Hotel „FORUM”
Pomimo moich licznych słabości, o których wiem wiele więcej niż się przyznaję, jest coś, co je przerasta. Co jest od nich większe i silniejsze i czego nie mogę porównać, czy zrównać z niczym innym. Wyznam, że wiele lat przeżyłem w nicości. Mam na myśli: w niedocenieniu, w milczeniu, na styku z upokarzającą śmiesznością.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego to piszę. Może to rzeczywiście echo śmieszności, jakie budziłem? Dziś nie obchodzi mnie to nic a nic, ponieważ zależy mi już tylko na jednym. Na zapewnieniu siebie, iż wiem, że jest – bo to czuję – moją wartość. Może to zuchwałość? Może. Ale to niczego nie zmienia. Czuję dumę i podziw wynikające z poczucia wartości. Mojej wartości.
O co właściwie mi chodzi? Chciałbym to sam wiedzieć! Piszę, że nie wiem, ale to nieprawda. Ja wiem: nie dać się przykryć. Wystawiać głowę ile się tylko da! Żyję często na nie moich piętrach i nierzadko są to piętra wyższe niż te, na które mnie stać. Ale nic na to nie potrafię poradzić – włażę!
Odczuwam chwilami wiele na raz. Odczuwam mieszaninę, rodzaj mikstu strachu, niepewności, ożywienia i zarazem nudę, you name it. Ludzkość wydaje mi się bezradna i głupkowata. Wiem, popełniam semantyczny błąd, nie mnie ją (ludzkość) oceniać, ja też jestem ”ludzkością”.
Moje aspiracje ulegały z czasem powolnej dewaluacji. Co to znaczy? Oznacza, że dziś oczekuję od życia i zarazem siebie, żebym bym był syty, zdrowy i umyty.
Chciałbym pożyć jeszcze trochę. W każdym razie do tego momentu, kiedy nie będę już miał na to ochoty. Nie potrafię powiedzieć, kiedy owa chwila nastąpi i przypuszczalnie nigdy (choć prośby zanoszę) i do samego końca nie będę wiedział. Nie boję się słowa „koniec”. W każdym razie dzisiaj, teraz się nie boję.
Jestem już trochę jak gap, który trwa w miejscu gdzie go coś zatrzymało. Choć już parokrotnie zobaczył, co się „tam” dzieje – nie odchodzi. Wie, że już nic ciekawego, czego by jeszcze nie widział, się nie stanie, ale trwa. Z lenistwa? Z zachłanności? Takie pasywne gapienie się. Może jednak coś jeszcze będzie ciekawego, coś się niespodzianie zdarzy? Dręczy mnie to i drażni, bo to jednak, z całym dla siebie szacunkiem, jest głupota.
Głupota wielu zdarzeń, w których brałem w moim życiu udział. Siedzę przed komputerem i klepię w klawisze, ale równie dobrze mógłbym tam stać dalej. W Warszawie, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy wracając z pracy stałem w gromadzie innych gapiów, obserwując z otwartą gębą, jak Szwedzi budują hotel „Forum” i jaki tam porządek i ład. Jak to wszystko im się układa, jak się w ogóle nie spieszą, a budowa w oczach rośnie. Aż wstyd użyć tego słowa w kraju kwitnącego komunizmu: No cud po prostu jakiś!
Smutny dziś dzień. Leży przede mną razem z tą swoją dowolnością zdarzeń, a mnie się nie chce go podnieść. Właśnie ta dowolność i przypadkowość są tym, co mnie dziś męczy. Może to prostsze jest, niż mi się wydaje? Może po prostu niczego od niczego nie trzeba chcieć? Niczego, żadnych gwarancji, przyrzeczeń, wypłat, obietnic, pożyczek, zapewnień. Ni-cze-go.
Gdyby mi się taki stan udało osiągnąć. Takie nie-żądanie-niczego, byłbym najnieszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, co nie daj panie boże. Amen.
Andrzej Szmilichowski
