Filip porträtt bok insidan

Z nadejściem szwedzkiej wiosny, opóźnionej w stosunku do polskiej, w połowie kwietnia Witek i Czesław skompletowali wyposażenie campingowe, namiot, plecaki, kocher i kawę. Z początkiem maja wyjechali ze Sztokholmu autobusem i po kilku godzinach jazdy dotarli do malowniczego miasteczka Gränna, znanego z produkcji biało-czerwonych cukierków i lizaków, polkagrisar.

Tam, na brzegu ogromnego jeziora Vättern, leżała przystań promu, którym płynęło się na wyspę Visingsö. Czesław i Witek widzieli wyspę gołym okiem z przystani. Gdy przypłynął nieduży prom, zjechała z niego grupa rowerzystów z plecakami i traktor. Zabrał ze sobą na wyspę  samochód Volvo-245 z pasażerami, kilku tubylców z zakupami, Czesława i Witka.

Po około pół godzinie dotarli do przystani na wyspie. Był tam duży sklep, do którego weszli, by dowiedzieć się, jak znaleźć pracę. W sklepie była tablica z ogłoszeniami, które gospodarstwo potrzebuje pomocników. Petter Jansson potrzebował dwóch, więc spytali w sklepie o niego i jak się tam dostać. Poza wskazówkami, dostali broszurkę turystyczną o wyspie, z mapą. Wyspa miała czternaście kilometrów długości i trzy kilometry szerokości, leżała na linii północ-południe. Mieszkało tam przez  okrągły rok ponad siedemset osób, a w lecie dużo więcej, przyjeżdżali właściciele domków letnich i turyści. Czesław i Witek wyszli na drogę, która łączyła ze sobą południowy i północny koniec wyspy. Wpierw mieli jechać na północ, aż do Kumlaby, a tam już znajdą.

Na drodze kursowały wozy konne, zwane Remmalag, z woźnicą i przewodnikiem w jednej osobie. Gdy wyszli na drogę, jechał właśnie taki wóz na północ. Woźnica się zatrzymał, a oni powiedzieli mu dokąd chcą się dostać. Wziął od nich za przejazd i zawiózł ich do starego kościoła w Kumlaby, zbudowanego w średniowieczu, na przedhistorycznym, pogańskim cmentarzu. Był pierwszą chrześcijańską budowlą na Visingsö. Do jedenastego wieku był drewniany, potem wzmocniono go lokalnym kamieniem. Woźnica oprowadził ich wokół kościoła i opowiedział im jego historię, a potem wskazał im drogę do gospodarstwa Pettera Janssona i się pożegnali. Doszli do domostwa i zapukali do drzwi. Gdy Petter otworzył, przedstawili się i powiedzieli z czym przyszli, a Petter zaprosił ich do środka. Weszli i zdjęli buty, w Szwecji był taki zwyczaj. Potem udali się do kuchni, gdzie usiedli przy stole z Petterem i jego żoną, Ullą i rozmawiali po angielsku. Ulla zaparzyła kawę po szwedzku, czyli przez filtr z papieru i podała siedem rodzajów kruchych ciasteczek. Petter, duży i zrównoważony blondyn o dobrym spojrzeniu, był luteraninem. Miał z Ullą syna i córkę w wieku szkolnym. Ulla była nauczycielką wiejskiej szkoły i udzielała się w kole gospodyń, przy kościele. Pytali Czesława i Witka, dlaczego chcą pracować na roli i o Polskę. Po tej rozmowie, Czesław i Witek dostali pracę.

Zamieszkali w drewnianym domku nad jeziorem, który Petter odnajmował letnikom, zainteresowanym rybołówstwem słodkowodnym. Woda pitna była w kranie, na zewnętrznej ścianie domku, wychodek był na dworze, a kąpiel brali w jeziorze. Na początku pracowali przy uprawie sałaty i kapusty, plewili, przerzedzali i podlewali. Praca była przyjemna i nieciężka, z przerwami na kawę i lancz w środku dnia, o który mieli zadbać sami. Sklep spożywczy, który leżał na przystani, był również pocztą, bankiem i można tu było zamówić alkohol z państwowego monopolu, który w Szwecji nazywał się Systembolaget, a ze względu na ogromny podatek, miał wygórowane ceny. Również wyszynk alkoholu poddany był surowym restrykcjom. Z tego powodu, Czesław i Witek nie pili alkoholu, a Petter był abstynentem. Nieraz, po pracy uczył ich łowić i filetować ryby. W jeziorze były piękne okonie, które piekli na grillu, pożyczonym od Pettera lub smażyli na maśle. W domku była elektryczna kuchenka, czajnik, garnek i patelnia. Ziemniaki i warzywa dostarczał im Petter, a Ulla podsyłała im czasem lokalne cynamonowe bułeczki, kanelbullar. Gdy skończył się sezon kapusty i sałaty, zbierali porzeczki na przetwory. Strząsali je z krzaków na plastykową folię, waląc kijem baseballowym w krzaki. Petter Jansson mieszkał na Visingsö z dziada pradziada.

