Peregrynacje. Dedykowane Zygmuntowi B. bez żadnej okazji
Istota została wprowadzona w system biologiczny planety, nieświadoma transcendentnej międzygalaktycznej super gry. Nie ma się zatem co dziwić, że niedoświadczona podróżuje w świecie swoich urojeń o wyjątkowej wartości i wadze, o swoim przeznaczeniu.
Pokoleniami konsumuje gorączkową egzystencję w nadanej jej rzeczywistości przekonana, iż żeglarzem jest i okrętem, niebem i ziemią, w rzeczywistości będąc istotą na służbie świadomości i zaprojektowanej dla niej opaczności.
Porusza się pełna wiary w siebie od punktu do punktu i to jest mniej więcej wszystko, co potrafi. Podróżuje w zaplanowanej rzeczywistości i czasie przekonana, że wprawdzie nie jest najlepiej, ale też nie całkiem źle, przecież potrafi dosiąść pegaza! Przeznaczenie zaś nie wyprowadza jej z błędu, tylko jak ma w zwyczaju cicho stąpa i robi swoje. To podejdzie bliżej i osmali żarem talentu, to wysmaga wiatrem skromności. To oddali się w tajemnicze chłody, to pogłaszcze, to udramatyzuje.
Niestety, istota nie wyczuwa powagi chwili, nie zauważa, że dzieje się coś niepokojącego i niedobrego. Zauważa, że zachodzą procesy, ale nie rozumiejąc ich nie potrafi opanować.
Pragnie opisywać dobro, przedobre dobro, a tu wyłazi z każdego kąta złe zło i szydzi. Przyplątują się istocie jakieś dywagacje, jakieś drwiny, jakieś niepokojące uogólnienia.
Ktoś wodzi istocie piórem po papierze, ktoś ustawia ją przeciw jej samej. Ktoś maluje panoramy nasączone pesymizmem, drżące i niespokojne, nie pozwalające odczuwać piękna i odsuwające doznawanie wzruszeń. Kto to? Kto za tym stoi? Może nikt, może istota sama sobie wszystko wymyśla i niestety wychodzi na tym źle?
Ale może za kotarą, za tajemniczym lustrem, czuwa życzliwe jej przeznaczenie? Może istota otrzymała w darze dobre i życzliwe otoczeniu ego, które dorasta wraz z nią, ale jednocześnie podsuwa pod oczy piękno, uczy odczuwać i tak istota dorośleje, mądrzeje, pięknieje i potężnieje?
Może być również też tak, że świat dany istocie dobry jest, pogodny i jej życzliwy, a jedynym prawdziwym kłopotem, z którego istota nie zdaje sobie sprawy jest, iż jeszcze nie dotarła do tego miejsca? Bo gdyby było inaczej, gdyby mgła zgryzot była dla niej jedyną i nie do przebicia egzystencją, jaki byłby sens w tym, że gdy istocie źle, gdy nie może już sobie ze swoim istnieniem poradzić, podnosi oczy i ręce ku niebu?
Rodzi się dzień. Podnosi w świetle porannych gwiazd brzasku na nogi jedyny i niepowtarzalny dzień. Cud tworzenia pierwszych ułamków czasu, wykuwanych w niepojętej skale trwania na Twoje zawsze, na moje zawsze. Następuje uroczysta cisza, taka cisza, że w tej ciszy, nawet myśli się słyszy.
Andrzej Szmilichowski
