Hrabia Komercji
Jan Potocki – w czasach panowania króla Zygmunta III Wazy był wielką osobistością, wojewodą bracławskim i groźnym rywalem Stanisława Żółkiewskiego do buławy wielkiej koronnej. Potoccy to jeden z najbardziej znanych rodów polskich. Dzisiaj potomkowie tej rodziny rozsiani są po całym świecie.
Jednym z nich był hrabia Jan Potocki – to imię często powtarza się w rodzinie – syn hrabiego Jana Potockiego, właściciela uzdrowiska Rymanów Zdrój. Hrabia Potocki mieszkał w nadmorskiej miejscowości Varberg na zachodnim wybrzeżu Szwecji, a trafił tam w 1966 roku.
Niepoślednią rolę w życiu Jana Potockiego odegrały kobiety, a tak opowiadał o swoim barwnym życiu:
– Urodziłem się w 1919 roku w Rymanowie Zdroju, którego właścicielem był mój ojciec. Rodzice zarządzali ponad 40 budynkami, uzdrowisko prosperowało bardzo dobrze. Mieliśmy wszystko o czym można tylko zamarzyć. Moja młodość upłynęła bardzo burzliwie. Miałem masę wypadków ponieważ wariowałem najpierw na koniach, potem na motocyklach i samochodach. Oprócz tego interesowałem się płcią piękna. W wieku lat 10 pojechałem do Krakowa, gdzie uczęszczałem do gimnazjum. Przez osiem lat mieszkałem w Krakowie u mojego wuja, który był profesorem, pomagał mi przechodzić z klasy do klasy. Nie bardzo lubiłem się uczyć, wolałem jechać do Lasku Wolskiego lub do Panieńskich Stawów – to było moje życie. Po gimnazjum poszedłem do wojska, zgłosiłem się do kawalerii, byłem w Grudziądzu przez rok. Później zacząłem studia na Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Mieszkałem wtedy u swojej siostry ciotecznej w Wilanowie, w pałacu, miałem różne udogodnienia. Jak robiłem jakieś grandy, to moja siostra wybawiała mnie z opresji dzwoniąc do generała Zamorskiego, naczelnego dyrektora policji, że ”proszę Jasia wypuścić”. To mnie upuszczali. Raz nawet siedziałem 24 godziny w areszcie przed wojną, za burdy akademickie. Ten czas studiów jakoś przebębniłem, dość dobrze zresztą, bo były bardzo dobre polowania w Wilanowie z Panem Marszałkiem i z różnymi ministrami. Ojciec przesyłał mi 500 złotych miesięcznie, to było wówczas bardzo dużo pieniędzy, tak że kupiłem sobie motocykl i woziłem nim różne donny piękne i koleżanki, naokoło Warszawy. Niestety, miałem wypadek motocyklowy z koleżanką, połamała sobie nogę w wielu miejscach, zmiażdżyła stopę. Ciężarówka w Alejach Ujazdowskich zajechała nam drogę. Przez półtora miesiąca siedziałem przy niej w szpitalu, wielokrotnie operowano jej nogę, najlepsi profesorowie, a kosztowało to wówczas wielką sumę 5.000 złotych.
Ale zbliżała się wojna. Losy Jana Potockiego w jej początkowym okresie, niczym nie różniły się od losów wielu innych żołnierzy wrześniowych. Brał udział w obronie Lwowa, potem przedostał się z powrotem do Warszawy, a stamtąd pojechał, wraz z narzeczoną – tą, która uległa wypadkowi – do Rymanowa, gdzie całą wojnę prowadził gospodarstwo rolne. Został aresztowany przez Gestapo i siedział nawet w celi śmierci, ale dzięki interwencji znajomych z Krakowa został wypuszczony.
Nie mniej barwne były jego losy powojenne. Zajmował się bowiem wszystkim: był dyrektorem gospodarstwa rolnego (hrabia dyrektorem PGR-u!), prowadził składnicę złomu, restaurację, hodowlę nutri, firmę taksówkową…
W 1966 roku otrzymał paszport i wyjechał na wycieczkę do Szwecji, której celem miało zwiedzanie zamków w Skanii. Jak wielu innych ”turystów” poprosił w Szwecji o azyl. Znalazł się obozie dla uchodźców. Podczas gdy inni uchodźcy wyjeżdżali do pracy w VOLVO lub innych fabryk, hrabia Jan Potocki zaoferował swoje usługi… królowi Szwecji.
– Razem ze mną nie wróciło na statek około 50 osób. Trafiliśmy do obozu, gdzie byli sami narkomanie i pijacy. Przyjechali z VOLVA angażować nas do pracy. Ja trochę wcześniej napisałem list do króla, po francusku, że przyjechałem do kraju Jego Wysokości i czy nie mógłbym jakiejś pracy dostać w zamku. Król, ten stary król, był wówczas w Italii i tam wykopywał sobie różne urny, nie dostał oczywiście osobiście mojego listu. Admirał dworu odpisał mi bardzo grzecznie, że nie ma pracy, ale mój list został przesłany do arbetsförmedlingen. Wszyscy z mojej grupy pojechali do Göteborga i pracowali na taśmie – to straszna robota, raz ich odwiedziłem. Po powrocie z pracy kładli się do łóżka, nie chodzili do miasta, tylko spali. A ja, jako taki wybraniec, dostałem dietę 100 koron dziennie i miałem sobie sam szukać pracy. Jeździłem trochę tu, trochę tam, wreszcie trafiłem do Varberg, i tu zostałem.
