ścinki materiału. Szyłem z nich czapki, które mama sprzedawała na bazarze. To było trochę grosza.
Ojciec nie chciał mi nic więcej powiedzieć, a ja przecież śniłem o tym mieście. To były dziwne sny. Widziałem olbrzymie przestrzenie zarośnięte nieprzebytymi lasami. Wśród nich droga prowadząca do małej chatynki, w której miałem się urodzić. Matka stała w oknie i czegoś usilnie wypatrywała. W jej twarzy było oczekiwanie. Była ubrana w ciemny waciak, długą, ciężka spódnicę i walonki. Wiedziałem, że ma na sobie walonki, bo ojciec kiedyś powiedział, że kto w Magnitogorsku nie miał walonek ten musiał umrzeć. Oczywiście matka czekała na mnie, to znaczy, żebym się wreszcie urodził. Ojca jeszcze nie było w domu. Wiedziałem, że jest w fabryce, gdzie przy olbrzymich piecach hutniczych, tych wspaniałych piecach z wiersza, wytapia stal dzięki której Stalin wygrał wojnę. Ojciec nie spieszył się do domu. Północne słońce oświetlało zimnym blaskiem miasto, które rozciągało się za naszym barakiem. Matka czekała na mnie, cicha i spokojna, ale ja wcale nie miałem zamiaru do niej przyjść, nie miałem zamiaru urodzić się w Magnitogorsku. W ogóle nie chciałem się urodzić. Wiedziałem, że gdzieś za lasami i górami trwa wojna. Tam daleko jest moja Ojczyzna. Nie chciałem być dzieckiem wojny. Tak mnie nazywano w szkole.
– Ten Józefek to dziecko wojny – mówiły nauczycielki i kiwały nade mną głowami jak gdybym był potomkiem hipopotama, a nie zwyczajnym chłopcem, który chciał być jak wszyscy inni. W ogóle nauczyciele patrzyli na mnie jak na jakiegoś pogorzelca. Przyglądali mi się uważnie, nie zadawali żadnych pytań, bali się że może nagle się rozpłaczę, albo zrobię coś nieobliczalnego. Poza tym widziałem w ich oczach lęk. To przecież nie było normalne, żeby ktoś urodził się w Magnitogorsku i do tego wszystkiego wrócił stamtąd. To było miasto z rewolucyjnego wiersza, z takim lepiej nie zaczynać. Nauczyciele zadawali sobie słuszne pytanie dlaczego i po co moi rodzice wrócili z tego zesłania. Na czyj rozkaz? Przebyć tyle tysięcy kilometrów, żeby wylądować na Elektoralnej 13, na przeciwko Urzędu Wag i Miar, niedaleko Placu Dzierżyńskiego? W tym była tajemnica, groźna tajemnica. Czasami pytali mnie podstępnie, co robi mój ojciec, gdzie pracuje, czym się zajmuje. Odpowiadałem na te pytania wymijająco. Nie wiedziałem gdzie pracuje mój ojciec. Nie chciałem wiedzieć. Orientowałem się doskonale, że są to niebezpieczne pytania. W takich momentach wolałbym, żeby mój ojciec w ogóle nie istniał i żebym mógł powiedzieć, że jestem pół-sierotą.
Być pół-sierotą to był status! Nauczyciele obchodzili się z pół-sierotami jak ze zgniłym jajkiem, nigdy ich nie wywoływali do tablicy uważając widocznie, że pół-sierota i tak ma za swoje. Pół-sierotę otaczał mit bohaterstwa, wiadomo przecież, że ojciec pół-sieroty zginął na wojnie, albo został wywieziony w głąb Rosji. Gdybym był pół-sierotą to dostawałbym paczki na Boże Narodzenie i jeździł na półkolonie za darmo. W tej mojej chęci przedzierzgnięcia się w pół-sierotę był pewien zgrzyt. Po prostu w cichości ducha życzyłem memu ojcu, żeby stał się ofiarą wojny. Życzyłem mu śmierci, nigdy matce. Wierzyłem, że to ojciec był winien temu, że wylądowaliśmy w Magnitogorsku, tym mieście, które podobno było stalowymi płucami Rosji. Mój martwy ojciec byłby oczywiście pośmiertnym bohaterem. Włożono by mu do trumny Order Bohatera Związku Radzieckiego. Opowiadałbym o jego bohaterstwie niestworzone historie. Zrzucałbym go w desancie na tyły wroga, kazałbym mu własną piersią zasłaniać plujące kulami otwory wrażych bunkrów. Na pewno w moich majakach bił się pod Stalingradem. Opowiadałbym moim kolegom, że był generałem, który szedł do boju w pierwszym szeregu ze swoimi żołnierzami i poległ wraz z nimi. Jako martwy bohater mój ojciec miałby przeszłość i nie musiałbym odpowiadać na pytania co robił przed wojną. Bycie pół-sierotą to była wspaniała egzystencja na skraju bajki i niebytu.
Ale mój ojciec żył w Warszawie w sposób maksymalnie żywy. Przychodził po pracy jakiś bardzo smętny, zjadał obiad, popijał herbatą i czytał gazetę. Do mnie w ogóle się nie odzywał. Natomiast ja, siedząc przy stole i wpatrując się w niego, chciałem mu wyznać z płaczem, że pragnąłem jego śmierci. Udawałem jednak wciąż, że czytam książkę. Przede wszystkim chciałem go zapytać jak to się stało, że urodziłem się w tym przeklętym Magnitogorsku. Mogłem przecież urodzić się w Moskwie, zawsze jest to stolica potężnego kraju, najważniejszego kraju – Kreml, Plac Czerwony, moi koledzy zaraz by lepiej na mnie patrzyli. Ojciec kiedyś powiedział, że tylko cudem przeżyłem w Magnitogorsku. Więc to był cud, że w ogóle żyłem!