Według legendy wyspa powstała gdy olbrzym Vist, który przechodził na drugi brzeg jeziora jednym krokiem, wrzucił do jeziora grudę trawy z ziemią, aby żona, która za nim nie nadążała, mogła przejść na drugą stronę o suchej stopie i tylko robiąc dwa kroki. Potem na grudzie osiedlili się ludzie, a Vist stał się bohaterem folkloru lokalnego. W jedenastym wieku, gdy tworzyło się królestwo Szwedów, zbudowano na południowym cyplu wyspy pierwszy zamek królewski do nadzoru nowego ustroju lennego. W siedemnastym wieku wyspa z zamkiem Visingsborg należała do magnatów, hrabiów Brahe i była centrum władzy największego i najmocniejszego hrabstwa Szwecji. Kilkaset lat przed przybyciem Czesława i Witka na wyspę, gdy flota morska stała się nieodzowna dla królestwa, admiralicja Szwecji posadziła tu ogromny dębowy las, by zapewnić sobie drzewo do budowy okrętów. Mimo, że technologia budowy okrętów już się dawno zmieniła, flota nadal pielęgnowała dęby. Po dziś dzień, ten las zdobi wyspę prostymi i strzelistymi dębami. Urok wyspy przyciągnął do siebie teozofów, którzy mieli tu swoje centrum i w 1913 roku wznieśli neoklasyczną świątynię, Tempel z pięknym ogrodem, rzeźbami i obrazami. Na południe od świątyni, na brzegu jeziora leżą trzy kręgi kamieni grobowych z początku naszej ery, podobnych do tych, które prawie tysiąc lat później układali Vikingowie w formie łodzi.

Czesław i Witek zaprzyjaźnili się z rodziną Pettera, było im u nich dobrze. Nauczyli się dużo o naukach Marcina Lutra i o Szwecji, trochę o rolnictwie i ludziach na wyspie. Sytuacja zmieniła się drastycznie, gdy pod koniec sezonu, na wyspę przypłynęła duża grupa polskiej inteligencji pracującej. Głównie takich wypuszczono wtedy z PRL. Byli to nauczyciele, inżynierowie i studenci, którzy przyjeżdżali pojedynczo i parami w pogoni za pracą. Sezon się kończył i tylko kilkoro z nich dostało pracę. Pozostali jednak nie wyjechali, zostali na wyspie i koczowali w namiotach. Od gospodarzy brali wodę pitną, pożyczali przedmioty gospodarcze i korzystali, za opłatą, z telefonów. Między tymi, co mieli pracę i tymi, co jej nie mieli narastał niepokój. Bezrobotni desperaci próbowali odebrać pracę innym Polakom, oferując się do pracy za niższe wynagrodzenie. Kilku opuściło wyspę, wraz z pożyczonymi od gospodarzy przedmiotami. Powszechną irytację budziło załatwianie się bezrobotnych w naturze. Wyszło na jaw, że pod nieobecność gospodarzy, gdy byli w polu, prowadzono długie rozmowy telefoniczne z Polską z ich domów. Gospodarze zaczęli zamykać domostwa na klucz, czego nigdy dotąd nie robili i zaistniało ryzyko ingerencji policji. Zgorszeni gospodarze obawiali się rozgłosu i skandalu na wyspie. Nie płacili podatków ani ubezpieczeń społecznych za najemnych robotników, gdyż nie mieli oni zezwolenia na pracę. Czesław i Witek zażenowani byli tymi wydarzeniami i bardzo się za rodaków wstydzili. Sezon się skończył, gospodarze się zwołali i uradzili, że w przyszłym sezonie będą obywać się bez Polaków na wyspie.

Witek i Czesław wrócili do Sztokholmu, gdzie pod ich nieobecność, zaszły duże zmiany. Spotykali się sporadycznie u Jurka. Wtedy jeszcze spotykali się i było im razem przyjemnie. Potem, gdy to im nie wystarczało, zaczęli zastanawiać się nad przyszłością i wtedy w raju pojawił się wąż. Zosia, gdy rozmawiała z matką przez telefon, opowiedziała jej, że ma narzeczonego, kim jest i jak bardzo się kochają. Matka Zosi nie była zachwycona jej wyborem partnera. Jej światopogląd kształtował się w ugrupowaniu PAX, które zawsze popierało rządy PZPR, również w kampanii przeciw inteligencji, w marcu 1968 roku, jak i przeciw robotnikom na Wybrzeżu, w grudniu 1970 roku. W jej świecie, każdy przeciwnik polityczny był automatycznie Żydem. Żydowskie pochodzenie Jurka i jego negatywny stosunek do PRL, stanowiły dla niej podwójny problem, a Jurek młody i niedoświadczony, nie umiał odróżnić spraw osobistych, ani uprzedzeń matki Zosi wobec niego, od spraw politycznych. Oskarżył Zosię o podwójną lojalność, wyniknęła z tego kłótnia i przestali się widywać. Zosia nic matce o tym nie mówiła, ale Marzena się wygadała. Jakiś czas potem, w rozmowie telefonicznej, matka wyjawiła, że dzwonił do niej z Monachium Todor, absztyfikant Zosi z Warszawy. Był to Bułgar, który studiował w Polsce scenografię, a po studiach praktykował w teatrze. Wyjechał z Polski do Monachium, i tam dostał pracę w teatrze. Pragnął wznowić znajomość z Zosią. Poprosił Zosię o rękę i namawiał ją, by wyjechała z nim do Bawarii. Jej romans z Jurkiem (o którym Todor nic nie wiedział) się skończył, a Jurek wydawał jej się teraz dziecinny. Todor przywiózł do Sztokholmu kilka swoich obrazów, a kilka innych namalował na miejscu. Wynajął na miesiąc, w modnej części miasta, na ulicy Sturegatan galerię i sprzedawał w niej swoje dzieła. Obrazy Todora spodobały się nie tylko polskiej publiczności, więc sprzedał ich kilka za dobrą cenę. W międzyczasie malował na zamówienie portrety znajomym Zosi.

Filip Finger

Fragment nowej powieści, która ukazała się w Wydawnictwie Polonica

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer