Sen miałem
Sen jak pył, czy ja go śniłem, czy kto inny go śnił?
Istnienie. Pytanie – Czy Bóg istnieje?, jest pozbawione krzty sensu. Jest to bowiem zapytanie ludzkiego umysłu, poczęte w objęciach ludzkiej logiki. Bóg jest poza wszystkim. Poza wyobraźnią, poza fantazją, nawet poza sensem.
Daj sobie człowieku czas, on uczy! Sufi mówił, że wszystko nas uczy, jeśli od wszystkiego się uczymy. Miałem wiele, najczęściej sprzecznych ze sobą pomysłów na życie, ale taki mi jeszcze nie przyszedł do głowy na trzeźwo i od razu mówię, że nie o wódeczkę mi chodzi, choć wyznam, że parę zupełnie niezłych, tak uważam, pomysłów literackich, przybyło wraz z flaszeczką.
Otóż miałem sen. Dawno temu, ale przy snach to nie ma kompletnie znaczenia. Znalazłem się otóż w ogromnej, przypominającej olbrzymie hale na lotniskach świata sali, pozbawionej zupełnie sprzętów. Było tam pełno, tysiące i tysiące, ludzi w bieli. Wszyscy, łącznie ze mną, mieli na sobie białe powłóczyste chałaty. To nie był niezorganizowany chaotyczny tłum. Wręcz przeciwnie, staliśmy zdyscyplinowanie w kolejkach, wszyscy twarzami skierowani w kierunku jednej, gładkiej i bez żadnych otworów ściany. Kolejka zwolna przesuwała się, a ja zdziwiony i coraz bardziej zaciekawiony obserwowałem wszystko uważnie, ponieważ tam żadnych drzwi nie było! W końcu przyszła moja kolej. Zrobiłem krok w kierunku ściany, zostałem jakby wessany w nią i znalazłem się po drugiej stronie. Zobaczyłem podłużny (oczywiście biały!) stół, a za nim stała (tak tak!) postać mizernego ciała, o wielkiej i nieproporcjonalnej do ciała głowie, z parą migdałowych oczu. Ów jegomość skinął czymś, jakby ręką, bym się położył. Zrobiłem, co kazał i wcale się nie bałem – co budziło moje zdziwienie, przecież powinienem być w panice! Poczułem nagle pociągnięcie za nogi i poszybowałem w jakąś przestrzeń. Koniec snu.
Napisałem kiedyś w jakimś tekście i mi się teraz przypomniało: Paradoks potrafi być prawdziwszy od prawdy. Słuszne słowa, niejednokrotnie było tak, że odczuwałem wszystko jak sen, a to się naprawdę działo. Więc ostrożnie kolego z generalizowaniem, zaprzeczaniem, kpinami. Należy dopuścić siebie do siebie i przestać się trapić światem, wraz z jego chorą częstokroć logiką. Pojęć idealnych nie ma. W kosmosie też nie ma. Może u Niego są (jeśli istnieje?). Jestem po stronie ludzkiej, temu się nie da zaprzeczyć, a żyję dziś trochę według zasady sufiego: Umieć przychodzić i odchodzić, jak oddech i jego dwie fazy.
Jest dziś tak, jak wczoraj o zmierzchu. Przymierze i wyrównywanie rachunków. Być może z racji wieku, ale wolę zmierzch od świtu. Zakończenie rozgrywki bardziej mnie frapuje, jak jej początek. Zmierzch jest dla mnie przymierzem.
Banalna myśl, ale moja. Każda świadomość jest osobnym światem zamkniętym w sobie. Dla świata obojętnym jest z czego się sam składa, bowiem światów jest tyle, ile świadomości. Nawet dla dwóch spojonych miłością świadomości, nie ma jednego świata, stale są dwa.
Ciekawość. Wejść w porozumienie z supersubstancją. Jakże szczęśliwi muszą być ci, którym się wydaje, że im się to udało.
AJS