Usiłowałem sobie wyobrazić wnętrze tego naszego baraku. Stół, dwa krzesła, na środku rozgrzana do czerwoności ciepłuszka. Podobno miałem nawet łóżeczko na biegunach. Być może na ścianie wisiał portret Stalina, ale o tym nikt nie wspominał. Kiedy rodzice nad ranem znikali idąc do pracy, władzę nade mną przejmowała moja starsza siostra. Kiedyś z koleżanką Zoją tak wściekle kołysały kołyską, że wypadłem na podłogę. Mogłem umrzeć. Byłem przecież maciupkim niemowlakiem. Lecz jednak przeżyłem. Dlaczego płakałem jak opętany? Na pewno z głodu. Podobno matka po przyjściu do domu natychmiast odgadła zbrodnię i straszliwie skrzyczała moją siostrę. Taki był w naszej rodzinie mit tej mojej kołyski. Za oknem mróz 60. stopni, a w środku Józio w kołysce lulany do snu.
Jako świadomy warszawiak pamiętam, że szedłem spać i matka przykrywała mnie kołdrą po samą szyję, mówiła dobranoc i wychodziła zamykając drzwi pokoju. Czasami, kiedy była w dobrym humorze śpiewała mi piosenki, których słów w ogóle nie rozumiałem. Wstydziłem się tych piosenek, ale nic nie mówiłem, bo nie chciałem jej urazić. Było mi dobrze w delikatnym cieple jej bliskości. Wstawałem cichutko z łóżka, uchylałem wolniutko drzwi pokoju stołowego i podsłuchiwałem. Miałem nadzieję, że rodzice zaczną rozmawiać o swojej przeszłości, że powiedzą coś o Magnitogorsku. Zżerała mnie po prostu ciekawość kim oni byli kiedyś, zanim zaczęli udawać, że są zwyczajnymi ludźmi, ale oni mówili tylko o banałach. O zakupach na przyszły dzień, o pieniądzach, o komornym… Ale słuchałem ich z zapartym tchem. A nóż im się coś wypsnie, jakaś tajemnica, coś do czego nie miałem dostępu, a co przecież było tak ważne dla mojego życia. Bo zewsząd otaczała mnie tajemnica: kim był mój ojciec przed wojną, dlaczego wrócił z Magnitogorska do Warszawy jeśli Rosja była krajem szczęśliwości absolutnej?
Ktoś w szkole powiedział mi do ucha, że mój ojciec chyba był więźniem, bo na Ural wysyłali tylko więźniów. Był to chłopak silniejszy ode mnie, wielki i gruby. Rzuciłem się na niego z pięściami i dalejże go kopać po łydkach. Jak śmiał obrazić mojego ojca, on nie mógł być więźniem, to było niemożliwe w państwie robotników. Poza tym jeśli on był więźniem, to byłem synem więźnia. I ja też byłem więźniem, bo przecież mówiono mi, że czas w Magnitogorsku spędziłem razem z ojcem.
Walka była ostra i okrutna. Ja kopałem go podkutymi buciorami, on walił mnie po łbie kantem linijki. Zachwiałem się i upadłem. Leciała mi krew z nosa, ale nie poddawałem się, walczyłem przecież o honor mojego ojca, o honor całej rodziny. Zresztą, nie zależało mi na tym, żeby zwyciężyć. Wstydziłem się siebie samego, nie chciałem już żyć. Nie wiedziałem co mógłbym mu odpowiedzieć.
Do klasy weszła nauczycielka języka rosyjskiego, w której wszyscy się kochaliśmy, bo była piękna jak marzenie, ale rosyjskiego nie uczyliśmy się zupełnie. Staliśmy między ławkami porządnie poturbowani. Nauczycielka zapytała nas dlaczego się biliśmy. Milczeliśmy obaj, ale w końcu trzeba było coś powiedzieć. Nie namyślając się wiele wykrztusiłem, że tamten powiedział, że mój ojciec był w Rosji więźniem. Nasza Rosjanka spąsowiała. Długie rzęsy zaczęły jej latać jak oszalałe. Zacisnęła ręce na podołku i zaczęła krzyczeć histerycznie: – W Związku Radzieckim nie ma więźniów, są tylko zdrajcy, szpiedzy i dywersanci, w Związku Radzieckim każdy żyje szczęśliwie i dlatego trzeba degeneratów i wrogów klasowych niszczyć doszczętnie. Precz z nimi! Precz!
– W takim razie był ojciec więźniem, czy nie? – pomyślałem i usiadłem w ławce. Rozpoczęła się lekcja. Byłem zadowolony z siebie, nie ustąpiłem bykowi i też mu porządnie dołożyłem. Oczywiście wszyscy się cieszyli, że trochę zajęć się urwało. Dziewczęta wciąż chichotały patrząc na nas z pogardą. Nauczycielka wywołała mnie do tablicy i kazała przeczytać jakiś tekst Puszkina. Dukałem jak kompletny analfabeta. Mój rosyjski akcent mógł przerazić nawet troglodytę. Męczyłem się potwornie, rosyjskie bukwy skakały mi przed oczyma. Nauczycielka patrzyła na mnie z nieskrywaną pogardą i złością. Wreszcie powiedziała: – I ty, Józefie, człowieku urodzony w Magnitogorsku, nie umiesz rosyjskiego? To wstyd. Takich jak ty powinno się karać.
Chciałem jej powiedzieć, że przecież rosyjskiego nikt się nie uczy, ale w tym momencie zadźwięczał dzwonek. Poczekałem, aż wszyscy wyjdą z klasy i dopiero poszedłem za nimi. Ktoś krzyknął za mną: – Rusek!
Michał Moszkowicz