Jan Potocki mieszkał w Varbergu kilkadziesiąt lat. Pisała o nim prasa szwedzka, lewicowy dziennik ”Arbeten”, publikując artykuł na jego temat, zatytułował swój artykuł: ”Z polskiego dworu na jarmark – Polski hrabia sprzedaje bibeloty”. Bo hrabia Potocki był właścicielem jednej z największych hal z antykami i używanymi rzeczami w Varberg. W swoim sklepie zgromadził ponad 300 tysięcy przedmiotów: począwszy od starego traktora a kończąc na używanych budzikach.
W Hallands Nyheter pisała o nim Kristina Rhen:
Kariery dyplomatycznej w Szwecji nie zrobił. Zamiast tego Jan Potocki utrzymywał się z zupełnie zwyczajnych zajęć, jako robotnik leśny, w Monark, w Scan Väst, a w późniejszych latach jako antykwariusz i sprzedawca na targu w Varberg. Zaprzestał działalności, ale jego stragan z wszelkiego rodzaju starociami jest stałym punktem na placu w Varberg, mimo że ostatnio nie mógł tam osobiście być z powodu choroby.
Kiedy przyjmuje gości w swoim domu przy Oxbärsstigen, czyni to z hrabiowską godnością i elokwencją. Przed nim leżą encyklopedie o polskiej arystokracji i książki ze zdjęciami zamków i posiadłości rodu Potockich, a także pudła pełne wycinków z gazet i czasopism, zarówno polskich, jak i szwedzkich, opowiadających o trudach, jakich doświadczył.
– W Polsce moje nazwisko wciąż budzi szacunek. Rodzina Potockich znana jest od XIII wieku i miała wpływową pozycję w historii Polski – mówi. Szczęsny Potocki, żyjący w XVIII wieku, był najbogatszym człowiekiem w Polsce i jednym z kandydatów do tronu polskiego. – A nasza rodzina stała za pierwszą konstytucją w kraju – dlatego kilka lat temu zostałem zaproszony na obchody Święta Narodowego w Polsce.
Jan dorastał w majątku ziemskim jako najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa i otrzymał wychowanie godne szlachcica: studia uniwersyteckie, służbę wojskową jako kawalerzysta i naukę w Szkole Dyplomatycznej w Warszawie. Ale popełnił błąd, żeniąc się wbrew woli ojca i został wydziedziczony. (…) – Wojna zmieniła wszystko – mówi i opowiada o swoim czasie na froncie, o poległych towarzyszach broni, o tym, jak sam został schwytany i osadzony w niemieckim obozie pracy, ale udało mu się uciec. O czasie, gdy nieustannie uciekał przed Gestapo, aż w końcu został schwytany i skazany na śmierć.
– To, co mnie uratowało w tamtym czasie, to fakt, że byłem spokrewniony z Alfredem Potockim, który był kolegą myśliwskim Hermanna Göringa.
(…) Pokazuje zdjęcia wspaniałych salonów w zamku swojej babci i opowiada, jak wielką frajdę sprawiło mu zaproszenie do lokalnej szkoły w Polsce i opowiadanie polskim uczniom o swoim życiu.
Czy tęsknił za powrotem? Jan Potocki śmieje się i mówi, że dobrze mu poszło.
– Trzy lata temu jeździłem po Polsce i oglądałem zamki. Myślałem nawet o sprzedaży domu i przeprowadzce. Ale to się raczej nie stanie.”
W tym momencie znaczna część jego rodziny mieszka blisko niego w Szwecji. Był sześciokrotnie żonaty, ma dziesięcioro dzieci i troje wnucząt. Dwoje z nich mieszka w Polsce, reszta w Szwecji i opowiada o nich z nieskrywaną dumą. Jego najstarsza córka mieszka w Warszawie. Jest lekarką. Miał trzech synów w Laholm, wszyscy to wykwalifikowani przedsiębiorcy, syna, który pracuje w branży budowlanej w Åskloster, i córkę w Varberg.
Warto wspomnień, że był namiętnym zbieraczem wszystkich staroci – w swojej willi w Varberg zgromadził ponad 500 zegarów i 700 aparatów fotograficznych. Miał kolekcję sztyletów, fajansów, marmurowych figurek, czajników, samowarów, wypchanych zwierząt… Trudno było wszystko zliczyć. Przez swoich szwedzkich sąsiadów nazywany był po prostu… Hrabią Komercji.
Zmarł w wieku 93 lat w Varberg w 2012 roku.
Tadeusz Nowakowski
